Ostatnie moje spotkanie z Marcinem Królem pamiętam bardzo dobrze – bo też nie było to dawno, już w trakcie pandemii, na czerwcowym zebraniu rady Fundacji Batorego. Potem, podczas obiadu, rozmawialiśmy nie o byle czym, nie wymienialiśmy krakowsko-warszawskich plotek ani żartów – ale mówiliśmy o romantyzmie. Namawiałem Marcina, żeby dopisał kolejny rozdział do swojej opublikowanej przed ćwierćwieczem świetnej Podróży romantycznej, żeby opisał, co się dzieje w ostatnich latach z romantyczną tradycją, jak się ją czyta na wysokich piętrach humanistyki, a jak używa, eksploatuje i poniewiera w szkole, w publicystyce i w polityce. Jaką postać przyjmuje dziś strywializowany „romantyzm obronny”, któremu tyle miejsca poświęcił we wspomnianym zbiorze esejów. Bo przecież – choć nie przekonałem Marcina do tego zadania – zgadzaliśmy się, że kultura polska bez romantyzmu nie istnieje, że nic wspanialszego niż romantyzm – nie tylko jako rozmach geniuszu literackiego, ale jako śmiałość myśli – polskiej kulturze się nie przydarzyło. I nie tylko polskiej – Marcin odesłał mnie do lektury swego ulubionego Izajasza Berlina i jego interpretacji romantyzmu europejskiego. To było ostatnie spotkanie – a pierwsze, jeśli nie jest późniejszym pamięciowym artefaktem, sytuuję w połowie lat 70….
wieloletni członek redakcji miesięcznika „Znak”, prezes S.I.W. Znak, działacz opozycji demokratycznej, publicysta, tłumacz. Uczestnik ekipy Tadeusza Mazowieckiego w latach 1989—1990. Członek władz organizacji społecznych, m.in. Fundacji Batorego, KiKu, Fundacji Roberta Schumana, PENClubu. Odznaczony m.in. Krzyżem...