Pojawiły się niedawno. Piękne, olbrzymie. Właściwie spodziewałem się ich dużo wcześniej. Żałuję tylko, że skończyła mi się herbata. Poza tym wszystko jest w porządku. Podejrzewałem, że będzie znacznie gorzej. Oczekiwałem migawek, nie wiem, czegoś w tym stylu. Że to będzie Coś. Myślałem, że może nawet się wzruszę. Ale nie. Pamiętam w sumie niewiele. Najlepiej chyba to, jak dziadek zabierał mnie na wydmy. Kulał na jedną nogę, chodziliśmy wolno. Wydmy leżały niecały kilometr od domu. Szło się przez rzadki zagajnik, potem ścieżką wciśniętą między pola. Zaczynał opowiadać już po drodze. – Kiedyś ich tu nie było. Sochacki miał pszenicę, tak ze dwa hektary. To się zrobiło jakieś sześć lat temu, zimą. Bodaj w lutym. Było jeszcze bardzo zimno. Kiedy przystawaliśmy, klepał mnie po ramieniu. Dwa ostatnie palce prawej dłoni zaciśnięte miał na stałe. Patrzyłem na niego z dołu, dziś wydaje mi się, że musiał mieć ze dwa metry. Zawsze gładko ogolony. Pachniał sianem i smarem. Mówił do mnie: Juruś. – Oj, oj, Juruś! – Kiedy na przykład przewróciłem się w redlinę. Nikt inny tak się do mnie nie zwracał. Nie wiedziałem,…