Subskrybuj
fot. Museum Rotterdam
Prof. dr hab., pracownik naukowy Wydziału Polonistyki UJ. Anglista i polonista przekwalifikowany na niderlandystę i historyka sztuki. Znawca dawnej kultury holenderskiej, tłumacz literatury niderlandzkiej, zbieracz fajansów, książek i rupieci. Opublikował 25 książek (w tym 10...

W kraju Biblii

W kościele św. Wawrzyńca przedstawionym na obrazie Anthoniego de Lormego nie ma już ołtarza – miast niego pojawiły się dwie wielkie tablice z tekstem Dekalogu. Nie ma wizerunków świętych, scen z życia Jezusa i Marii, ba, nie ma nawet krucyfiksu – jest Słowo, i tylko Słowo.

Do Rotterdamu wybrałem się po raz pierwszy nieomal po ćwierćwieczu. Wcześniej wielokrotnie zerkałem na niego z okien pociągu, gdy jechałem z Amsterdamu do Antwerpii. Mogłem przecież wysiąść, pospacerować i wrócić na dworzec, ale nie – najzwyczajniej się bałem. Obawiałem się miasta-fantomu, wskrzeszonego trupa grodu Erazma, kostropatego Feniksa powojennej architektury. Namiętnie za to gromadziłem stare ryciny, na których widniały dawne rotterdamskie zabytki: bramy miejskie, Rynek Rybny czy giełda. Inwazja faszystowskich Niemiec na Holandię rozpoczęła się w 1940 r., a pierwszy cios Luftwaffe otrzymał właśnie Rotterdam. Nieomal 100 ton zrzuconych bomb zniszczyło w piekielnym pożarze całe historyczne centrum – do dziś zresztą widać, gdzie zatrzymała się wówczas ściana szalejących płomieni. Ponieważ ten sam los mógł niebawem spotkać Amsterdam lub Hagę, rozsądna Holandia skapitulowała, królowa Wilhelmina zbiegła do Londynu, a kraj pogrążył się w mroku okupacji. Nie bez powodu Harry Mullisch, autor prześwietnej powieści…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Uniwersytet to my!