Pytanie zasadnicze: „Kim pozostał dla kultury polskiej Zygmunt Kubiak jako twórca?”, nie ewokuje bynajmniej prostej i jednoznacznej odpowiedzi. Wyłania się ona stopniowo i nielinearnie. Jest pochodną tyleż rzeczywistej wartości Kubiakowego dzieła, ile jego recepcji: asymilowania przez dziennikarzy i pisarzy głównego nurtu, przychylności krytyków i wydawców, wszelkiej maści decydentów odpowiedzialnych za politykę kulturalną w mediach i obecność w podręcznikach szkolnych.
Partia arystokratów ducha Sprawy nie ułatwiał zresztą sam autor Brewiarza Europejczyka i demonstrowana przezeń po wielekroć niechęć do komunistycznego i postkomunistycznego środowiska literackiego, a także zupełna obojętność wobec gazetowych hierarchii oraz zawirowań na literackiej giełdzie. Wiele drzwi zamykało też przed nim dumne credo, które uznać by można w naszej ponowoczesnej epoce za ontologiczny skandal: „Gdy mnie ktoś pyta, czy jestem prawicowy czy lewicowy, odpowiadam zawsze, że moja Polska to Polska śródziemnomorska”. Kubiak wygłaszał je, ilekroć ktoś próbował wprząc go w tryby jakiejś powstałej po 1989 r. formacji politycznej lub wypisać jego nazwisko na sztandarach powiewających nad którymś ze stronnictw światopoglądowych. Wydaje się, że jedyna…