70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Dumitru Doru/EPA/PAP

Mołdawianie. Naród (de)konstruowany

Poradziecki mołdawianizm, a także unionizm (koncepcja połączenia kraju z Rumunią) i pragmatyczny, państwowy patriotyzm to trzy postawy, które do tej pory określają mołdawskie życie polityczne i społeczne. Jednak to dwie pierwsze idee rządzą społecznymi emocjami, mobilizując zwolenników do politycznej i obywatelskiej aktywności.

W czasie ostatniego pobytu w Mołdawii odwiedziłem Bibliotekę Cywilizacji im. Marka Blocha w Kiszyniowie, stolicy kraju. Sympatyczna bibliotekarka bardzo starała się mi pomóc w znalezieniu poszukiwanych książek. Nagle przypomniało jej się, że jedno z najnowszych opracowań historii Mołdawii może zdobyć dla mnie na własność. Chwyciła za telefon i po chwili powiedziała do słuchawki: „Słuchaj, przyjechał tu badacz z Polski i interesuje się historią naszej Mołdawii… A raczej tej waszej Mołdawii… No, obie historie go interesują”.

Kwestia wspólnej tożsamości mieszkańców Republiki Mołdawii jest wciąż największym problemem tego kraju. To państwo wieloetniczne, a kluczowe wyzwanie stanowi odpowiedź na pytanie, kim są sami Mołdawianie. Członkami narodu rumuńskiego czy odrębnym narodem? A jeśli to drugie, to jakie jest ich miejsce w Europie – u boku Rosji czy w świecie zachodnim?

Według spisu powszechnego z 2014 r. mianem Mołdawian określa się 75% mieszkańców. 7% zadeklarowało zaś narodowość rumuńską.

Pozostała część ludności określa się często mianem „rosyjskojęzycznych” – są to Ukraińcy (6,6%), Gagauzi (4,6%), Rosjanie (4,1%), Bułgarzy (1,9%) i inne mniejsze społeczności. Wydaje się więc, że skoro 3/4 mieszkańców kraju stanowi naród tytularny, sytuacja wcale nie jest aż tak złożona. Niemniej pod względem politycznym Mołdawia od lat jest podzielona pomiędzy zwolenników integracji z Rosją i Zachodem. Co ciekawe i zatrważające zarazem, Barometr Opinii Publicznej z listopada 2017 r. pokazał, że 25% osób, które uważa się za Mołdawian, opowiada się za zjednoczeniem z Rumunią, a 26% za przyłączeniem do Rosji[1]. Problemem jest zarówno geopolityczne pęknięcie, jak i fakt, że połowa narodu tytularnego nie widzi sensu w dalszym utrzymaniu swego państwa.

To efekt  historii kraju oraz działań współczesnej elity polityczno-biznesowej, która jest też beneficjentem takiego stanu rzeczy. Udało jej się bowiem stworzyć system władzy, który opiera na rozdarciu tożsamościowym. Poszczególne ugrupowania polityczno-biznesowe podgrzewają tylko stan napięcia. Dzięki temu w Mołdawii politykę zastępuje geopolityka – zamiast pytań o zarządzanie krajem, rozwiązania gospodarcze czy relacje władzy i obywateli pojawiają się pytania o sojusz z Rosją lub UE i NATO. A tymczasem liczba mieszkańców kraju w ciągu ostatnich 25 lat zmniejszyła się prawie o 20% (z 3,6 mln w 1991 r. do 2,9 mln w roku 2014 r.). Przyczyną jest zarówno niski przyrost naturalny, jak i masowa emigracja zarobkowa.

 

Społeczność drugiej kategorii

Współczesna republika mołdawii jest spadkiem po inżynierii polityczno-społecznej Związku Radzieckiego oraz XIX-wiecznej rusyfikacji regionu. Hospodarstwo Mołdawskie było państwem zamieszkanym w większości przez ludność mówiącą dialektami wschodnioromańskimi, które od I poł. XVI w. pozostawało w pełnej zależności od osmańskiej Turcji. W 1812 r. Hospodarstwo zostało podzielone mniej więcej na pół – jego wschodnia część, leżąca między Prutem a Dniestrem, została zajęta przez Imperium Rosyjskie (ten region nazywa się Besarabią). Część zachodnia zaś wkrótce połączyła się z Hospodarstwem Wołoskim, tworząc państwo o nazwie Rumunia.

Podczas gdy na zachodzie mieszkańcy Mołdawii przechodzili procesy XIX-wiecznej modernizacji, stopniowo stając się Rumunami, ich pobratymcy po drugiej stronie Prutu byli obywatelami drugiej kategorii w Imperium Rosyjskim. Początkowo cieszyli się nawet dość sporą autonomią kulturalną, jednak nie trwała ona dłużej niż dwa dziesięciolecia. Język rosyjski bezwzględnie dominował w kulturze i administracji w guberni besarabskiej, zaś polityka ludnościowa Petersburga prowadziła do procentowego zmniejszania się liczby Mołdawian w składzie narodowościowym regionu.

Sytuacja zmieniła się diametralnie w 1918 r. Mołdawska elita wykorzystała zamęt po I wojnie światowej oraz rewolucji bolszewickiej – powołana w Kiszyniowie Rada Kraju przegłosowała przyłączenie regionu do Rumunii. Do tego momentu w Bukareszcie postrzegano mieszkańców Besarabii jako członków narodu rumuńskiego, którzy znaleźli się w rosyjskiej niedoli. Jak się jednak okazało, 100 lat życia w odrębnych państwach i odmiennej rzeczywistości kulturowej wytworzyło znaczące różnice między Rumunami a ich „braćmi zza Prutu”. Stosunek rumuńskiej elity do „odzyskanej” ziemi i jej mieszkańców był dość dwuznaczny – ziemia co prawda rdzennie rumuńska, ale ludzie jacyś dziwni, niewykształceni i zruszczeni. Region pozostał więc prowincją niedoinwestowaną, beznadziejny stan dróg szedł w parze z powszechnym analfabetyzmem, a władze sprawowali głównie urzędnicy przysłani z centrali. I tak jego mieszkańcy znów stali się obywatelami drugiej kategorii.

Związek Radziecki nie zapomniał jednak o Besarabii, przez całe dwudziestolecie międzywojenne otwarcie zgłaszał roszczenia terytorialne do regionu. Czas II wojny światowej to prawdziwa karuzela – w 1940 r. do Besarabii wkroczyła Armia Czerwona, rok później pokonało ją wojsko rumuńskie, które walczyło ramię w ramię z III Rzeszą, a w 1944 r. region znów  znalazł się w granicach ZSRR. Tak powstała Mołdawska Socjalistyczna Republika Radziecka, do której przyłączono wąski pasek ziemi na wschodnim brzegu Dniestru[2].

Radziecka Mołdawia miała być z założenia państwem, w którym Mołdawianie poczują się gospodarzami. Dużą wagę przywiązywano do podkreślania ich narodowej odrębności, tworząc ideę mołdawianizmu. Zgodnie z nią Mołdawianie są odrębnym narodem historycznym, który kształtował się już od średniowiecza, na skutek „licznych i bliskich” relacji ludności wschodnioromańskiej i słowiańskiej. Język zapisywano cyrylicą, podkreślając nieustannie, że naród ten jest od początków związany z kulturą wschodniosłowiańską i moskiewskim prawosławiem.

Radziecki mołdawianizm miał więc dwa zasadnicze cele – przekonać mieszkańców Besarabii o ich odmienności od Rumunów oraz nierozerwalnych związkach z Rosją.

Projekt ten być może miałby szansę na powodzenie, gdyby Mołdawianie faktycznie mogli poczuć się gospodarzami republiki. Tak się jednak nie stało. W latach 80. w Kiszyniowie mawiano: „By być ministrem, musisz być zza Dniestru”. Moskwa nie ufała Mołdawianom wychowanym i wykształconym w „bojarskiej Rumunii”. Nieufność przeniosła się też na kolejne pokolenie. W latach 80. przedstawiciele „narodu tytularnego” stanowili 65% mieszkańców republiki, przy czym zajmowali ok. 30% kierowniczych stanowisk w przemyśle i administracji. Pierwszym mieszkańcem Besarabii, który w 1990 r. stanął na czele Komunistycznej Partii Mołdawii (KPM), był Petru Lucinschi. Przed nim rządzili Rosjanie i Ukraińcy, ewentualnie Mołdawianie z lewego brzegu Dniestru, wychowani w Rosji carskiej lub ZSRR.

 

Przebudź się, Rumunie
Miejscowa inteligencja musiała więc poradzić sobie ze swoistym dylematem. Radziecka modernizacja pozwoliła zwalczyć analfabetyzm, bezwzględnie podniósł się poziom życia w kraju, a ludziom od dziecka wpajano, że są dumnymi Mołdawianami – spadkobiercami hospodarów, Stefana Wielkiego i Dymitra Kantemira. Niemniej owi Mołdawianie znów znaleźli się w pozycji obywateli drugiej kategorii, co musiało powodować frustrację. Odpowiedzią na nią stała się fascynacja kulturą rumuńską, którą przejawiali przede wszystkim nauczyciele, naukowcy, pisarze i artyści. I to właśnie oni stanęli na czele ruchu narodowego, który wyrósł w atmosferze pierestrojki i towarzyszącego jej hasła głasnosti, domagając się przede wszystkim kulturowej romanizacji kraju. To właśnie w powszechnym panowaniu języka rosyjskiego dopatrywano się przyczyn fatalnej sytuacji społecznej Mołdawian.

Mołdawski Front Ludowy (MFL), którego zalążkiem była inteligencja, szybko przerodził się w ruch masowy. Mołdawianie domagali się wprowadzenia prawa ustanawiającego ich język jedynym językiem urzędowym w republice. Jak stwierdził Grigore Vieru, poeta i jeden z liderów ruchu narodowego: „Ludzie czekali na to prawo jak na drugie nadejście Chrystusa”[3]. Co ważne, postulaty Frontu poparła znaczna część młodych działaczy KPM, dzięki czemu ustawy językowe przegłosowano pod koniec sierpnia 1989 r. Język mołdawski nie tylko stał się jedynym językiem urzędowym, ale również ustalono zmianę jego zapisu na alfabet łaciński oraz potwierdzono identyczność z językiem rumuńskim. Pół roku później, po wyborach do Rady Najwyższej, ruch narodowy przejął władzę w republice, dzięki sojuszowi Frontu oraz części działaczy KPM. Przewodniczącym Rady Najwyższej, a później prezydentem został członek KPM Mircea Snegur, premierem zaś jeden z liderów Frontu Mircea Druc.

W tym czasie ruch narodowy zradykalizował się. Hasła wznoszone na mitingach nabrały antyrosyjskiego i szowinistycznego charakteru. Rosjan, Ukraińców i Gagauzów nazywano okupantami czy nawet „liszajem na ciele Mołdawii”. Domagano się ich wyjazdu z kraju. Jednej z liderek Frontu, poetce Leonidzie Lari, zdarzyło się wykrzyczeć na mitingu: „Niech moje ręce będą po łokcie w krwi, ale klnę się, że już niedługo w Mołdawii nie zostanie ani jeden Rosjanin”[4].  Wojująca część kierownictwa Frontu zajęła się organizacją bojówek paramilitarnych, które miały rozprawić się z separatyzmem Gagauzów na południu kraju.

Ta radykalizacja niezwykle ułatwiła zadanie elicie z lewego brzegu Dniestru. Zmiany, które zachodziły w Mołdawskiej SRR, podważały uprzywilejowaną pozycję, jaką cieszyli się tamtejsi dyrektorzy wielkich zakładów przemysłowych. Dość łatwo udało im się zmobilizować miejscową ludność do strajków, a potem wejścia na drogę separatyzmu (na lewym brzegu Mołdawianie stanowili tylko 35% mieszkańców). Już po rozpadzie ZSRR doszło do wojny, w której Rosja przeważyła szalę zwycięstwa na stronę lewego brzegu. Tak powstało Naddniestrze – malutkie, prorosyjskie nieuznawane państwo, de iure będące częścią Republiki Mołdawii.

 

Unionizm się skończył, kraj pozostał

Rozpad Związku Radzieckiego przyniósł też ostateczne pęknięcie w szeregach ruchu narodowego w Mołdawii. W tym momencie trzeba było odpowiedzieć sobie na pytanie, czy celem jest niepodległy kraj, czy też jest to jedynie przystanek na drodze do połączenia z Rumunią (idea unionizmu). Jak się okazało, prawie wszyscy liderzy Frontu szczerze wierzyli w zjednoczenie. Dla nich było to spełnienie sprawiedliwości dziejowej. Inaczej na sprawę patrzyła większość obywateli, nawet tych, którzy jeszcze niedawno wspierali Front na mitingach. Dla nich Rumunia była państwem obcym, do tego biednym, biedniejszym nawet od Mołdawii, więc unionizm w żadnym wypadku nie wydawał się ideą atrakcyjną. Przeważająca część dawnej komunistycznej nomenklatury, z prezydentem Snegurem na czele, opowiedziała się po stronie zachowania własnej państwowości. Tu zadziałał pragmatyzm – lepiej być prezydentem lub premierem niepodległego państwa niż rumuńskim wojewodą. Na mołdawskiej scenie politycznej pojawiła się nowa siła pod nazwą Partii Agrarno-Demokratycznej. Tworzyli ją niedawni dyrektorzy kołchozów i sowchozów, tzw. zieloni baronowie, których głównym celem było uwłaszczenie się na państwowym majątku. Do tego zaś potrzebowali niepodległej Mołdawii. Społeczeństwo, zmęczone konfliktami i wojną, było skłonne poprzeć kołchozową nomenklaturę, która w całym tym bałaganie zdawała się głosem rozsądku.

Agrariusze przejęli władzę w kraju w 1994 r. Chrześcijańsko-Demokratyczny Front Ludowy, partia utworzona przez liderów MFL, którzy dalej opowiadali się za zjednoczeniem z Rumunią, uzyskała jedynie 7,53% głosów. Na scenie pojawiła się już Partia Komunistów Republiki Mołdawii, która bazowała zarówno na sentymencie do ZSRR, jak i radzieckim mołdawianizmie, wiążącym ten kraj z Rosją.

Poradziecki mołdawianizm, a także unionizm i pragmatyczny, państwowy patriotyzm to trzy postawy, które do tej pory określają mołdawskie życie polityczne i społeczne. Jednak to dwie pierwsze idee rządzą społecznymi emocjami, mobilizując zwolenników do politycznej i obywatelskiej aktywności. Trzecią z nich trudno zaś nazwać ideą. Mimo że za takim neutralnym patriotyzmem przez lata opowiadała się większość społeczeństwa, nie znalazł on uznania wśród lokalnej inteligencji. Nie powstały symbole i hasła, do których jego zwolennicy mogliby się odnosić. Próby ich stworzenia kończyły się zaś szybką kompromitacją, dlatego że postawa ta była politycznie wykorzystywana przez lokalną elitę biznesową, która bądź celowo unikała tematów tożsamościowych, bądź kompromitowała swoją narrację, rozkradając państwo.

Gdyby prześledzić dynamikę polityczną w Republice Mołdawii pod kątem narracji tożsamościowych, wyglądałoby to następująco: okres rozpadu ZSRR i budowy nowego państwa był czasem triumfu unionizmu. Następnie w latach 1994–2001 dominował państwowy patriotyzm reprezentowany przede wszystkim przez agrariuszy, a potem również ugrupowania centroprawicowe, które odwoływały się do wspólnoty kulturowej z Rumunią, niepodważające przy tym mołdawskiej państwowości. To w tym okresie Mołdawia stała się najbiedniejszym państwem Europy oraz krajem kojarzącym się z handlem organami i żywym towarem. W efekcie w 2001 r. zatriumfował prorosyjski mołdawianizm. Partia Komunistów Republiki Mołdawii, która deklarowała chęć przyłączenia do Związku Białorusi i Rosji, samodzielnie uzyskała większość konstytucyjną. Komuniści pod wodzą Władimira Woronina w kluczowym momencie odmówili jednak akceptacji kremlowskiego planu rozwiązania konfliktu naddniestrzańskiego, który prawdopodobnie na zawsze wiązałby Mołdawię z Rosją. Zmuszeni do ideologicznej wolty, przeszli na pozycję państwowego patriotyzmu, szukając sojuszników na Zachodzie, przy jednoczesnym zachowaniu dystansu, a nawet wrogości wobec Rumunii. Komunistom na przeszkodzie w zachowaniu władzy stanęła własna pazerność, która uniemożliwiała realizację ambicji i interesów młodych ludzi oraz nowej klasy biznesowej. W 2009 r. po „kwietniowej rewolucji” oddali władzę w ręce koalicji partii łączących państwowy patriotyzm z umiarkowanym unionizmem. Ideą nadrzędną, która spajała te ugrupowania, a przede wszystkim przyciągała do nich wyborców, była integracja europejska.

 

Kwiaty na Prucie…
6 maja 1990 r. na sześć godzin otwarto wszystkie przejścia graniczne między Rumunią a Mołdawską SRR. Na granicę, która przebiega wzdłuż Prutu, z jednej i z drugiej strony przybyły tłumy. Z przodu kroczyli księża, niesiono ikony i flagi rumuńskie, a także mnóstwo kwiatów, które następnie wrzucono do rzeki. Podniosłe wydarzenie, w którym udział wzięło ok. 1,2 mln osób, przeszło do historii jako most kwiatów (Podul de flori). Było to prawdziwe święto idei unionizmu, która wkrótce błyskawicznie straciła impet po obu stronach rzeki.

W Mołdawii w ciągu ostatniego ćwierćwiecza na partie unionistyczne głosowało od 7% do 15% wyborców. Nie ma wątpliwości, że mołdawscy unioniści to zdecydowana mniejszość, z tym że jest to mniejszość znacząca i bardzo widoczna. Tworzy ją przede wszystkim inteligencja. To grupa niezwykle przywiązana do swych przekonań i chętna do ich manifestowania, w dodatku mająca duży wpływ na młodzież.

To dlatego właśnie w Mołdawii szkolny kurs historii nosi nazwę Historia Rumunów. Podręcznik i program przyjęto bezpośrednio z Rumunii zaraz na początku lat 90. W efekcie mołdawski kurs historii opowiadał o powstaniu państwa rumuńskiego, ignorując zupełnie problematykę lokalną. W całym podręczniku Besarabia była wspominana bodaj dwa razy. Uczeń z Kiszyniowa czy małej wioski nad Dniestrem wiedział więcej o procesach historycznych w odległym Siedmiogrodzie niż o rozwoju regionu, w którym żyje. Gdy Partia Komunistów próbowała wprowadzić podręcznik zatytułowany Historia Mołdawii, spotkało się to z protestem nauczycieli i uczniów, którzy masowo przybywali na manifestacje do Kiszyniowa. W efekcie wszechwładna wtedy Partia Komunistów musiała ustąpić (proponowana przez nią wersja historii była znacznie odchylona w stronę prorosyjskości). Taki stan trwał do 2013 r., kiedy to rząd proeuropejskiej koalicji podjął w końcu decyzję o stworzeniu nowego podręcznika. Nazwę Historia Rumunów zachowano, do nauczania wprowadzono jednak perspektywę lokalną.

Trzeba też przyznać, że unionizm nie miał szczęścia do liderów politycznych. Poeci i artyści nadawali się do przewodzenia mitingom, po wejściu do realnej polityki dawali się natomiast ogrywać starym wyjadaczom z nomenklatury lub też po prostu okazywali się tak samo pazerni jak oni. Dobitnymi przykładami są dwaj najważniejsi działacze tego nurtu po 1991 r., czyli Iurie Ros ¸ca oraz Mihai Ghimpu. Pierwszy był liderem Mołdawskiego Frontu Ludowego, a potem głównym organizatorem protestów przeciw zmianom kulturowym wprowadzanym przez Partię Komunistów. Kilka lat później dokonał wolty i został wicepremierem rządu tworzonego przez tę partię. Schedę po nim przejął Ghimpu, którego Partia Liberalna przez kilka lat była główną unionistyczna siłą w kraju. Ostatecznie jednak Ghimpu otrzymał przydomek „Judasz”, na który zasłużył sobie, wchodząc w bliski związek z oligarchą Vladem Plahotniukiem, pomagając mu w totalnym zawłaszczeniu państwa. Sieć stacji benzynowych i „lewe” interesy siostrzeńca, który był merem stolicy, stały się ważniejsze niż rumuńska idea narodowa. Obecnie Ghimpu jest politykiem skompromitowanym. Gdy przestał być potrzebny, jego siostrzeniec trafił do więzienia.

Niemniej idea unionizmu nie przestaje żyć, a jej zwolennicy nie pozwalają o sobie zapomnieć. Manifestacje przy okazji kolejnych rocznic zjednoczenia z 1918 r. są zawsze liczne i głośne. W tym roku z okazji 100-lecia przygotowano wyjątkową akcję – władze 100 miejscowości z Mołdawii i Rumunii przyjęły deklarację symbolicznego połączenia. Na żywotność idei wpływa też niewątpliwie fakt, że Rumunia chętnie daje Mołdawianom swe paszporty oraz przyjmuje rzesze studentów. Gdy później wracają do kraju jako nauczyciele, wykładowcy i intelektualiści, tym chętniej utożsamiają się z rumuńską ideą narodową.

 

… i mosty na Dniestrze
Na drugim biegunie życia publicznego jest prorosyjski mołdawianizm. To idea znajdująca o wiele szersze poparcie społeczne. Od 1998 r. partia reprezentująca to stanowisko zawsze jest największą frakcją w parlamencie, zyskuje między 40% a 50% głosów. W ostatnich wyborach parlamentarnych w 2014 r. o tę część elektoratu rywalizowało kilka partii, wcześniej natomiast nurt był zdominowany przez komunistów. Obecnie prym wiedzie Partia Socjalistów oraz wywodzący się z niej prezydent Igor Dodon[5].

Rdzeniem elektoratu są obywatele rosyjskojęzyczni, choć opcję wybiera również pokaźne grono Mołdawian. Komunistów zwykle popierali ludzie starsi i mieszkający na wsiach, których przyciągały przede wszystkim sentyment do ZSRR oraz osobowość silnego lidera politycznego, jakim był Władimir Woronin. Od początku ważnym czynnikiem mobilizującym społeczeństwo do popierania ugrupowań o takim charakterze był strach przed unionizmem. Znacząca część rosyjskojęzycznych postrzega rumuński nacjonalizm jako zagrożenie nie tylko dla państwa, ale i własnego bezpieczeństwa.

Silna rumunofobia jest efektem radzieckiej polityki historycznej, w której bardzo mocno podkreślano rumuńskie zbrodnie z czasów II wojny światowej.

Rumunia pod wodzą marsz. Iona Antonescu realizowała na tych ziemiach Holokaust, ofiarą represji byli też ludność słowiańska oraz Gagauzi i Bułgarzy. Ten wizerunek wzmocnił się w czasie konfliktów społecznych z okresu rozpadu ZSRR oraz wojny naddniestrzańskiej. Dla rosyjskojęzycznych rząd w Kiszyniowie reprezentował w tym czasie radykalny i agresywny nacjonalizm. Pojęcie rumuno-faszyzmu na stałe zagościło w tamtejszym słowniku politycznym.

Duże znaczenie mają również przywiązanie do kultury rosyjskiej oraz podziw dla rosyjskiego imperializmu. Dotyczy to także Mołdawian. Władimir Putin od lat jest najbardziej popularnym politykiem w kraju[6]. Instytucją ciesząca się bezwzględnie największym zaufaniem społecznym jest zaś Rosyjska Cerkiew Prawosławna, więc religia jest nieustannie angażowana w politykę. Z okazji Wielkanocy Władimir Woronin osobiście udawał się po ogień na górę Athos, a Igor Dodon wrzucał do sieci filmy, na których z okazji prawosławnego Nowego Roku kąpał się w przeręblu w kształcie krzyża. To oczywiście tylko symboliczne uzupełnienie sojuszu polityków i Cerkwi.

Prorosyjskość jest łączona z promocją dumy z mołdawskiej historii w duchu radzieckim. Mołdawianie są przedstawiani jako naród historyczny, cieszący się znakomitymi osiągnięciami militarnymi (wojny z Turcją) oraz kulturowymi (własny język, latopisy). To właśnie ma ich odróżniać od sztucznego narodu rumuńskiego, który powstał jako wymysł XIX-wiecznych nacjonalistów. W ostatnich latach Igor Dodon wzbogacił opowieść o wątki antyliberalne. Prezydent i jego partia przedstawiają się jako obrońcy tradycyjnych, mołdawskich i prawosławnych wartości rodzinnych, którym nie jest po drodze z europejskim libertynizmem, promocją środowisk LGBT i dyskursem gender.

Głównym problemem mołdawskiej prorosyjskości jest fakt, że u wyborców ma ona o wiele bardziej szczery charakter niż u polityków. Ci pierwsi niezmiennie i masowo głosują na ugrupowania opowiadające się za zbliżeniem z Rosją, ci drudzy zaś skwapliwie wykorzystują te nastroje, by po przejęciu władzy starać się utrzymać Mołdawię w należytym dystansie od Moskwy. O ile bliskie relacje z Zachodem oznaczają przede wszystkim wsparcie finansowe z Unii Europejskiej oraz Międzynarodowego Funduszu Walutowego, o tyle zbliżenie z Rosją groziłoby utratą kontroli nad kluczowymi obszarami państwa i lokalnego biznesu.

Obecny prezydent Igor Dodon jest w o wiele bardziej komfortowej sytuacji, gdyż jego funkcja ma głównie charakter symboliczny. Nie ma realnego wpływu na mołdawską politykę zagraniczną czy wewnętrzną, dlatego śmiało może odwiedzać Władimira Putina kilka razy w roku i prezentować się jako jego najbliższy sojusznik w Europie Wschodniej. Może też przerzucać kolejne wirtualne mosty nad Dniestrem, odgrzewając ideę rozwiązania konfliktu przez federalizację. Trudno nie zauważyć jednak, że o ile nie ma to wpływu na realną politykę, o tyle bardzo wzmacnia prorosyjskość w roli fundamentu tożsamości połowy społeczeństwa.

 

Niedoszły patriotyzm

Znajdujący się pomiędzy tymi dwoma skrajnościami patriotyzm państwowy jest postawą, którą przez długi czas chętnie przyjmowała tzw. milcząca większość. Jego fundament stanowi założenie, że mieszkańcy republiki mają odrębne, unikalne doświadczenia historyczne, posiadają własne państwo i to w nim przede wszystkim należy szukać rozwiązania problemów. Ta postawa nabierała różnych zabarwień – czasami miała odcień lekko prorosyjski, czasami prorumuński, a często polegała na unikaniu wszelkich spornych kwestii. Mołdawia to zbyt mały kraj, by wchodzić w wielką politykę, a ze względu na swe położenie geopolityczne powinna utrzymywać dobre relacje zarówno z Rosją, jak i Zachodem – mówiono.

W pierwszych latach po wojnie naddniestrzańskiej Mołdawianie odwrócili się od ideologii narodowych i wielkich idei cywilizacyjnych. Taki komfort zapewniały im rządy Partii Agrarno-Demokratycznej, która starała się utrzymać kompromis w najbardziej drażliwych sprawach, często poprzez unikanie czy odsuwanie trudnych tematów, takich jak określenie nazwy języka (mołdawski czy rumuński? kompromisem było przyjęcie określenia „język państwowy”). W oficjalnej retoryce skoncentrowano się na kwestiach gospodarczych, realnie dbając o własny interes. Piotr Szornikow, prorosyjski historyk, a w latach 90. aktywny polityk, powiedział mi kiedyś: „Dla agrariuszy mogłeś głosić każdą ideologię, bylebyś nie próbował sprywatyzować dla siebie jakiejś winiarni”.

Po wyborach w 1998 r. po raz pierwszy w parlamencie znaleźli się komuniści, a Partia Agrarno-Demokratyczna zaczęła się rozpadać na mniejsze frakcje. Powstała eklektyczna centroprawicowa koalicja, do której weszły siły prorumuńskie, a to zaowocowało politycznym chaosem i zmianami rządów co kilka miesięcy. Bilans gospodarczy i społeczny całego okresu był tak fatalny, że w kolejnych wyborach Mołdawianie oddali pełną władzę w ręce Partii Komunistów.

Ich rządy trwały prawie dziewięć lat i nie były najgorsze pod względem socjalnym. Władza jednej partii zablokowała jednak możliwości społecznego awansu dla całego pokolenia młodych ludzi, którzy spoglądali przede wszystkim na Europę. Swych ambicji nie mógł też realizować lokalny biznes, którego rozwój był ograniczany przez klan Woronina. W 2009 r. po fali protestów władzę w kraju przejęła koalicja czterech ugrupowań centroprawicowych. Partia Demokratyczna i Sojusz Nasza Mołdawia reprezentowały państwowy patriotyzm, Partia Liberalna unionizm, zaś najsilniejsza Partia Liberalno-Demokratyczna zdawała się tworzyć nową jakość, którą można było określić mołdawianizmem europejskim. To właśnie idea integracji europejskiej była ideologicznym spoiwem tej koalicji.

Dość jednoznacznie zaczęła rysować się różnica między rumuńską tożsamością kulturową a mołdawskim patriotyzmem. W 2010 r. zapytałem lidera Partii Liberalno-Demokratycznej, ówczesnego premiera Vlada Filata, o stosunek do mołdawskiego patriotyzmu i rumuńskiej idei narodowej. Odpowiedział, że sentyment do rumuńskiej kultury nie zaprzecza mołdawskiemu patriotyzmowi, którego fundamentem jest przywiązanie do państwa. „Można twierdzić, że mówi się po rumuńsku, a jednocześnie być patriotą Republiki Mołdawii. To, że Austriak mówi po niemiecku, nie znaczy, że nie jest austriackim patriotą” – dodał. Podobnie myślała większość zwolenników jego partii i całej koalicji.

Poważne rysy na wizerunku obozu rządzącego pojawiły się w 2013 r., lecz prawdziwy jego krach przyniósł początek roku 2015. Okazało się, że z trzech dużych mołdawskich banków wyprowadzono pieniądze, których łączna suma wynosiła miliard dolarów. A wszystko to działo się przy udziale najważniejszych osób w państwie (to była najgłośniejsza z afer, lecz nie jedyna). Nikt już nie miał wątpliwości, że europejska idea jest tylko zasłoną dla oligarchów i polityków, którzy bezczelnie zawłaszczają i rozkradają państwo. Najważniejszymi graczami byli tu Vlad Filat oraz Vlad Plahotniuc, który kontrolował Partię Demokratyczną. Ten drugi okazał się o wiele sprytniejszy. Nie tylko wyeliminował Filata z polityki, ale również posadził go w więzieniu.

Mimo początkowych nadziei przez sześć lat rządów obóz władzy nie zrobił nic dla budowy nowoczesnego mołdawskiego patriotyzmu. Nie powstały symbole i język komunikacji budujący wspólnotę. Jedyną myślą, która miała jednoczyć obywateli, była integracja europejska. Niestety, praktyka rządów tej ekipy skompromitowała tę ideę w oczach wielu Mołdawian.

 

Kartel polityczny ponad podziałami
Vlad Plahotniuc zachował władzę. Kontroluje parlamentarną większość i rząd, które stworzył dzięki politycznej korupcji. W pełni nadzoruje wymiar sprawiedliwości i organy ścigania. Jest też najbogatszym oligarchą. Integracja z Zachodem pozostała ideą legitymizującą władzę, udało mu się zachować poparcie USA i UE. Niemniej rządzącą Partię Demokratyczną popiera zaledwie kilka procent wyborców. Plahotniukowi, który jest przewodniczącym partii, nie ufa 94% Mołdawian.

Zaraz po przejęciu przez niego pełni władzy przywrócono powszechne wybory prezydenta. Dzięki decyzjom Sądu Konstytucyjnego i zarządzaniu emocjami społecznymi stworzono warunki, w których wybory wygrał prorosyjski Igor Dodon. W sferze retoryki prezydent i rząd różnią się diametralnie, od lat mówiło się jednak o ich wzajemnych powiązaniach. Twierdzenie, że oligarcha w 100% kontroluje prezydenta, byłoby przesadą, jednak nie ma wątpliwości, że w kluczowych momentach grają oni do tej samej bramki. Jak wtedy gdy ich partie wspólnie wprowadziły mieszany system wyborczy. Jesienią 2018 r. połowa członków nowego parlamentu zostanie wybrana z list partyjnych, a połowa w okręgach jednomandatowych. Sprzyja to właśnie partii rządzącej, która jest w stanie odpowiednio zaprojektować wybory w okręgach jednomandatowych poprzez szantaż i korupcję, oraz Partii Socjalistów, która zgarnie głosy wyborców prorosyjskich.

Rząd wykonuje mnóstwo antyrosyjskich gestów: od uznania wicepremiera Federacji Rosyjskiej Dmitrija Rogozina za persona non grata po wprowadzenie zakazu rozpowszechniania rosyjskich treści informacyjnych. Przy okazji Plahotniuc nieoficjalnie wspiera finansowo organizację głośnych akcji unionistycznych, z których część ma znamiona prowokacji (jak spalenie mołdawskiej flagi na pl. Wielkiego Zgromadzenia Narodowego w Kiszyniowie w grudniu 2017 r.). To woda na młyn Dodona, a społeczeństwo polaryzuje się w kwestiach geopolitycznych. Taki układ nie pozostawia miejsca na stworzenie realnej politycznej alternatywy. Geopolityka i skrajne emocje betonują scenę polityczną.

Dawni wyborcy proeuropejskiej koalicji, wściekli i rozczarowani, odwrócili się od polityki lub przekierowali poparcie na nowe siły prozachodnie, które powstały na fali protestów przeciw rządom oligarchów. Te partie nie mają jednak większych szans w walce z kartelem, chcąc nie chcąc, są też wpisywane w podział geopolityczny. Jedynym skutecznym językiem sprzeciwu, którym potrafią się posługiwać, jest obecnie unionizm.

 

(De)konstrukcja narodu

O Mołdawianach pisze się dość często, że są narodem sztucznym, wymysłem radzieckiej polityki. Jednak nie to jest chyba największym problemem. Każdy naród stanowi przecież konstrukt społeczny, który wykształcił się w jakimś okresie historii. Niektóre przeszły ten proces wcześniej, inne później. Sto lat przed powstaniem państwa rumuńskiego nikt o takim narodzie nie myślał. Rosyjski socjolog Dymitrij Furman stwierdził, że Związek Radziecki jednocześnie konstruował i dekonstruował narody. Mołdawianie są tego dobitnym przykładem.

Co ciekawe, niepodległa Republika Mołdawii pełni w tym wypadku tę samą funkcję co Mołdawska Socjalistyczna Republika Radziecka. Mołdawianie posiadają swe państwo, a to gwarantuje im unikalne doświadczenie i kształtuje poczucie wspólnoty losów. Lokalna elita polityczno-biznesowa robi jednak wszystko, by proces formowania narodu się nie zakończył. Szanse na budowę państwowego patriotyzmu zostały zmarnowane już dwukrotnie. Patrząca na Zachód elita biznesowo-polityczna odegrała tu podobną rolę jak „zieloni baronowie” z kołchozowej nomenklatury. Trudno więc się dziwić, że ludzie wybierają emigrację lub widzą nadzieję na lepszy byt dla siebie i swych dzieci już tylko w połączeniu z Rumunią lub bliskiej integracji z Rosją. Trochę na zasadzie: niech przyjdzie ktoś inny i zrobi porządek.

Brak spójnej tożsamości narodowej jest na rękę lokalnym oligarchom, gdyż powoduje, że na pierwszy plan wysuwają się tożsamości geopolityczne, co ułatwia zarządzanie emocjami społecznymi. Polityka Rosji i Zachodu dodatkowo potęguje to zjawisko. Ostatecznie jedni i drudzy wspierają te siły, które deklarują konkretną orientację geopolityczną i dają szansę na jej realizację. Trudno powiedzieć, czy coś mogłoby zmienić tę sytuację. Chyba tylko totalny krach demograficzny, który spowodowałby, że elita nie miałaby już na kim żerować. Scenariusz ten jest całkiem realny. Prognozy wskazują, że jeśli utrzyma się dotychczasowe tempo depopulacji, w 2050 r. liczba mieszkańców Mołdawii będzie niższa o 44%.

_

[1] Badanie jest realizowane przez Mołdawski Instytut Publicznej Polityki dwa razy w roku. Ma bardzo szeroki charakter i uznawane jest za miarodajne. Zob.: bop.ipp.md (dostęp: 27 marca 2018).

[2]  W 1924 r. na wschodnim brzegu Dniestru utworzono Mołdawską Autonomiczną Socjalistyczną Republikę Radziecką (w ramach Ukraińskiej SRR), która miała przypominać o radzieckich pretensjach do Mołdawii oraz przyciągać tamtejszą ludność do idei radzieckiego komunizmu. ZSRR nigdy nie uznał granicy na Dniestrze, twierdząc, że Besarabia jest okupowana przez „bojarską Rumunię”.

[3] Cyt. za S.J. Kaufman, Modern Hatreds. The Symbolic Politics of Ethnic Wars, Ithaca 2001, s. 140.

[4] P. Szornikow, Pridniestrov’e v kontekste graždanskogo konflikta v Moldavii: vgliad iż Kišineva w: Fenomen Pridniestrov’â, red. N. Babiłunga, Tyraspol 2001, s. 195.

[5] W obecnym parlamencie największą frakcją jest prorosyjska Partia Socjalistów, na którą zagłosowało „tylko” 20,51%. Wynikało to z faktu, że w wyborach w 2014 r. startowało kilka partii rywalizujących o głosy prorosyjskiego elektoratu. Zagłosowało na nie łącznie 45% wyborców. Te i inne wynik mołdawskich wyborów: alegeri.md (dostęp: 27 marca 2018).

[6] Według Barometru Opinii Publicznej w latach 2016–2017 zaufanie społeczne dla W. Putina wynosiło od 55% do 65%. Inni liderzy polityczni, zarówno światowi, jak i krajowi, pozostawali daleko w tyle. Zob.: bop.ipp.md (dostęp: 27 marca 2018).

 


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter