Zamówienie na osobisty tekst o zaburzeniach odżywiania przyjęłam z oporem, nie miałam ochoty odsłaniać się, przedstawiać się jak ktoś z kłopotem ani wracać do przeszłej, zamkniętej już sprawy. Zaciekawił mnie jednak ten opór, nie wiedziałam, czy związany był z obawą, że uruchomię coś, co miało być już martwe, że sprawy przeszłe wciąż są obecne i żywe, że przyprawię sobie tożsamościową łatę, a w końcu że doświadczenia bywają takie banalne, takie typowe. „Nic osobistego” to niezła dewiza, rodzaj ochronnej peleryny, najczęściej działa. Ale ciekawość, by sprawdzić (a gdzie lepiej niż w pisaniu), dokąd mnie ta opowieść zaprowadzi, zrobiła swoje. Pewnie w miejsca podatne na zranienie; jeśli jednak wrażliwość potraktować jak siłę, nie słabość, to – w drogę.
Spadek (skąd ja to mam?)
Zacznę bezpieczniej, czyli nie od razu od siebie. Po Chłopkach Joanny Kuciel-Frydryszak zostanie nie tylko pamięć sukcesu wydawniczego budzącego u jednych podziw, a u innych zazdrość, ale i pamięć o odsłoniętym problemie głodu. Wcześniej tuszowany, wypierany, jakby należało się go wstydzić bardziej niż przynależności do grupy czy klasy społecznej. Nawet niedobory finansowe dawało się do tej pory ogrywać, z niedożywieniem ta sztuczka się nie udała. Chłopki wypowiadają głód powszechny, głód, który nie tyle był odstępstwem od normy, ile był normą. Co to znaczy dla potomkiń przeżywców? Można próbować policzyć, ile osób dawniej żyło w chronicznym niedożywieniu, ile ospałych, zbyt drobnych i niskich na swój wiek dzieci dożyło dorosłości. Samo ich przetrwanie głodu powszechnego jest rodzajem triumfu, niesionego w milczeniu i wstydzie.
Zacznę od tego, że moi rodzice byli dziećmi, które doświadczyły takiej biedy, jaką mogę już sobie tylko wyobrażać, choć oboje urodzili się w 1952 r.
Znaczenie wysiłku wkładanego przez nich w zapewnianie swoim dzieciom dostatku czytelniejsze stawało się dopiero z czasem. Ich dzieciństwo z moim miało niewiele wspólnego, choć oba doświadczenia dzieliło niewiele ponad dwie dekady. Światy, w których urodziliśmy się, uczyliśmy się chodzić, żyliśmy jako dzieci, były tak różne, że trudno byłoby znaleźć przystające czy łączące je elementy – oprócz tych ludzkich elementów, rzecz jasna, czyli ich samych, ich rodzeństwa i ich rodziców,…