70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Mrożony list o naszych prawach

Choć miałyśmy wywalczone od 100 lat prawa wyborcze, nasz udział w decyzjach politycznych był zbyt mały i niemal zawsze podporządkowany zmiennej „racji stanu”. Demokracja, którą kochałam, okazała się obowiązkiem tak twardym jak w XIX w. niepodległość.

Córko z lodu, być może jesteś dziewczyną z ognia, a jeśli czytasz moje zapiski, to znaczy, że istniejesz, przetrwałaś i jedna rzecz pozostała niezmienna – ciekawość każąca zaglądać do cudzych komputerów, listów, depozytów czy jak się nazywają wszystkie te miejsca, urządzenia, formy, bo tego nie wiem. Dawno temu napisałam powieść o przyszłości, w której wszyscy rozumieli wszystkich, używając miniaturowych translatorów, ale rzecz dotyczyła raczej języka niż całej reszty, minimalistyczna utopia sprzed dobrej wersji Google Translate, wygugluj sobie, co to było. Śmieszne, pięć lat później pasowałam do poczciwego nurtu nostalgicznego, wyśmiewana przez futurystów i poetów. Dziwnych używam słów? Wyszperaj, zapewne staroświecki wokabularz przetrwał, nie wirują go odsysacze mód. Szperanie – ładne słowo, szeleści i pobrzękuje, lekko kaleczy palce, obliż rankę i nie zwracaj uwagi na drobne niedogodności. Przyłóż zimne.

Pod koniec życia technologie i narzecza zaczęły mnie nużyć. Nowe słówka, nowe końcówki. Przed siedemdziesiątką nadążałam, szczycąc się swoją sprawnością, z przerwą na szary dół. Należałam do pokolenia solennych użytkowniczek komputerów, perfekcyjnie obsługujących wszystkie funkcje edytorów tekstów. Zdołowana, aktualizowałam oprogramowanie. Miałam odruch bycia na bieżąco. Mój życiowy romans nabrał rumieńców dzięki wynalezieniu Skype’a. Trudno było uwierzyć, że da się dzwonić za darmo i zobaczyć ukochaną osobę – nie, nie napiszę ci, kim była, bo nie jestem pewna, czy w tej twojej teraźniejszości wolno kochać, kogo się chce, a i co ty sama o tym sądzisz, a także kto został w Wikipedii (jak się tam u ciebie nazywa taki zbiór, sprawdzaj na własną rękę, nie wszystkie rafy mogę wyminąć). Ostrożnie zakładam, że znasz moje dane osobowe. Obstawiam pół na pół: albo się uporano z uprzedzeniami, albo je podkarmiono i jesteście nowymi purytankami lub istotami podległymi. Należałam do pokolenia obserwującego z niedowierzaniem symptomy konserwatywnej cofki, zakleszczonego między starszymi, umiarkowanie hołdującymi łagodnej wersji tradycji a młodszymi, chcącymi za wszelką cenę odświeżyć relikty starego porządku. Jeszcze się nic na dobre nie zaczęło, a już zostało wyklęte. Wzięłyśmy, lecz nam zabrano.

*

Z tego wstępu, jeśli czytasz uważnie, wynika, że poza fundamentalną zagadką naszego pokrewieństwa są dwie lub trzy kwestie dla mnie niewiadome i bardzo interesujące, ściśle związane z przeszłością, którą chcę dla ciebie zamarkować, żebyś się rozejrzała wokół siebie: technologia i miłość czy też – jak by to dziwnie nie brzmiało – splot obu i wszystkie ich z innymi kwestiami przecięcia. Te dwie sfery życia jak kula śnieżna, jeśli macie tam, poza lodem, śnieg, zbierające całą resztę, w tym demokrację i język.

Zacznijmy od kwestii mniej na pozór kobiecej i być może robiącej największą różnicę między epokami. Idzie o science, twardą wiedzę i postęp, który tyleż robił miejsce dla kobiet, emancypował, ile nas upodrzędniał, stawiał w pozycji uczennic i pretendentek. Dawno temu rozwój miast, przemysłu, komunikacji szczęśliwie wypychał kobiety z przestrzeni domowej, niosąc niejedno rozczarowanie. Kapitalizm kusił. Byłyśmy częścią zmieniającego się świata, który jednocześnie próbował się opowiadać jako wytworzony przez męski rozum. Inaczej niż wieszczyli utopiści i oczekiwały utopistki od końca XIX w., to się akurat nie tak bardzo zmieniło. W laboratoriach i radach nadzorczych ten męski, niekoniecznie zresztą rozum, czuł się w prawie.

Chciałyśmy być nie tylko środkami produkcji – dzieci, rozkoszy, przedmiotów – lecz płacącymi za siebie konsumentkami i wreszcie właścicielkami dóbr i symboli. W XX-wiecznej Polsce dziewczyny miały szanse na udział w cywilizacyjnych zmianach, ale były to zmiany na miarę półperyferii, w dodatku obciążone ideologiami. W XXI-wiecznej, oglądającej się z urazą wstecz i prowadzącej buchalterię niesprawiedliwości historycznych, podzieliły los kolegów, nauczanych systemem testowym i wobec tego tracących biegłość matematyczną na równi z literacką na rzecz obiecanych sprawności, które miały lepiej obsłużyć życie w świecie. Cóż, wąskie grono zdolnych i douczanych nie musiało, przyodziane w garnitury unisex, wyznawać marketingu. Na szczęście dla cywilizacji, bo kto projektowałby te wszystkie cuda, które inni uczyli się zaledwie obsługiwać i sprzedawać? Na nieszczęście, gdyż kasta wtajemniczonych folgowała pokusom i wmuszała pozostałym rzeczy i emocje.

*

Był taki moment, którego prawie nikt nie wspomina. Ma serdeczną niszę w mojej pamięci, ponieważ wówczas spotkałam pewną kobietę, która na wiele lat stała się moją przewodniczką. Masz kogoś takiego? Czy polegacie wyłącznie na wirtualnych horoskopach? W latach 20. XXI w. wychodziło tyle książek poradnikowych i tak się wzmocnił doradczy biznes, że zachodziła obawa ostatecznej utraty doświadczenia. Ludzkość poddawała stopniowo zdolność rozpoznawania tego, co przeżywa, przekonana do wersji pośrednich. Może więc nie macie teraz żadnych pojedynczych fascynacji, kupujecie sobie dobre story (ha, to słowo w PRL oznaczało także zasłony na okna), dając zarobić pisarkom i pisarzom, którzy je szyją z gotowców, czasem tylko wtrącając erudycyjny, szorstki passus? Ja spotkałam mistrzynię na Kongresie Feministycznym, gdzież by indziej. Jedną z dyskusji poświęcono walce z patriarchatem prowadzonej w wolnym internecie. Był dosłownie irytująco (po)wolny, wywoływany przez sieć telefoniczną, ale i, cóż, wydawał się niepodległy. Sieć, mówiono, znosi hierarchie, w tym patriarchalne. Powątpiewałam. Czułam, że zreprodukuje istniejące zależności, pozycjonując na wzór realu: ważne i ważniejsze, słyszalne i niesłyszalne. Potem: klikalne i nieklikalne. Jakieś i jakieś, nie będę cię zanudzać starociami. Czekałam niemal 30 lat od pierwszych debat o sieci do drugiej dekady XXI w., w której powstały mocne portale feministyczne, a akcje takie jak #Metoo szły przez świat, pokazując huraganowe oddziaływanie mediów społecznościowych.

#Metoo – ja też, jestem z tobą, podobna, łączy nas moc, następczyni wielowiekowej niemocy i wstydu. Razem zmienimy prawo, wyegzekwujemy jego przestrzeganie. Jednak i wówczas było pół na pół, choć częściej używałyśmy metafory spirali. Bo z jednej strony nie dawało się zamiatać pod dywan, a z drugiej – wytwarzano kontrtematy, preparowano newsy, manipulowano poparciem, niszczono hejtem.

Niby media się uspołeczniły, ale te karmione kapitałem przechwytywały strategie działające gdzie indziej, budowały zapory, przystosowywały się do nowych warunków. Nadal miały wielką siłę, buszując także w sferach niedawno uznawanych za wolne, czerpiąc z potencjału deklaratywnej swobody. Swobodnie kup sobie kontent, skonteneruj wściekłość, obejrzyj dystopijny serial, w promocji otrzymasz porady i karnety dedykowane do renomowanej siłowni.— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter