Subskrybuj
Dr filozofii, adiunkt w Katedrze Historii Filozofii Nowożytnej i Współczesnej KUL.

Oceany Jana Józefa Szczepańskiego

To jest najpiękniejsza rzecz: mieć w sobie jakąś prawdę tak organicznie i intymnie, że nie oddziela się jej od siebie, nie wie się o niej i nie przychodzi nawet na myśl, żeby się nią chwalić.

Z każdego labiryntu

wychodzi się górą.

(Leopoldo Marechal)

Pisanie może być tak formą „grzebania” w sobie, jak również formą transcendowania, przebijania się przez swój pancerz, i – jak pisał Faulkner – wychodzenia z moczarów na światło dzienne. Czy układając słowa, można zdobyć się na dystans wobec siebie? Przecież będzie to dystans i tak przefiltrowany przez siebie. Dlatego pisanie to dziwne zajęcie: dla niektórych cokolwiek podejrzane, a dla innych zbawienne. Przypominają się w tym miejscu słowa Józefa Czapskiego nie tylko o sile pracy, ale również sile Kasjodorowego zaczynania od nowa: Dopiero powrót do malarstwa i do pisania dał mi znowu poczucie rzeczywistości dnia powszedniego. Z tego, co namalowałem przed wojną, nie zostało prawie nic. Trzy domy w Warszawie, w których była przeważająca ilość moich płócien, zostały spalone, zginęły również stosy notatek i dzienników, zacząłem wszystko – mając pięćdziesiąt lat – od początku. Pisanie może dawać „poczucie rzeczywistości dnia powszedniego” i nie musi być kluczeniem w sobie, zapychaniem sobą szczelin, przez które powinien – jak powiedziałaby Simone Weil – odbywać się nieustanny przepływ strumienia Łaski. Może być dotykaniem rzeczywistości. Właśnie: zaledwie dotykaniem, bo i tak słowa (konstrukty, choćby najbardziej elastyczne i giętkie) nie pochwycą głębi rzeczywistości, a prawda dotknięta, karmiąc nienasyceniem, będzie popychała dalej. Nieustannym „w drogę” będzie zapraszała do niestrudzonego ustawiania się na pasie startowym. Dziennik Jana Józefa Szczepańskiego (1919–2003), wybitnego pisarza, autora takich powieści jak Polska jesień czy Kadencja, spełnia się we wszystkich tych wymiarach. Parafrazując słowa jednej z przypowieści Anthony’ego de Mello, homo scribens przypomina w nim żabę opuszczającą kałużę i ruszającą w kierunku rzeki z nadzieją, że dopłynie do oceanu. Można powiedzieć, że Autor w swym Dzienniku wypływa na oceany swego myślenia, odczuwania i zatroskania. Każdy z nich jest niezmierzony,…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Nieobecność Kołakowskiego