70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Utracony raj

„Mozambik to sztuka. Przetrwania”, stwierdza z nutą gorzkiej ironii jeden z bohaterów Szkieletu białego słonia. Iza Klementowska zabiera nas do byłej kolonii portugalskiej, kraju przeżartego przez korupcję i amnezję historyczną.

Afryka portugalskojęzyczna to jedna z białych plam na polskim rynku reportaży. Prace Ryszarda Kapuścińskiego, Genowefy Czekały-Muchy i Mirosława Ikonowicza nie inspirują do kolejnych wojaży reporterskich. Tę lukę znakomicie uzupełnia Szkielet białego słonia Izy Klementowskiej. Reportażystka przemierza zarówno główne aglomeracje, jak i głęboki interior Mozambiku. Dzięki temu poznaje dwa oblicza kraju – nowoczesne miasta oraz zatopione w przeszłości wsie. Kolekcjonuje świadectwa historyczne od zwykłych ludzi – jak ognia unika oficjeli, liderów lokalnej opinii, choć nie gardzi rozmową z przedstawicielami świata kultury (widać, że wiele inspiracji dostarczył jej wywiad z Mia Couto – pisarzem znanym w Polsce głównie ze zbioru Naszyjnik z opowiadań).

Wydobywając bolesne, dawno nieprzywoływane wspomnienia, nieco przypadkiem Klementowska zaczyna wcielać się w rolę terapeuty swoich rozmówców. Uważnie wsłuchuje się w zdania, których próżno szukać w poprawnych politycznie podręcznikach historii. Wertuje stare książki, pamiętniki. Z reminiscencji skleja fascynujący obraz, w którym celowo zaciera cezury na epokę przed przybyciem Europejczyków, okres kolonialny i czasy współczesne. Kolaż ten intryguje, a miejscami przeraża. Klementowska obnaża paternalizm w zachowaniu Portugalczyków. Przez trzy i pół stulecia traktowali oni Afrykanów niczym „ignorantów pariasów, dzikich półidiotów” (s. 45). Próbowali wytworzyć w nich postawę niewolnika. Bestialstwo to dało o sobie znać zwłaszcza w momentach kryzysowych dla władz w Lizbonie, gdy system kolonialny zaczynał trzeszczeć w posadach. Krnąbrnych i niepokornych autochtonów katowano na śmierć: „Ramiona, plecy, twarz – to ulubione popielniczki Portugalczyka” (s. 55), wspomina jedna z respondentek. Relacje tego typu wypełniają znaczną część książki.

 

Pejzaż postapokaliptyczny

Odwiedzane przez reportażystkę miejsca pamięci tworzą mozaikę, która może zaskoczyć. W czasie gdy nawet kraje byłego ZSRR dotyka dekomunizacja przestrzeni publicznej, na ulicach Maputo Lenin nadal sąsiaduje z Marksem, Engelsem, Kim Ir Senem, Ho Chi Minhem i Olofem Palmem. Lewicowy panteon zastąpił Andrade Corvę, XIX-wiecznego ministra spraw zagranicznych Portugalii, José de Anchietę, hiszpańskiego jezuitę, misjonarza, świętego Kościoła katolickiego, Tomása Rosadao, generała piechoty i administratora kolonialnego.

Historia Portugalskiej Afryki Wschodniej jest konsekwentnie wymazywana przez nowe władze – bez refleksji, czy dana postać zasługuje na upamiętnienie, bo np. zbudowała szkołę lub wzniosła kościół.

Klementowska stara się odtworzyć ewolucję wyobraźni społeczno-politycznej świata postkolonialnego. Dzięki posługiwaniu się historycznymi paralelami pokazuje, że reinterpretowanie i odnajdywanie tradycji – nawet jeśli często przeistaczające się w pospolitą grę fantasmagoriami – jest zjawiskiem uniwersalnym, a nie wyłącznie europejskim. Afrykanie potrafią pisać własną historię sami, bez kurateli Starego Świata. To ważny, aczkolwiek nienależycie wyeksponowany, wniosek.

Mozambik odwiedzany przez Klementowską wypełniają duchy i relikty przeszłości. To świat obalonych pomników, zapuszczonych gmaszysk. Stare cmentarze zostały przerobione w parki miejskie, o które nikt nie dba, lub centra handlowe, do których wstęp mają jedynie najbogatsi. Zabytkowe wille, którymi szczycili się kolonizatorzy, dziś przywodzą na myśl tytułowe szkielety białego słonia: „Ma wybite zęby, puste oczodoły, wyprute wnętrzności. Został jedynie szkielet, zakryty tu i ówdzie zielenią, której nikt nie pilnuje” (s. 66). Obecne Maputo w niczym nie przypomina kolonialnego Lourenço Marques. Szkoda tylko, że reportażystka bagatelizuje znaczenie transformacji z ostatniej dekady. Region stołeczny w okresie rządów Davida Simango zmienia się przecież dynamicznie. Do miasta napłynęli nowi inwestorzy, pojawiają się kolejne biura koncernów, zmo-dernizowano infrastrukturę portową. Ważnej przemianie ulega także populacja stolicy.

 

Hybrydy kulturowe

Kim tak naprawdę są bohaterowie Klementowskiej? To Mozambijczycy? Portugalczycy? Biali „pierwszej” i „drugiej kategorii” (dystynkcja między pierwszym pokoleniem migrantów a Europejczykami urodzonymi w Afryce)? Assimilado (w okresie kolonialnym określenie to oznaczało zasymilowanych kulturowo tubylców)? Kreole (potomkowie Afrykanów i Europejczyków)? A może czarnoskórzy Bantu, członkowie plemion Makua lub Tsonga? Etykietki te są umiarkowanie użyteczne w opisach hybrydowej tożsamości mieszkańców Mozambiku, którzy funkcjonują na granicy kręgów kultury, w zawieszeniu między identyfikacją narodową, państwową, etniczną. Posługują się wieloma językami – dziś, o czym zapomina wspomnieć Klementowska, portugalski staje się coraz mniej popularny. Dwukrotnie więcej użytkowników ma lokalny makua, rośnie przy tym zainteresowanie angielskim i chińskim. Kreolizacja kulturowa nabiera nowych wymiarów. Jak stwierdza Mia Couto: „Jestem Mozambijczykiem o portugalskim pochodzeniu, ale nie jestem rozdwojony. Te dwie części współpracują ze sobą, mieszają się, tworząc mnie” (s. 112).

Większość postaci pojawiających się na kartach Szkieletu białego słonia łączy naznaczenie przemocą oraz doświadczenie utraty dawnej pozycji społecznej. Ludzie ci wierzyli, że zbudują Eden – współtworzyli iluzję, której rozpad okazał się niezwykle bolesny. „Mieszkaliśmy w raju i zepsuliśmy go” (s. 102), wspominają zgodną jeremiadą bohaterowie reportażu.

Klementowska jest ostrożna przy ocenie sprawców traumy, okaleczeń oraz deklasacji. Nie ceduje całej winy na Portugalczyków. Zdaje sobie sprawę, że po ich wycofaniu z kolonii, w latach 1977–1992, w Mozambiku trwała wojna domowa. W jej wyniku śmierć poniosły setki tysięcy osób, jeszcze więcej utraciło dach nad głową. Bohaterowie Klementowskiej – autochtoni pochodzący z różnych plemion, pospołu z Portugalczykami, którzy zdecydowali się nie opuścić swojej drugiej ojczyzny – doświadczyli absurdu zimnowojennego konfliktu. „Umierali za sprawę, która nie była ich” (s. 82).

Rację ma Klementowska, gdy stwierdza, że okres transformacji po wygaszeniu wojny domowej nie oznaczał końca dramatu Mozambijczyków. Na mocy porozumień z Rzymu z 1992 r. przedstawiciele zwaśnionych stron zadecydowali o zakończeniu działań zbrojnych. Do dzisiaj nie rozliczono jednak nikogo za popełnione zbrodnie. Ludzie mieszkający w głębokim interiorze nadal „żyją w świecie, w którym wciąż jeszcze możemy się bać dziesięcioletniego chłopca” (s. 118).

 

(Nie)potrzebna martyrologia

Ta kombatancka, miejscami martyrologiczna wizja współczesnego społeczeństwa mozambickiego lekceważy kilka istotnych czynników. Blisko połowa populacji Mozambiku nie ukończyła 14. roku życia, a ponad dwie trzecie przyszło na świat po podpisaniu porozumień rzymskich. Dla młodych pamięć o konflikcie kolonialnym i późniejszej wojnie domowej nie odgrywa roli kluczowej w budowaniu tożsamości. Priorytet to odnalezienie się w trudnej rzeczywistości gospodarczej, znalezienie pracy i własnego lokum w stolicy. Snucie opowieści o podziałach rasowych, zakorzenionych w dziejach kolonialnych, jest mniej potrzebne od snucia refleksji, dlaczego podziały te zastąpiły o wiele silniejsze dystynkcje ekonomiczne. Co więcej, warto przyjrzeć się współczesnej ekonomice Mozambiku i spróbować zastanowić się, jak uzdrowić system. O tym Klementowska, niestety, nie pisze.

Podkreślmy: receptą na sanację relacji społeczno-gospodarczych w Mozambiku nie jest rozpamiętywanie traumy powojennej, powoływanie kolejnych komisji prawdy i pojednania. Gdzie szukać zatem rozwiązań? Rzućmy okiem na strukturę wymiany gospodarczej. W eksporcie z Mozambiku główną rolę odgrywają Chiny (30%) i RPA (20%). Z kolei w imporcie – RPA (25%), Indie i Chiny (po 20%). Cały czas rozwija się także współpraca z nowym portugalskojęzycznym mocarstwem – Brazylią. To właśnie kraje BRICS-u (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny, RPA) decydują o życiu 25-milionowej populacji Mozambiku. To kontrakty zawierane przez nie dają ludziom pracę i zabezpieczają kraj przed odpływem migrantów, drenażem mózgów i siły roboczej – wypełnieniem „szkieletu białego słonia” nową tkanką społeczną.

_

Iza Klementowska

Szkielet białego słonia

Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016, s. 216

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata