Niektórzy z nas, co w bardzo wczesnej młodości dużo książek czytali, liczyli na to, że któregoś dla trafią na książkę par excellence, książkę absolutną, książkę, która oświeci ich absolutnie, przyniesie i ukaże Całą Prawdę[1]. Dochodzą jednak do wniosku, że chociaż jest wiele książek znakomitych, ciekawych i mądrych, to książki absolutu przecież nie ma, po prostu nie ma. Pewno również ten, kto takim złudzeniem żyje, nie ma chyba wątpliwości, że jego podręcznik chemii czy geometrii albo nawet historii żywi go jakąś prawdą, a jednak, gdy wierzy w książkę absolut, co go w Prawdę wtajemniczy, ma jakiś inny sens tego słowa na myśli. Ci wyznawcy wiary religijnej, którzy nigdy wątpliwości nie zaznali, wiedzą wprawdzie nie tylko, że jest taka książka, ale wiedzą, gdzie jest: jest to mianowicie tekst przez Pana Boga podyktowany – na przykład Biblia albo Koran; święte księgi wschodnich religii, chociaż ogromnie przez wyznawców czczone, nie mają przecież autorytetu tak niepodważalnego; są źródłem wielkiej mądrości, ale nie po prostu zapisem słów Bożych. Wyznawcy „fundamentalistycznej” interpretacji mają natomiast w ręku coś, co można nazwać Całą Prawdą. Nie jest to wprawdzie Cała Prawda w tym sensie, by miała zawierać wszystkie, nieskończenie liczne zdania prawdziwe. A jednak wyrażenie „Cała Prawda” nie jest nie na miejscu. Cóż to jednak znaczy?
Znamy najróżniejsze komplikacje, jakie rodziło „korespondencyjne” pojęcie prawdy, prawdy jako zgodności myśli (zdania, przekonania, idei) z rzeczywistością i niektóre z tych komplikacji, co od Platona do Tarskiego się ciągną, mogą nadal zaprzątać umysły: czy adequatio…