Na kirkut w Krasiczynie idzie się wąską asfaltową drogą wysoko pod górę, aż pod las, który dawniej wrastał w ziemię cmentarza. W dokumentach widniał jako teren zielony. Żeby zaznaczyć to miejsce, ks. Stanisław Bartmiński namówił młodzież, by pomogła mu je uporządkować i obsadzić choinkami (jak się okazało, szybko trafiły do domów mieszkańców jako drzewka bożonarodzeniowe). „Tutaj będzie ksiądz grodził? A gdzie my będziemy krowy pasać?” – usłyszał od jednego z mieszkańców. „I to był porządny, pobożny chłop, który co niedzielę chodził do kościoła – dodaje ksiądz. – Większość była obojętna, ale część osób się oburzała. Mówili, żebym się zajął naszymi cmentarzami, bo oprócz żydowskiego dbałem o cmentarze ukraińskie, co też niektórych bolało. To są sprawy, które wciąż budzą emocje, bo wojna nadal w ludziach siedzi. Ja po prostu uważałem, że dbanie o miejsca pochówku zmarłych to obowiązek księdza. Wyznanie nie ma tu znaczenia” – wyjaśnia. Cmentarz kilkakrotnie był oczyszczany i za każdym razem ponownie zarastał.
Świadomość ludzka„Najważniejsza była nie sprawa logistyki i zebrania pieniędzy, tylko przekonanie ludzi do tego, że jako chrześcijanie powinni uszanować swoich starszych braci w wierze. To, że udało się to na jakiejś wsi, która poza nieliczną grupą osób nie jest z natury swojej bardzo oświecona, to wielka zasługa Stacha. Pokazuje jego ogromną kulturę i umiejętność przekonywania” – mówi Stanisław Krzemiński, który od lat przyjaźni się z księdzem. Sprawa porządkowania cmentarza nabrała tempa, gdy ksiądz dowiedział się o próbie odnowienia miejsca pamięci pomordowanych Żydów na Zasaniu. Gdy ze Stanów przyjechał John Hartman, prezes fundacji Pamięć i Pojednanie, okazało się, że osoba odpowiedzialna za to wzięła pieniądze, ale pracy nie wykonała. „Mnie to wtedy zabolało. Jakie zdanie ten amerykański Żyd będzie miał o Polakach? Zdecydowaliśmy się więc podjąć bardziej zorganizowaną akcję” – wyjaśnia ksiądz. Z pomocą młodzieży wykarczował teren, ogrodził drewnianymi żerdziami. Przy wejściu postawił „starszym braciom w wierze” pamiątkową tablicę. „Widać, że to jest miejsce spoczynku, ale skromne, bez pompy. I takie ma być” – mówi ksiądz. Na cmentarzu zachowały się tylko cztery macewy. Pod jedną z piaskowca fliszowego leży chłopak, który zginął w Sanie, ratując tonącego. Pozostałe trzy nieczytelne. Reszta pobita. Nie wiadomo, czyje to kości: Abramojsiu, Majera, Szmulki czy Dona. Ludzie opowiadają, że macewy…