70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Jędrzej Kogut / dzięki uprzejmości UJ

Transplantacje. Czy jest się czego bać?

Czas zmienić nasze podejście do przeszczepiania narządów. Nie musimy traktować dawców pośmiertnych jak herosów, dokonujących nadludzkich czynów. Wręcz przeciwnie: jest to forma pomocy, której nie wypada odmówić.

Anna Mateja: Zadam na początek pytania, które mogą wydać się banalne jak na dyskusję z cyklu „Jaskinia filozofów”. Wynikają one jednak z mojego doświadczenia dziennikarskiego – rozmawiałam bowiem zarówno z transplantologami, jak potencjalnymi dawcami bądź biorcami. Osoby z tej drugiej grupy często się zastanawiają: czy na pewno lekarze wiedzą, co robią? Czy nie popełniają błędów? Proszę Pana Profesora o przypomnienie warunków, wykluczających możliwość pomyłki przy orzekaniu śmierci osoby, od której mają być pobrane narządy do przeszczepień.

Marek Krawczyk: Regulacje są jednoznaczne. Istnieje obowiązek dwukrotnego potwierdzenia śmierci mózgu przez komisję złożoną z neurochirurga bądź neurologa oraz anestezjologa. Aby wykluczyć zaangażowanie lekarzy transplantologów prowadzących chorych oczekujących na przeszczepienie, które mogłoby wpłynąć na podejmowaną decyzję, do tej komisji nie mogą należeć transplantolodzy.

W 1996 r. powstał Poltransplant – instytucja, której zadaniem jest organizowanie w Polsce działań związanych z przeszczepianiem tkanek i narządów. W szpitalach pracują odpowiednio przygotowani koordynatorzy, którzy po stwierdzeniu przez zespół lekarski śmierci mózgu informują Poltransplant, że w danej jednostce znajduje się zmarły człowiek, od którego można pobrać narządy.

AM: Innymi słowy: od żywych nie pobierają. Kto jeszcze nie wypełnił deklaracji o zgodzie na pobranie narządów, powinien to zrobić i nosić ją w portfelu.

MK: W Polsce istnieje zasada zgody domniemanej. Jeśli ktoś nie zgłosił do Poltransplantu deklaracji, że w razie nagłej śmierci nie zgadza się na pobranie narządów do transplantacji, to zakłada się jego zgodę na takie działanie. Gdy koordynator zgłasza śmierć pacjenta, jest to pierwsza rzecz, którą się sprawdza. Czym innym jest natomiast zgoda wprost: każdy może wypełnić w Poltransplancie deklarację, że jego narządy po śmierci mogą być wykorzystane do ratowania życia chorego człowieka.

Mimo zasady zgody domniemanej lekarze zawsze rozmawiają z rodziną zmarłego. Informują najbliższych, że doszło do nieodwracalnego uszkodzenia mózgu oraz o możliwości pobrania narządów do przeszczepień. Zadawane jest też pytanie, czy zmarły nie zadeklarował w jakiejś rozmowie braku zgody na oddanie narządów. Jeśli taka relacja zostanie przedstawiona, odstępuje się od pobrania. Podobnie zresztą – mimo zasady zgody domniemanej – w sytuacji sprzeciwu samej rodziny.

AM: Czyli zdanie rodziny bierze się pod uwagę, niezależnie od woli samego zmarłego.

Piotr Grzegorz Nowak: Z perspektywy etycznej z transplantacjami związane są dwie frapujące kwestie. Po pierwsze: od kogo można pobrać narządy? Czy tylko od tych, którzy się na to zgadzają, czy może od wszystkich, którzy się nie sprzeciwiają? Jak mówił prof. Krawczyk, w Polsce obowiązuje zasada zgody domniemanej – ewentualną odmowę oddania narządów można wyrazić albo pisemnie, albo w obecności dwóch świadków. Stąd potrzeba, żeby koordynator transplantologiczny porozmawiał z rodziną o ewentualnym sprzeciwie zmarłego. Osoby, które szkolą koordynatorów, podkreślają, że w rozmowie z rodziną należy pytać właśnie o wolę zmarłego, czy ten kiedykolwiek sprzeciwił się ewentualnemu pobraniu narządów, a nie o zgodę samej rodziny na taki krok. Sądzę, że jest to słuszne rozwiązanie.

Druga ciekawa kwestia dotyczy tego, na ile jesteśmy zobowiązani do dobroczynności.

Kiedy pomoc drugiej osobie nie jest czynem nadobowiązkowym? Kiedy – mówiąc wprost – przestalibyśmy być przyzwoitymi obywatelami, gdybyśmy komuś nie pomogli?

Nawiązując do rozważań Tomasza z Akwinu i do współczesnej etyki medycznej Toma Beauchampa i Jamesa Childressa, etycy starają się opisać warunki zobowiązujące nas do udzielenia pomocy. Taka sytuacja ma miejsce, np. jeśli jesteśmy w stanie niewielkim kosztem uratować kogoś przed poważnym uszczerbkiem na zdrowiu bądź utratą życia. W sytuacji dawcy-zmarłego możemy śmiało powiedzieć, że pomoc, której udziela on po śmierci, stanowi niewielkie wyrzeczenie. Jest to pomoc, której nie wypada odmówić.

Było kiedyś takie hasło promujące transplantologię: „Nie bądź sknerą, podziel się nerą”. Dobrze oddaje ono myśl, że nie musimy traktować dawców pośmiertnych jak herosów, którzy dokonują nadludzkich czynów.

Wojciech Bonowicz: Tak mi przyszło do głowy: „Bądź sobą, podziel się wątrobą”.
AM: Niewiele nas ta pomoc kosztuje, skoro udzielamy jej wówczas, gdy umieramy.

PGN: Albo raczej: udzielamy jej po śmierci – bo tak należy mówić, jeśli jesteśmy przekonani, że śmierć mózgu jest śmiercią człowieka.

AM: Skąd więc biorą się nasze opory? Dlaczego jesteśmy przywiązani do integralności ciała, które przecież zmienia się przez całe życie?

Barbara Chyrowicz SSpS: Moje ciało jest w pewnym sensie mną samym. Z punktu widzenia filozofii czy religii możemy powiedzieć, że człowiek nie jest tylko ciałem, ale przecież to ono mnie konstytuuje, wypowiadam się poprzez ciało, dzięki niemu rozpoznają mnie inni. Posiadanie ciała różni się od posiadania wszelkich innych dóbr, co sprawia, że ingerowanie we własną cielesność staje się moralnie relewantne.<!–widoczny:2020-10-01–>

Zwrócili Państwo uwagę, że oddanie narządu po śmierci niewiele nas kosztuje – można powiedzieć, że nic nas nie kosztuje. Po śmierci – o czym doskonale wiemy – nikomu z nas ciało nie jest potrzebne.

Materia naszego ciała jest nadto nader krucha – plastikowe butelki czy reklamówki okazują się znacznie trwalsze.

Śmierć jest wyrzeczeniem się ciała. Zrozumiała wydaje się stąd irytacja nieżyjącego już, wybitnego transplantologa, prof. Wojciecha Rowińskiego, któremu trudno było pogodzić się z faktem, że życia wielu ludzi czekających na narząd do przeszczepienia nie da się uratować, ponieważ w polskich warunkach bez zgody rodziny nie przeprowadza się takiej operacji, a rodzina często zdecydowanie się jej sprzeciwia.

Mimo iż, o czym mówił już mój przedmówca, bycie dawcą narządów nie jest heroizmem, uważam, że należy szanować zgodę bądź sprzeciw potencjalnych dawców. Jeśli respektujemy czyjeś zawarte w testamencie decyzje dotyczące własności materialnej, tym bardziej powinniśmy szanować rozstrzygnięcia dotyczące pośmiertnych losów jego ciała. Doskonale rozumiem też, że lekarze nie chcą spierać się z rodziną, której cierpienie po śmierci bliskiego nie pozwala zgodzić się na pobranie narządów z jego ciała.

AM: Można zapytać: dlaczego rodzina zmarłego tak jest przywiązana do jego ciała?

Bogdan de Barbaro: Kilka lat temu za namową wspomnianego prof. Rowińskiego wraz ze swoimi współpracownikami próbowałem zrozumieć, co w takiej sytuacji dzieje się w rodzinie. Okazało się, że dla rodziny, inaczej niż dla chirurga czy anestezjologa, śmierć bliskiej osoby nie jest oczywista. Pojawia się wiele różnych emocji, a także, mówiąc wprost: obawa, że lekarz nie mówi prawdy. Wielu uczestników badań wspominało o tzw. efekcie Ziobry.

AM: W lutym 2007 r. ówczesny minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro powiedział na konferencji prasowej o zatrzymanym przez CBA kardiochirurgu i transplantologu: „Już nikt nigdy przez tego pana życia pozbawiony nie będzie”. Oskarżanie doktora Mirosława G. o uśmiercenie pacjenta było, jak dowiedziono sądownie, bezpodstawne. Niemniej na kilka następnych lat wyraźnie spadła liczba transplantacji z racji braku narządów.

BB: Spadła gotowość do wyrażania zgody, ponieważ w ludziach zmniejszyło się zaufanie do lekarzy. Było to dla nich bardzo bolesne. Okazało się, że owo dramatycznie „nie” ze strony rodziny, które respektowano, mimo że prawo tego nie wymagało, wynikało po prostu z tego, że nie wierzono lekarzom, iż bliski człowiek naprawdę nie żyje. W konsekwencji umierali zaś potencjalni biorcy.

AM: Czy szpitalny korytarz to jednak właściwe miejsce na tak dramatyczne dyskusje? Może kwestia potencjalnego dawstwa powinna być tematem publicznej debaty? Czy nieufność wobec lekarzy i niski poziom dawstwa w Polsce nie wynikają z tego, że w ogóle nie zajmujemy się tym problemem, dopóki życie nas z nim nie skonfrontuje

PGN: Na pewno myślenie o własnej śmierci nie należy do przyjemnych zajęć, a wszyscy zdajemy sobie sprawę, że dawcami narządów nie zostają ludzie, którzy umierają w wieku 80 lat, ale znacznie młodsi.

AM: Może zamiast mówić o byciu dawcą narządów, powinniśmy mówić o ratowaniu życia chorych osób? Czy zmiana retoryki nie byłaby dobrym pomysłem?

PGN: Zmiana retoryki dalej musiałaby się wiązać jednak z uświadomieniem sobie możliwości swojej tragicznej śmierci, np. w wyniku pęknięcia tętniaka mózgu albo zewnętrznego urazu czaszki. Niełatwo zachęcić ludzi do takich rozmyślań. Z tego powodu jestem gorącym zwolennikiem obowiązującej regulacji braku sprzeciwu. Uważam, że można ją poprawić nieco z tej perspektywy, o której mówiła s. Chyrowicz, czyli perspektywy zgody i szanowania autonomii. Celowo powiedziałem, że niewiele nas kosztuje oddanie narządów po śmierci, bo uważam, że istnieje jednak coś takiego jak szkoda pośmiertna. Jeśli ktoś postąpi z moim ciałem niezgodnie z moją wolą, można powiedzieć, że mój dobrostan na tym cierpi: nie dobrostan zwłok, które po mnie pozostały, ale mnie jako osoby, która była kiedyś żywym człowiekiem. To nie jest, jak sądzę, strata druzgocąca, ale trzeba ją brać pod uwagę. Być może należałoby więc udoskonalić obowiązującą regulację na wzór propozycji sformułowanej kiedyś w Holandii, według której każdy obywatel w pewnym momencie życia – np. składając wniosek o prawo jazdy – powinien mieć szansę odpowiedzieć na pytanie, czy chce być dawcą. Brak odpowiedzi uznaje się za milczącą zgodę osoby, która po prostu woli nie myśleć o swojej śmierci.

MK: Uważam, że mówienie, iż ktoś chce być dawcą, to ogromne uproszczenie. Czy ktokolwiek chce umrzeć? Chcielibyśmy żyć zawsze w dobrej formie.

Na pewno ważna jest umiejętność dobrania odpowiednich słów w rozmowie z rodziną zmarłego. Musimy zrozumieć jej dramat, by jej nie dotknąć, nie sprawić bólu tą rozmową.

Około 10% rodzin odmawia pobrań od swoich bliskich zmarłych. Jednakże sytuacja w 2007 r. wyglądała katastrofalnie: przeszczepialiśmy tylko u chorych w sytuacjach naglących, bo dla planowych przeszczepień nie było w ogóle wystarczającej liczby pobranych narządów. I nikt nie poniósł odpowiedzialności za tę sytuację.

AM: To chyba najbardziej demoralizujący aspekt całej sprawy.

BC: Chciałabym nawiązać do wątku, który pojawił się w wypowiedzi prof. Krawczyka: myślę, że kontekstem debaty nad zwiększeniem liczby dawców nie musi być problem śmierci. Kwestię transplantologii można po prostu włączyć w edukację szkolną, dokładnie: w lekcje biologii człowieka. Wyjaśniając funkcje poszczególnych organów, należy wytłumaczyć, czym jest transplantologia i że godząc się na bycie dawcą, można uratować komuś życie. Oswojenie od dziecka z problemem transplantologii mogłoby sprawić, że wyrażanie zgody na pobranie po śmierci organów nie miałoby charakteru nadzwyczajnego ani heroicznego.

AM: Możemy też przeczytać fragment encykliki Evangelium vitae, w której mowa o dawstwie narządów jako najwyższej formie miłości bliźniego.

BC: Tak, tylko że encykliki czytają niektórzy, a biologii uczą się wszystkie dzieci.

WB: Pojawiło się pytanie z publiczności dotyczące właśnie roli Kościoła. Skoro w codziennej modlitwie wyznajemy wiarę „w ciała zmartwychwstanie”, powstaje problem etyczny: czy zmarły zmartwychwstanie bez nerki, serca, wątroby itd.? Można się śmiać, ale dotykamy tu rzeczywistego problemu: w końcu wyobraźnia religijna żywi się często dosłowną interpretacją.

PGN: Cieszę się, że takie pytanie padło, bo widać świadomość religijną osoby, która je zadała i która zauważyła, że katolicy wierzą w ciała zmartwychwstanie: jak więc pogodzić tę wiarę z oddawaniem narządów? Ta sprawa była poruszana przez Tomasza z Akwinu, który wprawdzie nie musiał borykać się z problemem transplantacji, ale rozważał problem poniekąd analogiczny: co się stanie z ciałem człowieka, który zostanie zjedzony przez kanibala? Czy i w jaki sposób ono zmartwychwstanie? Oczywiście Tomasz pisał, że moc Boża zadziała w takich przypadkach i ciało zjedzonego zmartwychwstanie. Co więcej, Kościół do dziś podkreśla, że ciało będzie przemienione, doskonalsze niż to, w którym żyjemy przed śmiercią. Problem przeszczepień nie powinien więc rodzić obaw wśród katolików. Jeśli głoszę jakieś herezje, proszę s. Chyrowicz o korektę…

BC: Jeśli chodzi o zmartwychwstanie, nie mam za sobą żadnych doświadczeń… Cóż, czytamy w Piśmie Świętym: „w proch się obrócisz”. Ciało człowieka obraca się w proch i nie ma to doprawdy większego znaczenia, czy jest to ciało z jedną nerką, czy z dwiema. Nie wiem zresztą, czy w dobie coraz powszechniejszej kremacji ciała jest to problem trapiący Polaków.

AM: Kolejne pytanie od publiczności: co Państwo sądzą o wątpliwościach prof. Jana Talara, zajmującego się wybudzaniem pacjentów ze śpiączki, który podważa zasadność mówienia o śmierci mózgu jako śmierci człowieka? Czy tego typu opinie są brane pod uwagę przez transplantologów?

MK: Śpiączka i śmierć mózgu to dwa zupełnie różne stany. Jeśli ktoś jest w stanie śpiączki, żadna komisja lekarska nie stwierdzi u takiej osoby śmierci mózgu. Śpiączka daje szansę na powrót do pełnej bądź częściowej sprawności mózgu – przy śmierci mózgu jest to niemożliwe.

PGN: Myślę, że przy udzielaniu odpowiedzi na zarzuty prof. Talara czy o. Jacka Norkowskiego – którzy kwestionują mówienie o śmierci mózgu jako śmierci człowieka – warto zachować pewną otwartość. Ważne są szczerość i rzetelność. Choć mówi się, że jedyne, co jest pewne, to śmierć i podatki, to jednak w naszej rzeczywistości nie możemy być niczego pewni w 100%. Możemy tylko mówić, z jakim prawdopodobieństwem jesteśmy w stanie stwierdzić śmierć. I gdyby porównać niezawodność stwierdzania śmierci w oparciu o kryteria neurologiczne ze stwierdzaniem jej w oparciu o kryteria krążeniowo-oddechowe, okaże się, że ta pierwsza metoda (w której diagnozuje się śmierć mózgu) jest dużo bardziej rygorystyczna. A jednocześnie warto zwrócić uwagę, że choć jest to bardzo niewielki procent przypadków, zdarzają się pomyłki przy stwierdzaniu śmierci mózgu, ponieważ błędy zdarzają się w każdej dziedzinie medycyny i ludzkiego życia.

BC: Jednym z głównych bohaterów sporu o obowiązujące kryteria śmierci mózgowej jest bostoński neurolog dziecięcy Alan Shewmon. Na podstawie prowadzonych badań doszedł do przekonania, że istnieją sytuacje, w których u pacjentów ze stwierdzoną śmiercią mózgu nadal funkcjonuje obwodowy system nerwowy, przejmując część funkcji mózgu. Jeszcze w czasie pontyfikatu Jana Pawła II Shewmon wraz z grupą lekarzy i filozofów – wśród nich był znany katolicki filozof Josef Seifert – wystosowali list do Stolicy Apostolskiej z wątpliwościami odnośnie do możliwości uznania jednoznacznie śmierci mózgu za śmierć osoby. Odpowiedziano im, że Kościół uznaje nadal kryteria śmierci mózgowej za wiążące, pod warunkiem ich rygorystycznego przestrzegania.

MK: Po to dwukrotnie potwierdza się śmierć mózgu przez komisje lekarskie, aby wyeliminować możliwość pomyłki. Wierzę swoim kolegom, że nie popełniają takich błędów.

PGN: Niestety, to się jednak zdarza – przypadek błędnie stwierdzonej śmierci mózgu u młodej Jahi McMath analizowano np. w jednym z zeszłorocznych numerów „Neurocritical Care”.

WB: Chciałbym zapytać o rzecz ogólniejszą związaną ze statusem medycyny. Ile jest prawdy w stwierdzeniu, które coraz częściej się pojawia, że medycyna jest religią XXI w.? Otacza ją w końcu wielki szacunek, ale także pewna aura tajemnicy. Mówi się też dużo o „medykalizacji” naszego życia.

BB: Z mojej perspektywy, psychiatry i psychoterapeuty, istnieje faktycznie wiele poszlak przemawiających za tym, że zdrowie bywa w jakimś sensie ubóstwiane. Zdaniem wielu antropologów kultury jednym z problemów współczesnego świata zachodniego jest to, że wrażliwość metafizyczna została zastąpiona przez wrażliwość na punkcie zdrowia, rozumianego jako sprawność w cieszeniu się życiem.

Zmienia się też w konsekwencji zakres tego, czym medycyna ma się zajmować. Czy np. dbanie o gęstość rzęs to kwestia dla lekarza? Zygmunt Bauman pisał, że jeśli kobieta chciałaby mieć rzęsy dłuższe i gęstsze, to można rozpoznać u niej hipotrychozę rzęs, a firmy farmaceutyczne zapewnią odpowiedni lek.

To wyzwanie natury etycznej: skoro mamy jako lekarze zajmować się cierpieniem, to czy powinniśmy też odpowiadać na cierpienie płynące z poczucia, że ktoś czuje się nie dość piękny albo martwi się tym, że przybyło mu zmarszczek?

BC: Tak jak mówi prof. de Barbaro: wzięliśmy dziś rozbrat z myśleniem metafizycznym. Pytania metafizyczne są dla nas „podejrzane”, ponieważ nie można udzielić na nie odpowiedzi zawierającej jedynie dostępne nam, empirycznie fakty, a zdecydowanie łatwiej dyskutuje się na temat faktów niż przekonań. Znajomy genetyk zwrócił mi kiedyś uwagę, że dziennikarze, szukając ekspertów do dyskusji nad kwestiami bioetycznymi, zwracają się w pierwszej kolejności do przedstawicieli nauk szczegółowych, a nie do etyków. Ich odpowiedzi wydają się nam prostsze, bo oparte na tym, co możliwe i empirycznie doświadczalne.

AM: Z rozwojem medycyny pojawiają się wizje przemiany człowieka dzięki osiągnięciom medycynie estetycznej, ale także za sprawą wymiany jego kolejnych psujących się narządów. To wciąż utopia, opisana np. przez Stanisława Lema w opowiadaniu Przekładaniec. Konsekwencją takiej „modernizacji” ciała byłoby zapewnienie nam długiego życia wolnego od cierpienia.

MK: Rzeczywiście marzymy o medycynie, która zapewni nam – albo przynajmniej przyszłym pokoleniom – niemal wieczne życie. Pytanie, czy będziemy tak samo trafnie usprawniać działanie naszego mózgu jak innych, prostszych narządów, np. tych składających się na układ krążenia? Czy 200-letni ludzie żyjący z nową nerką i sercem będą w stanie być świadomi i sprawni intelektualnie?

BB: Zwróciłbym uwagę, że w naszej kulturze rośnie siła hedonizmu. Mam jednak wrażenie, że hedonizm oznacza nie tylko oczekiwanie, że mi będzie przyjemnie, ale także brak zainteresowania tym, że innym jest nieprzyjemnie. Konsekwencją może być egoizm – groźny również w kontekście naszych rozważań o transplantologii, o gotowości do bycia dawcą.

PGN: Chciałem wystąpić w obronie hedonistów. Filozoficzni rzecznicy hedonizmu (np. epikurejczycy) przekonują, że dobro człowieka sprowadza się do przyjemności, a zło do przykrości. Gdy rzucamy hasło „hedonista”, widzimy człowieka na zakrapianym przyjęciu, szastającego pieniędzmi i sięgającego po zakazane substancje. Tymczasem taki nowożytny hedonista jak John Stuart Mill pisał w eseju O wolności, że liczą się ostatecznie przyjemności wyższe, np. wysublimowane przyjemności intelektualne. Oczywiście z tym stanowiskiem łączą się też pewne problemy, bo hedonizm zakłada, że o naszym dobrostanie stanowią tylko przeżycia umysłu. Można zaś przekonywać, że liczy się też to, co robimy w życiu, nasza siła sprawcza, działanie.

WB: Chciałbym Państwa zapewnić, że organizujemy Dni Tischnerowskie wyłącznie z hedonizmu, dla przyjemności. Wśród głosów z publiczności powracają pytania o transplantację: czy otrzymanie przeszczepionego od kogoś narządu nie wpłynie na naszą osobowość, na poczucie własnego „ja”, gdy żyje we mnie część ciała kogoś innego? Jak poradzić sobie z tym lękiem?

MK: Przy przeszczepieniu narządów wewnętrznych ten problem nie istnieje. Na ponad 2 tys. transplantacji wątroby, które wykonaliśmy w naszej klinice, tylko raz spotkałem osobę, która zapytała mnie: „Czy z nie swoją wątrobą jestem taki sam jak pozostali pacjenci?”. Inni po prostu z wdzięcznością przyjmowali to, że będą mogli żyć i funkcjonować. Natomiast istnieje problem przy narządach zewnętrznych. W literaturze medycznej opisane są przypadki, gdy po kilku latach od przeszczepienia przedramienia pacjent czuł, że jest ono wciąż ciałem obcym, że wolałby go nie mieć. Jeszcze większy dylemat pojawia się, jeśli mowa o transplantacji twarzy. Gdy prof. Maria Siemionow opowiadała o przeprowadzonej przez siebie w 2008 r. operacji przeszczepienia ponad 80% powierzchni twarzy, zapewniała, że długo przygotowywała pacjentkę na ewentualny problem z zaakceptowaniem swojego nowego wizerunku.

BB: Pojawia się pytanie: jak głęboko człowiek przeżywa swoją tożsamość i czy ta tożsamość sprowadza się do „ja” fizycznego, czy jest to może coś głębszego? W pracy psychoterapeuty tożsamość, czyli poczucie ciągłości „ja”, jest często przedmiotem rozważań: czy „ja” dzisiejsze to to samo „ja”, które miało kiedyś 15 lat? Twarz ma jednak spośród części ciała szczególne znaczenie, bo od razu nasuwają się skojarzenia filozoficzne: mówimy przecież choćby o roli, jaką ma dla nas twarz Drugiego.

WB: Kolejne pytanie od publiczności: co zrobić, jeśli ktoś wyrazi zgodę na bycie dawcą, ale z zastrzeżeniem, iż może oddać narządy każdemu z wyjątkiem, np. osób czarnoskórych, katolików albo homoseksualistów? Czy powinniśmy zaakceptować taką restrykcję?

PGN: To dość istotny problem.

Może nie w Polsce, gdzie mamy jednolite etnicznie społeczeństwo, ale już w USA czy Wielkiej Brytanii zdarzają się sytuacje, gdy dawca nie życzy sobie, by jego narządy trafiły po śmierci do czarnoskórego biorcy.

Pytanie: co zrobić w takiej sytuacji?

BB: Iść do psychoterapeuty z takim ksenofobem.

PGN: Problem jest wtedy, gdy ten człowiek już nie żyje. Zmarłego nie przekona nawet najskuteczniejszy terapeuta… Czy powinniśmy jednak przyjmować takie „rasistowskie dary”? Z jednej strony można myśleć utylitarystycznie: skoro dzięki temu zwiększy się pula pobrań, wszyscy na tym skorzystamy. Z drugiej, może to jednak doprowadzić do wspierania postaw rasistowskich. W Wielkiej Brytanii najpierw zgodzono się na przyjęcie pewnego „rasistowskiego daru”, ale gdy sprawa wypłynęła do mediów, rozpętała się burza i specjalna komisja etyczna uznała, że dawstwo narządów nie może być obarczone warunkami i powinno być w pełni altruistyczne. Można się zastanawiać, czy nie stawia się jednak w ten sposób zbyt wysokich wymagań przed obywatelami. Oczywiście – nie chodzi o utrzymanie prawa do decydowania o tym, jakiej rasy ma być biorca. Czy jednak nie moglibyśmy zastrzec, że po śmierci oddamy narząd jedynie komuś z rodziny? Takie przypadki są już mniej kontrowersyjne.

WB: Na koniec pojawiło się pytanie od studenta medycyny: jak wraz z nowymi technologiami (np. chirurgią robotową, która może rozmywać odpowiedzial ność lekarza) mają pielęgnować swoje sumienie osoby zajmujące się ochroną zdrowia?

MK: Myślę, że musimy pokazywać w trakcie kształcenia medycznego, że ostatecznie – oprócz stosowania procedur i wytycznych – mamy leczyć według naszej wiedzy, umiejętności i etycznego rozeznania.

BC: Jeśli istnieją określone procedury związane z pracą robotów, obowiązkiem moralnym lekarza jest ich przestrzeganie. Oczywiście problemy etyczne związane z pracą lekarza znacznie przekraczają obszar związany z robotyką, ale automatyzacja tworzy nowe problemy. Niedawno moi koledzy na wydziale filozoficznym otrzymali grant na opracowanie etyki deontologicznej dla samochodów autonomicznych. Robot ani samochód nigdy nie będą winne za spowodowanie wypadku – winę może ponosić tylko człowiek, który nie dopełnił procedur.

BB: Jako psychoterapeuta dodałbym, że nasze decyzje są często ufundowane na nierozpoznanych emocjach. W byciu rzetelnym i wrażliwym etycznie lekarzem pomaga znajomość własnych emocji. Można się tego nauczyć.

MK: W trakcie operacji chirurg nie może koncentrować się na swoich emocjach, ma jednak nad nimi panować. Dlatego przyjmuje się, że nie powinno się operować osób ze swojej rodziny czy przyjaciół.

BB: To oczywiste, że w czasie operacji chirurg nie bada swojego nastroju, tylko operuje. Miałem na myśli sytuacje podejmowania decyzji, dyskusji z kolegami i koleżankami. Wówczas mogą się pojawiać te nieświadome uczucia wpływające na przyjmowane rozstrzygnięcia – myślę, że każdy lekarz niezależnie od swojej specjalizacji, powinien być tego świadomy.

Skrócony zapis dyskusji, która odbyła się 28 marca 2019 r. podczas 19. Dni Tischnerowskich. W tym roku głównym organizatorem wydarzenia był Uniwersytet Jagielloński w Krakowie

Bogdan de Barbaro

Prof. dr hab. n. med, psychiatra, psychoterapeuta. W latach 2016–2019 Kierownik Katedry Psychiatrii Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego

s. Barbara Chyrowicz SSpS

Prof. dr hab., etyk, filozof. Kieruje Katedrą Etyki Szczegółowej na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Autorka m.in. książki O sytuacjach bez wyjścia w etyce (2008), za którą otrzymała Nagrodę im. ks. Józefa Tischnera

Marek Krawczyk

Prof. dr hab. n. med., specjalista w zakresie chirurgii ogólnej, chirurgii onkologicznej oraz transplantologii klinicznej. W kierowanej przez niego Klinice Chirurgii Ogólnej i Chorób Wątroby Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego wykonano pierwszy w Polsce jednoczesny przeszczep wątroby i nerki u chorego dorosłego. W latach 2008–2016 pełnił funkcję rektora WUM

Piotr Grzegorz Nowak

Dr, filozof, bioetyk. Pracuje w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego, autor m.in. książki Etyka, śmierć i transplantacje (2018)


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter