Ilustracja: Ewelina Karpowiak
Małgorzata Halber lipiec–sierpień 2019

Spacerozofia

Spacerowanie to nic innego jak chodzenie powoli. Niepopularne w Warszawie, z niezrozumiałych dla mnie do końca przyczyn należy tu się spieszyć. Nawet jeśli nie mam powodu, żeby iść prędko, to kiedy rzuca mnie w Śródmieście, przyspieszam.

Artykuł z numeru

Mikrowyprawy – przygoda jest wszędzie

Mikrowyprawy – przygoda jest wszędzie

Warszawa nie jest miastem, po którym się spaceruje. A jeśli już, to tylko tymi traktami królewskimi, tu Łazienki, tu Krakowskie Przedmieście. Tu ewentualnie błonia Stadionu Narodowego. No i teraz Wisła. Całe połacie miasta zostają niezagospodarowane spacerowo. Sielce. Bródno. Wola. Gocław.

Zależy, czego się szuka. Tamci szukają prestiżu, spokoju, wytworności. Ja szukam miasta. Ukrytych komunikatów. Ławek, skrzyżowaniowych bab, które sprzedają przeterminowane owoce, trzy książki i parę butów. Patrzę, jak jest. Rejestruję nazwy, ale też wszystko, co ładne po mojemu. Gablotkę z napisem „dziewiarstwo”. Pralnię chemiczną z kartkami A3 wypisanymi mazakiem, trochę nierówno, z napisem: „Polub nas na fejsbuku”. Starą tabliczkę z numerem do dozorcy. Ale nie tylko, bo też za każdym razem kiedy wyrzuci mnie pod stację metra Centrum (nie umiem nazywać jej „patelnią”, ta nazwa wydaje mi się zbyt wulgarna), rejestruję wszystko, co tam się dzieje, a zliczyć tego się nie da, bo tu tulipany, tu dziad z oscypkiem, tu murale się znowu zmieniły rocznicowo, tu zgromadzenie bezdomnych wymieniających się informacjami. I jeszcze młodzież, ale to mniej, bo ona siedzi zawsze przystanek dalej. Zwiedzam całe miasto kawałek po kawałku i wiem, że młodzieży najwięcej jest na schodach Złotych Tarasów. A kiedy pada, siedzi na najwyższym piętrze, tam gdzie gastronomia, gnieździ się przy schodach ruchomych.

Trudno czasem zwiedzać. Bo głośno. Głośno w wielu miejscach. U mnie np., jak wyjdzie się z klatki, to jeszcze na podwórku jest lipa i tam gniazdo sroki i można podpatrzeć, co u srok, ale jak się wyjdzie już przez chodniczek, a to jeszcze jest stary chodniczek z tych gruzowatych płyt, nie kostka Bauma, więc jak się wyjdzie przez chodniczek, to nagle jakby więzienie Guantánamo, uderzają ciężarówki, ople i hyundaye jadące w kierunku Raszyna / Krakowa / Janek. Ta głośność się rozlewa, zwiastuje całe miasto, obowiązki, wszystkich ludzi, których trzeba będzie spotkać. Idąc do tramwaju, muszę zarejestrować całą masę danych: tu chuda młoda w płaszczu i spodnie z wysokim stanem, dżinsy, a tutaj w kapturze on, czy będzie miał twarz taką o karnacji ziemniaka czy nie, niech się odwróci, i kto czeka na pekaes do Grójca, kurczę, pojechałabym tym pekaesem w końcu kiedyś na wycieczkę, no, ale cały czas coś, jak nie koty, to ciocia w szpitalu. Kiedy ja w końcu gdzieś wyjadę? I napisy, wszystkie napisy na koszulkach, butach i torbach. To wszystko składa się na moją Warszawę w roku 2019.

Chętnie (być może) spacerowałabym w takich miejscach jak róg Bitwy (tak mówią wszyscy, chociaż nazywa się „Bitwy Warszawskiej 1920 R.”) i Grójeckiej, ale się nie da. To nie jest przyjemne. Stąd częściowo mogłaby wynikać ta niechęć do spacerowania po Warszawie, ale to fałszywa teza. Bo za prawie każdą ulicą można iść podwórkami. A tam są takie bogactwa. Altanki Śmietnikowe. Nie wpadłabym na tę nazwę. Mówiłam zawsze „śmietnik”, ale pewnego razu otrzymałam do skrzynki pismo w formie kartki A4, na której widniał nagłówek: „W sprawie renowacji altanki śmietnikowej”. Wiem już więc, że to tak się poprawnie nazywa. Wiem, które altanki są zawsze przeładowane, dlatego można przy nich znaleźć skarby, tzw. gabaryty. Na przykład ta przy Dunajeckiej, na tyłach wieżowca. Blisko niej jest ogrodzony trawnik. Kilka lat temu Wietnamczycy z pobliskiej restauracji, kiedy jeszcze nie można było nigdzie dostać kolendry, dokonali uprawnej samowoli. Zaanektowali trawnik i wysiali na nim kolendrę. Rosła cały sezon. Zakradałam się w nocy, żeby narwać trochę dla siebie, w ciągu dnia za bardzo się wstydziłam.

Spacerowanie to nic innego jak chodzenie powoli. Niepopularne w Warszawie, z niezrozumiałych dla mnie do końca przyczyn, należy tu się spieszyć. Nawet jeśli nie mam powodu, żeby iść prędko, to kiedy rzuca mnie w Śródmieście, przyspieszam.

Spacerozofię zaczęłam dawno temu od okien. W Warszawie oprócz tego, że jest bardzo szybko, jest też jakoś oddzielnie. Niewiele odwiedzin. Zamknięte osiedla, mówią o nich: enklawy, ale wyglądają jak więzienia. Zatem w tym oddzielnym mieście szukam informacji o mieszkańcach. A najłatwiej przez okna. Czasem myślę, że wszystkie okoliczne okna mam już nawyglądane, ale nie. Wczoraj w mojej kamienicy, patrzę, na parapecie antena. Kto ma anteny teraz, w tych czasach, gdy wszystko na komputerze, na komórce. Taka okrągła, z dwoma różkami, ślimak. I jak już patrzę na nią, to widzę wysoko na ścianie bladobeżowej emblemat Legii. I regał ze sklejki, kolor, który nazywa się pewnie jakąś sosną, a tak naprawdę jest różowawy. Nad przejściem do korytarza krzyż. Na tym regale poupychane rzeczy. Teraz już tak się nie robi, teraz się kupuje pojemniki w Ikei, chowa się, ma być czysto. A tu poupychane, normalnie, jak u ludzi. Na parapecie rośliny, i też jakieś takie przedikeowe geranium, bo warto mieć w domu, bo właściwości lecznicze. I jakieś jeszcze ze trzy doniczki, raczej zbadylałe. I pojemnik po preparacie Clean, a w nim woda do roślin.

Tak naprawdę te spacery z oknami można robić dopiero wieczorem, po zmroku. W ciągu dnia może trafić się jedynie nagroda w postaci kota na parapecie. Ale od nich warto zaczynać. To spowolnienie.

Naprawdę wolno idzie się wtedy, kiedy zapamiętuje się nazwy wietnamskich barów, zawsze niezauważane, schowane za szybkim: „Chodźmy do chińczyka”.

Ja mam łatwo. Mieszkam tuż przy najstarszej wietnamskiej restauracji w Warszawie. Nazywa się Van Bihn.

Przyspieszenie bierze się moim zdaniem właśnie z hałasu. „Gdy jest głośno, jest nieprzyjemnie” – mogłoby brzmieć chińskie przysłowie. Znam osoby, które specjalnie wybierają trasy tak, aby omijać Śródmieście. Często można się zdziwić i gdy wejdzie się w ulicę od podszewki, okazuje się, że jest cicho. Cichość ostatnio zaskoczyła mnie na Wolskiej, bo tam budowa, blachowe korytarze, przyszłe metro. I idziemy tak, bo elektroniczna mapa wskazuje, że nieopodal znajduje się nepalski lokal gastronomiczny, i nagle do nas dochodzi oszołomienie ciszą. Dziwaczne, bo przy fasadzie dużego bloku. By znaleźć ciszę, trzeba zazwyczaj lekko zboczyć, i już zaskoczenie. Tylko w pośpiechu się nie da. Ucieka się przed hałasem do domu. Jak najszybciej, w zmęczeniu, z siatami. Dlatego też Warszawa jest niepoznana. Nieopisana. Zresztą każdy, kto próbuje to robić, czy to Małgorzata Baranowska w swoim Pamiętniku mistycznym, czy Olgierd Budrewicz w dziesiątkach książek, każdy, każdy zaznacza, że to miasto morfuje, że nie jest, a staje się, nieprzerwanie, non stop.

 

Fragment pochodzi z przygotowywanej książki pod tym samym tytułem, która ukaże się nakładem Wydawnictwa Znak Literanova.

 

Kup numer