fbpx

70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Dwa plemiona, dwa totemy

Po dłuższym czasie wraca moda na pisanie o dwudziestoleciu międzywojennym. Jeżeli kolejni autorzy pójdą w ślady Macieja J. Nowaka, to czeka nas pasjonująca lektura, choć płynące z niej refleksje będą bardzo gorzkie.

Książka Narutowicz – Niewiadomski przedstawia się czytelnikowi jako opowieść o biografiach równoległych. Jednak głównym bohaterem opowieści jest przede wszystkim Gabriel Narutowicz, podczas gdy losy Eligiusza Niewiadomskiego stanowią tu kontrapunkt. Widać to zarówno w pierwszej części książki, gdy poznajemy losy obu protagonistów do początku lat 20., jak i w części drugiej, poświęconej dramatycznym wydarzeniom z grudnia 1922 r. Dodajmy od razu, że ani o pierwszym prezydencie Rzeczypospolitej, ani o jego zabójcy nie dowiemy się wiele nowego. Atutem tej książki nie jest bowiem poszukiwanie nowych faktów, ale przede wszystkim ponowna interpretacja wydarzeń, które położyły się cieniem na narodowych dziejach.

Nowak ze swadą przedstawia obie sylwetki. Narutowicz to sumienny naukowiec, inżynier, ceniony fachowiec, Niewiadomski – utalentowany malarz, dydaktyk, urzędnik. Ten pierwszy został prezydentem Rzeczypospolitej nieco przypadkowo, po tym, jak zgłoszenia swej kandydatury odmówił Piłsudski. 9 grudnia 1922 r. poparcia udzieliła mu egzotyczna koalicja socjalistów, ludowców i mniejszości narodowych, co wywołało wybuch wściekłości na ulicach stolicy. Ten drugi już zupełnie nieprzypadkowo został zabójcą, bo czuł, że tego wymaga moment historyczny. Niewiadomski uwierzył bowiem w obraz wykreowany przez endecką prasę, czyniącą z nowo wybranego prezydenta zakałę, „żydowskiego króla” i próbującą zohydzić go na wszelkie możliwe sposoby. Jako tacy przeszli do historii – dwa totemy dwóch wrogich plemion.

Te plemiona z czasem wychodzą coraz bardziej na pierwszy plan opowieści. Na kartach książki goszczą najwybitniejsi ludzie kultury, najbardziej liczący się intelektualiści. Dzięki erudycji autora opowieść skrzy się od nienachalnego humoru, jak choćby wtedy gdy cytuje Słonimskiego, zrzędzącego na nieustanne zmiany gabinetów (premier nie może być „dwudniowy jak, nie przymierzając, jakiś kefir”). Warszawskie elity są silnie obecne w całej narracji. Nowak podkreśla zresztą, że choćby skamandryci nie ukrywali później swego sentymentu do Narutowicza, a przecież nie mieli okazji go poznać. Trudno o lepszy dowód na to, że pierwszy prezydent odgrywał pośmiertnie rolę fundamentalnego symbolu dla liberalnych i lewicowych inteligentów.

Autor nie staje w obronie Niewiadomskiego, nie próbuje racjonalizować jego fobii czy usprawiedliwiać użycia przemocy. Stara się za to dociec, dlaczego ustatkowany mężczyzna w sile wieku dopuścił się zbrodni. Przyczyny odnajduje nie tylko w niestabilności psychicznej, ale i w jego toksycznych poglądach, przesyconych strachem i nienawiścią. To one pchnęły go do kroku, który w polskiej historii nie miał precedensu. Nic też dziwnego, że grudzień 1922 r. stał się początkiem nowych podziałów politycznych, które wykopały trwałą wrogość pomiędzy prawicą a lewicą i piłsudczykami. Szok przelanej krwi w jakiś sposób unieważnił to, co wcześniej udało się wspólnie zbudować, czego symbolem była do tej pory choćby współpraca Piłsudskiego i Dmowskiego w okresie konferencji paryskiej.

W części poświęconej pierwszym sesjom parlamentu oraz gorącym dniom grudniowym Nowak z pietyzmem rekonstruuje polityczne rozgrywki. Wśród głównych aktorów najgodniej prezentuje się Maciej Rataj, chyba najlepszy marszałek Sejmu, jakiego miała Rzeczpospolita. Na drugim biegunie odnajdziemy premiera Juliana Nowaka. Nie dość, że nie zapanował nad podległymi sobie służbami, to jeszcze tchórzliwie odmówił towarzyszenia Narutowiczowi w drodze z Łazienek do parlamentu na prezydencką przysięgę, obawiając się tłumów rozbestwionych endeckich demonstrantów. Szkoda może, że tak niewiele miejsca poświęcił autor Ignacemu Daszyńskiemu. Warto więc wspomnieć, że to on – nestor galicyjskiej lewicy – powściągnął krewkich warszawskich pepeesowców szykujących się do siłowej rozprawy z endekami.

Nowak świetnie operuje językiem, zaciekawia i zmusza do myślenia. Są jednak momenty, w których pozostawia czytelnika z poczuciem niedosytu. Opowiada nam przede wszystkim historię wielkomiejską, w której główną rolę grają intelektualne elity nadające sens rzeczywistości, podporządkowujące ją swoim sporom. To niepełny obraz. Ilu Polaków w ogóle nie interesowało się wyborem prezydenta? Jak wielu obywateli Rzeczypospolitej nie czuło się związanych z polską państwowością? Te grupy były z pewnością liczne. Problem ten ma też inny wymiar. Narutowicz nie dość, że przez lata żył w Szwajcarii, to pochodził z Kowieńszczyzny, z terenów pogranicznych, sam czuł się rozdarty między litewskością a polskością. Nie wiadomski tymczasem, wychowany i ukształtowany w Warszawie, hołdował etnicznej definicji polskości. Miejsca, w których przyszło im żyć, miały znaczenie dla ich późniejszych wyborów.

Nie wystarczy powiedzieć, że w grudniu 1922 r. wielu warszawiaków okazało się ksenofobami i antysemitami. Z badań Grzegorza Krzywca wiemy zresztą, że takie postawy u mieszkańców stolicy obecne były już w okresie kampanii wyborczych do carskiej Dumy. U progu niepodległości zmieniły się dwie rzeczy: Polacy mieli za sobą bezmierną brutalność wojny światowej (oraz polsko-bolszewickiej), a także świeżo uformowane instytucje, które jeszcze nie okrzepły. Świat wydawał się niestabilny. Nadto w stolicy wyraźną większość mandatów zdobyła prawica. Funkcjonujący w swoistej „bańce” informacyjnej warszawiacy nie rozumieli, jak to się stało, że w parlamencie znalazło się tak wielu reprezentantów innych prądów ideowych czy mniejszości narodowych. Jeszcze mniej rozumieli, że to ich głosy zdecydowały o wyborze prezydenta. W takich warunkach tragedia była tylko kwestią czasu.

Narutowicz – Niewiadomski to znakomita lektura i jednocześnie gorzkie memento. Z jednej strony dla tego, że w niespełna cztery lata po opisywanych wydarzeniach Józef Piłsudski zdusił polską demokrację. Wykorzystał wtedy także strach wielu Polaków, których przeraziła śmierć prezydenta. Z drugiej strony wydarzenia z grudnia 1922 r. przypominają, co się dzieje, gdy totalna wojna polityczna zdominuje codzienność. Gdy autorytety zapomną o odpowiedzialności, a my sami, żyjąc w „bańkach” informacyjnych, uwierzymy, że racja jest nasza i musimy przeprowadzić ją za wszelką cenę, tragedia będzie tylko kwestią czasu.

_

Maciej J. Nowak

Narutowicz – Niewiadomski. Biografie równoległe

Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2019, s. 216


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter