Jednak pierwszym dźwiękiem, który usłyszałam, nie było tykanie, tylko cichy chlupot, odgłos gotującej się wody w drugim pokoju, na tyle daleko, by go zignorować.
Z czasem chlupot zmienił się w ciurkanie z niezakręconego kranu, a z kolei ciurkanie w wyraźny odgłos wody uderzającej o krawędzie naczynia albo brzeg. Jak w potrząsanej butelce z napojem gazowanym. Kiedy nieruchomiałam i nie myślałam zbyt wiele, odgłos cichł, woda się uspokajała, a ja wyobrażałam sobie, że mam w głowie jezioro o szklanej spokojnej tafli. Żeby jej nie wzburzyć, starałam się myśleć możliwie jak najmniej i nie poruszać głową. Chodziłam miękko, na przygiętych nogach. Jak kobiety w Afryce z dzbanami na głowie, tyle że zamiast dzbana mam po prostu głowę i w niej noszę wodę.
– Pani głowa jest jak balon – powiedziała mi lekarka.
To była stara kobieta, bardzo zmęczona. Miała suchą skórę układającą się w sęki.
Słowo „balon” jest pełne wody. „Balia” i „baniak” też. Słowo „chlupot” oddaje dokładnie to, co słyszę, gdy poruszam głową. Słowo „tsunami” przypomina to, co się stanie, gdy nadejdzie.
W głowie można mieć różne rzeczy. Można mieć pstro, czyli nic, najlepiej jednak mieć coś – i może być to nawet ciecz, ale innego rodzaju, aksamitna w dotyku, taka, jaka zawsze wypływa na wierzch. Najlepiej mieć olej w głowie, bo olej to energia, a nie ma właściwie nic lepszego niż energia. Na pewno nie należy mieć w głowie wody. Wody nie da się przetworzyć na energię, chyba że w głowie ma się jeszcze młyn, lecz to się…