Wstyd traktuję (między innymi) jak alarmowy czujnik. Uruchamia się wtedy, gdy przekraczamy jakąś granicę. Wychodzimy poza obszar, który świat społeczny wyznaczył nam stosownie do współrzędnych: płci, klasowego pochodzenia, etnicznego przypisania, stopnia peryferyjności kraju, w którym mieszkamy, itd. Wstyd jest jak sito pomiędzy nami a tym, czego zdarza nam się pragnąć. W zależności od naszych społecznych współrzędnych sito ma większe lub mniejsze oczka, jest rzadsze lub gęstsze.
AngielskiByłam uczennicą wzorową, co roku przynosiłam do domu świadectwo z czerwonym paskiem. Matka, całkowicie ufna w system edukacji i systemowi temu posłuszna, gratulowała mi i mówiła: „No widzisz? Jesteś zdolna”. Bo matka oceny szkolne brała za werdykty moich intelektualnych możliwości. Innych autorytetów w rodzinie nie było. Nie było w niej ani profesorów, ani inteligenckich niepokornych, których opinia stanowi zazwyczaj przeciwwagę dla szkolnej klasyfikacji, a w każdym razie jakąkolwiek wobec niej alternatywę. Nie było nikogo, kto powiedziałby mi: „Szkoła może nie mieć racji w twojej sprawie”, dlatego robiłam wszystko, by szkoła wyrok wydała na mnie łagodny. Nie było nikogo, kto odpowiednio wcześniej powiedziałby to mojej mamie. Już wtedy znałam jej historię. Na nią szkoła wydała wyrok, że jest „mało zdolna, ale pracowita”. Ten wyrok zdeterminował jej ścieżkę edukacyjną, a potem zawodową. Jej rodzice wzięli sobie do serca szkolne świadectwa córki, byli więc przeciwni, by szła na „wymagającą” medycynę. Nie wierzyli, że podoła. Mama, choć o medycynie marzyła, wzięła sobie do serca słowa rodziców i poszła na politechnikę. Jej szkolne świadectwa były kiepskie, bo o ocenach decydowała aktywność na lekcji, a moja mama była w szkole przeraźliwie onieśmielona. Głos na najważniejszych zajęciach – z polskiego i z historii – zabierali niemal wyłącznie chłopcy. To byli młodzieńcy z profesorskich…