70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Micheline Pelletier/Sygma/Getty

Jak Józef Rotblat przestawał być Polakiem

Gdy w sierpniu 1939 r. Józef wyjeżdżał do Liverpoolu, miał 31 lat, żonę, przyjaciół, skromne, ale dość przyjemne życie w Warszawie, robił doktorat. Gdy przyjechał znów w 1957 r. i pojechał na Muranów, po dawnej tętniącej życiem dzielnicy nie było już śladu.

Daniel Lis: Jakim cudem historia, którą opisał Pan w książce Noblista  z Nowolipek, jest w Polsce całkowicie nieznana?

Marek Górlikowski: Trudno to zrozumieć. W po wszechnej świadomości Józef Rotblat nie istnieje. Nie mamy ulic jego imienia, parków, instytucji naukowych. Gdy myślimy o elektryku z Polski nagrodzonym Pokojową Nagrodą Nobla, w naturalny sposób przychodzi na myśl Lech Wałęsa. A mieliśmy dwóch takich, ale tylko jednego z brytyjskim tytułem szlacheckim: sir Josepha Rotblata.

 

To dziwne, bo przecież lubimy opowieści o wielkich rodakach. To nie tylko pokojowy noblista, ale i – co może zabrzmieć paradoksalnie – współtwórca bomby atomowej, nasz człowiek w Los Alamos. Jak syn furmana z warszawskich Nowolipek trafił do projektu Manhattan?

Wszystko wskazywało na to, że będzie elektromonterem po czteroletniej szkole rzemieślniczej, jak wielu Żydów w przedwojennej Warszawie. Wspominał później, jak wielkim przeżyciem było dla niego jedzenie obiadu w Los Alamos w towarzystwie sześciu noblistów i możliwość dyskusji z nimi. Był wtedy rok 1944, a on miał zaledwie 36 lat.

Na pewno zawsze był uparty i chciał się uczyć. Czytał powieści Juliusza Verne’a i Jerzego Żuławskiego, przedwojennego pisarza science fiction. Interesował się fizyką i matematyką, miał świetną pamięć. I nudził się w swojej pracy. Jego rodziny nie było stać na posłanie go do gimnazjum, by zdał maturę, ale w styczniu 1928 r. dowiedział się o istnieniu Wolnej Wszechnicy Polskiej, a to uczelnia, która nie wymagała matury. Czteroletnie studia mógł robić wieczorami, a w dzień pracować. W sekretariacie dowiedział się, że egzamin wstępny będzie nazajutrz. Był nieprzygotowany, ale chciał spróbować swoich sił. Część ścisłą zdał bez problemu, ale warunkiem przyjęcia było zaliczenie części z wiedzy ogólnej. Nie miał pojęcia o „wpływie Komisji Edukacji Narodowej z 1773 roku na współczesne wykształcenie w Polsce”, więc podzielił się własnymi przemyśleniami o tym, jak powinna być zorganizowana polska edukacja. Pisał nie na temat, ale egzaminator był pod wrażeniem oryginalnego wywodu. Został przyjęty.

 

Tam dostrzegł go Ludwik Wertenstein, przed wojną jeden z najwybitniejszych polskich fizyków.

Józef nie tylko był uparty, ale też miał szczęście do spotykania na swej drodze właściwych ludzi. Wertenstein był ojcem jego sukcesu: zauważył go, przyjął na adiunkta, tak naprawdę był promotorem jego pracy doktorskiej, choć oficjalnie nie został wymieniony w jej publikacji, bo Wolna Wszechnica Polska nie mogła nadawać stopnia doktora. Doktorat Józef obronił więc na Uniwersytecie Warszawskim.

W Pracowni Radiologicznej przy ul. Śniadeckich Wertenstein chciał stworzyć silny ośrodek naukowy fizyki nuklearnej, ale brakowało pieniędzy na drogie substancje, jak rad czy uran. W tamtym czasie znane były już cyklotrony, czyli urządzenia, które pozwalają prowadzić badania z neutronami nawet przy niewielkiej ilości tych substancji. Wiosną 1939 r. wysłał swojego najzdolniejszego asystenta na stypendium do Jamesa Chadwicka, odkrywcy neutronów, który budował cyklotron w Liverpoolu. Rok później Rotblat miał wrócić do Polski ze znajomością angielskiego i wiedzą, jak takie urządzenie zbudować.

 

Ale wybuchła wojna.

Jeszcze w sierpniu 1939 r. Józef wrócił do Warszawy. Chciał zabrać do Anglii Tolę, swoją żonę, ale ta – jak Rotblat wspominał po wojnie – przeszła zapalenie wyrostka robaczkowego i 31 sierpnia przyjechał do Liverpoolu sam. Zaraz po wybuchu wojny pytał w konsulacie, czy może wrócić do Polski, lecz nie dostał żadnej odpowiedzi. Panował chaos. Został w Anglii. Toli więcej nie zobaczył.

To też dramatyczny moment w historii fizyki. Lata 30. przyniosły odkrycia, które doprowadziły do rozmowy Rotblata z Chadwickiem w listopadzie 1939 r.

Rotblat uważał, że skonstruowanie bomby z uranu jest możliwe i że Niemcy mogą to zrobić. Trzeba się było do tego przygotować i pracować nad własną bombą. Chadwick przydzielił mu dwóch asystentów i polecił tajne prace w piwnicach tamtejszego wydziału fizyki. Rotblat pracował tam kolejne trzy lata. Na prośbę Chadwicka dołączył do niego Austriak Otto Frisch. To on i Rudolf Peierls w 1940 r. odkryli, jak wykonać bombę na tyle lekką, by uniósł ją samolot, i na podstawie teoretycznych obliczeń przewidzieli, że pięciokilogramowa bomba zadziała z siłą kilku tysięcy ton dynamitu. Przyspieszyli bieg wydarzeń o kilka lat.

W 1943 r. na podstawie porozumienia w Quebec brytyjska misja miała jechać do Los Alamos. Chadwick nie wyobrażał sobie, żeby Rotblata zabrakło, ale umowa między Amerykanami i Brytyjczykami zakładała, że udział w konstruowaniu bomby atomowej mogą brać wyłącznie obywatele tych dwóch krajów. Chadwick chciał, by Rotblat przyjął brytyjskie obywatelstwo. A ten odmówił.

 

„Zmiana obywatelstwa to nie zmiana ubrania z letniego na zimowe” – odpowiedział i został w Liverpoolu.

Chodziło o względy bezpieczeństwa. Wywiad uważał, że jeśli ktoś przyjmie brytyjskie obywatelstwo, to nie zdradzi tajemnic państwowych, co Rotblata zawsze śmieszyło. Jak bardzo to myślenie było naiwne, dotkliwie pokazała sprawa niemieckiego emigranta Klausa Fuchsa – największego szpiega radzieckiego w Los Alamos. Miał brytyjski paszport. Poza tym w roku 1943 Rotblat wierzył, że wojna niedługo się skończy i wróci do Warszawy, by pomagać Wertensteinowi w odbudowie fizyki nuklearnej w Polsce. Tam też miał całą rodzinę, kolegów. W Liverpoolu był tylko na przedłużonym przez historię stypendium, a nie dlatego że chciał.

W końcu Chadwick doszedł do porozumienia z gen. Lesliem Grovesem, głównym dowodzącym projektu Manhattan, więc Rotblat przyjechał do Los Alamos, gdzie tylko on miał polskie obywatelstwo. Nie był jedynym Polakiem, bo pracował tam też Stanisław Ulam z lwowskiej szkoły matematycznej, ale on miał już obywatelstwo amerykańskie.

 

Pisze Pan, że losy Ulama i Rotblata były w pewien sposób podobne.

Ulam również pochodził z rodziny żydowskiej, był naukowcem, w 1935 r. wyjechał na Zachód, a latem 1939 r. też na krótko zjawił się w Polsce. Udało mu się wywieźć z kraju i uratować przed wojną młodszego brata, Adama. Rotblatowi nie udało się ściągnąć żony na Zachód.

 

Później poszli już innymi drogami. Rotblat uważał, że broń atomową należy całkowicie zlikwidować i zaprzestać wszelkich wojen. Ulam nawet po pierwszym szoku po zrzuceniu bomb na Hiroszimę i Nagasaki uparcie wierzył w zbrojenia.

Ta wiara była dość powszechna w czasach zimnej wojny i nadal jest. Czy Donald Trump rozmawiałby z Kim Dzong Unem, gdyby Korea Północna nie miała broni jądrowej?

Niektórzy komuniści, jak Klaus Fuchs, uważali, że Związek Radziecki wręcz powinien mieć broń, by bronić się przed Amerykanami. Że to właśnie posiadanie broni atomowej przez obie strony konfliktu uniemożliwia wybuch bezpośredniej wojny, bo ta byłaby zagrożeniem dla ludzkości, a takiego ryzyka nikt by nie podjął.

Pogląd Rotblata nie był popularny. Jego przeciwnicy argumentowali, że nawet gdyby zniszczyć arsenały broni, ktoś może skrycie taką bombę zbudować i wtedy będzie miał ją jako jedyny. Opinię, że zniszczenie broni da nam pokój, uznawali za naiwną. Wzorem łacińskiej maksymy Si vis pacem, para bellum – chcesz mieć pokój, gotuj się do wojny. Rotblat był wielkim wrogiem tego poglądu, bo na początku sam go podzielał. Też wierzył, że jedyną ochroną przed Hitlerem jest posiadanie broni atomowej przez aliantów. Potem zauważył, że w takim myśleniu jest błąd: Hitler lub podobny jemu szaleniec i tak użyłby bomby, nawet w dniu przegrania całej wojny. Jeśli popełnił samobójstwo w bunkrze, równie dobrze cały świat mógłby popełnić samobójstwo. Rotblat często podkreślał, że posiadanie bomby nie sprawia, iż jesteśmy bezpieczni, bo ktoś może użyć podobnej, nie bacząc na swoje własne bezpieczeństwo. Po wojnie powtarzał: chcesz mieć pokój, szykuj się do pokoju. I w działalności pokojowej był radykalny: albo niszczymy wszystko, albo będziemy się oszukiwać. To na pewno różniło Rotblata i Ulama.

 

Dziś często uznaje się zniszczenie Hiroszimy i Nagasaki za zło konieczne, by zakończyć II wojnę światową. Historię piszą zwycięzcy. Rotblat mówił inaczej: bombę należało zrzucić, ale nie na miasto – wystarczyło zademonstrować siłę.

Zwolennicy zrzucenia bomby do dzisiaj powtarzają, że tylko tak można było zatrzymać Japończyków. Bo nie brali jeńców, walka do końca była dla nich sprawą honoru i żadne pakty pokojowe nie wchodziły w rachubę. Trudno to oceniać z dzisiejszej perspektywy.

Ale Rotblat mówił, że właśnie dlatego trzeba całkowicie zlikwidować broń atomową, że każdy ma coś na swoją obronę. Zawsze mamy argumenty, żeby czynić zło.

Sam nie mogę zrozumieć, dlaczego nie wystarczyła Hiroszima i zrzucono bombę na Nagasaki. W obu przypadkach było to barbarzyństwo, ale w drugim – bezwzględne. Richard Rhodes w książce Jak zbudowano bombę atomową pisze, że pierwotnie bomba miała być zrzucona na Kioto. Ten cel gen. Grovesa nie został zrealizowany tylko dlatego, że znający kulturę i historię Japonii sekretarz wojny USA Henry Stimson miesiącami ostro się przeciwstawiał.

 

Gdy alianci zrzucili bomby na Japonię, Rotblata nie było już w Los Alamos. Dlaczego?

W listopadzie 1944 r. wywiad wiedział już, że Niemcy nie zbudują bomby. Po wojnie Rotblat twierdził, że słyszał od gen. Grovesa, że bomba miała służyć podporządkowaniu sobie Związku Radzieckiego. Niektórzy historycy przekonują, że Groves nie mógł tak powiedzieć w obecności zwykłego fizyka, i to jeszcze z polskim obywatelstwem. Ale Rotblat upierał się, że słyszał i nie rozumiał, jak można przygotowywać na sojusznika, jakim dla USA w 1944 r. był ZSRR, tak straszną broń. Dalszy pobyt w Los Alamos stracił dla niego sens. W dodatku przez donosy informatora FBI wywiad wojskowy podejrzewał go o szpiegostwo na rzecz ZSRR. W styczniu 1945 r. Rotblat wrócił do Liverpoolu.

I teraz trzeba sobie wyobrazić człowieka, który w ciągu jednego roku: wraca z niesłusznym podejrzeniem, że jest szpiegiem, nie ma kontaktu z rodziną w Polsce, słyszy po wydarzeniach w Hiroszimie i Nagasaki o wielu tysiącach ofiar broni, nad którą przez tyle lat pracował, dowiaduje się, że najważniejsza osoba w jego życiu nie żyje oraz że nie będzie mógł wrócić do Polski, bo Chadwick tłumaczy mu, że sytuacja się zmieniła. Brał udział w budowie bomby i Brytyjczycy nie mogą puścić go do kraju będącego w radzieckiej strefie wpływów, gdzie może grozić mu niebezpieczeństwo, może być szantażowany. W Anglii jest zupełnie sam i jest załamany. Wszystko, co robił od 1939 r., straciło sens, nie przyniosło ludzkości niczego dobrego. Postanawia to zmienić. To wtedy zaczął interesować się wykorzystaniem izotopów w medycynie. Tak trafił do Londynu.

 

Gdy Józef budował bombę, jego rodzina walczyła o życie w okupowanej Warszawie. Poświęca Pan tej historii sporo miejsca, choć mogłoby się wydawać, że to wątek poboczny.

Gdyby przyznawano Nagrodę Nobla za przetrwanie, to brat, siostra, siostrzenica, matka Józefa oraz jego szwagier Mieczysław Pokorny powinni go byli dostać. To ich wojna dotknęła bezpośrednio, a nie Józefa. Widzieli straszne rzeczy, o których on tylko słyszał. Ich historia pozwala pokazać wojnę z bliska, nie tylko teoretycznie. Po wojnie Józef ściągnął Pokornych i Rotblatów do Anglii. Wyobraziłem sobie taką scenę: prawie cała przedwojenna rodzina siedzi znów przy jednym stole. Nie ma żony Józefa, jest kompletna cisza. O czym oni będą ze sobą rozmawiać? Ta historia nigdy nie została opisana. Ukazało się kilka zagranicznych książek o Józefie, ale nikt do tej pory nie badał losów jego bliskich w Polsce.

 

Ich historia pozwala lepiej zrozumieć późniejsze decyzje Józefa, ale też uderzające jest samo zestawienie: najpierw pisze Pan o powolnym wyniszczaniu polskich Żydów, a potem o działaniu bomby atomowej i o chorobie popromiennej. Efekt końcowy jest identyczny: śmierć setek tysięcy ludzi. W Łaskawych Jonathana Littella pada zdanie, według niektórych kontrowersyjne: „jedyna różnica pomiędzy zagazowanym lub zastrzelonym dzieckiem żydowskim a dzieckiem niemieckim, które zginęło od przypadkowej bomby, polega na użytych środkach”.

Bertrand Russell mówił, że bomba atomowa była doskonałym efektem połączenia ludzkiego geniuszu i głupoty. Podobnie wszystkie sposoby mordowania: komory gazowe, bomby zapalające. To trwa.

Rotblat nie dzielił wojen na zaczepne i obronne. Uważał, że wojna zamienia ludzi w bestie i nawet ci, którzy na co dzień brzydzą się barbarzyństwem, stają się barbarzyńcami. Nie środki do zabijania są najgorsze, ale to, co się dzieje w ludzkich głowach. To się powtarza wszędzie: w Polsce, Wietnamie, na Bałkanach czy w Iraku. Myślę, że mówił to też na podstawie własnego doświadczenia, bo przecież pojechał budować bombę. Nie wiemy nic o tym, żeby podpisał pakt, że będzie wyłącznie demonstrowana na poligonie. Wiedział, do czego może zostać użyta.

Ciekawe, że słuchając jego opowieści z późniejszych lat, można odnieść wrażenie, iż przez całe życie miał albo niezwykłe szczęście, albo niezwykłego pecha. Jakby to los decydował. A on też podejmował decyzje, jak każdy z nas, czasami błędne.

Być może jego zaangażowanie na rzecz pokoju wynikało to z wyrzutów sumienia, że wyjechał z Polski, które miał przez wiele lat, może z tego, że musiał odpowiadać za konsekwencje swoich badań naukowych, a może chciał dać przykład innym naukowcom. Na pewno nie z egoizmu.

 

Szczerze wierzył, że świat bez wojen jest możliwy?

Jako przykład podawał regiony, które wojna trawiła przez setki lat, ale dziś jest w nich nie do pomyślenia, np. te w Unii Europejskiej. Sugerował włączenie w takie struktury wielkich światowych mocarstw.

 

Dziś rozmowa o broni jądrowej wydaje się nieco abstrakcyjna. Tymczasem w 1945 r. wyścig zbrojeń się nie zakończył, ale wkroczył w nową fazę. W 1961 r., krótko przed kryzysem kubańskim, Związek Radziecki zdetonował największą dotychczas bombę wodorową, 4 tys. razy silniejszą niż te z Japonii.

Do detonacji bomby Car doszło na archipelagu Nowej Ziemi na Morzu Arktycznym. Grzyb atomowy miał 60 km wysokości, kula ognia prawie 8 km średnicy, a fala sejsmiczna wytworzona w wyniku detonacji okrążyła Ziemię trzykrotnie, zarejestrowały to sejsmografy. Część skalistych wysepek wyparowała.

 

Zwizualizujmy to. Gdyby zdetonowano ją nad Pałacem Kultury i Nauki, całkowitemu zniszczeniu uległaby nie tylko Warszawa, ale i Otwock, Legionowo i wszystkie inne miejscowości w promieniu 35 km. Poparzenia trzeciego stopnia groziłyby np. mieszkańcom Radomia (100 km od epicentrum), a sam wybuch byłby widoczny nawet z Hamburga, Belgradu czy Sztokholmu (do 900 km od epicentrum). W atmosferze ciągłych prób nuklearnych zaczynał działać ruch pokojowy Pugwash.

Bodźcem do powstania ruchu było spotkanie Rotblata z Bertrandem Russellem. Najpierw zaowocowało ono Manifestem Russella-Einsteina z lipca 1955 r., które uważane jest za testament Alberta Einsteina. Dwa lata później odbyła się pierwsza konferencja w Pugwash w Nowej Szkocji. Rotblat spotkał bratnią duszę. Russell, jeden z największych myślicieli XX w., był nieprzejednanym pacyfistą, mądrym człowiekiem, przewidującym wiele rzeczy. Myślę, że dzięki niemu Rotblat uwierzył, iż można przynajmniej próbować odwrócić losy świata.

 

Na czym polegała działalność ruchu?

Przede wszystkim na organizowaniu spotkań, niekoniecznie jawnych, między wpływowymi osobami po obu stronach żelaznej kurtyny. Tak było np. podczas wojny w Wietnamie. Byli pierwszymi, którzy w samym środku zimnej wojny zgromadzili ludzi ze wszystkich kontynentów i opcji politycznych. W spotkaniach brali udział przede wszystkim naukowcy zajmujący się dziedzinami ścisłymi: fizycy, matematycy, chemicy. Ale swoją działalnością Pugwash podpadał w zasadzie wszystkim: i Amerykanom, i Rosjanom. Sam Rotblat był pod obserwacją i amerykańskiego wywiadu, i polskiej bezpieki. Denerwował również PZPR, bo nie był komunistą, nie wrócił do PRL, ale podpadł też Solidarności, bo jubileuszowa konferencja na 25-lecie ruchu odbyła się w Warszawie w 1982 r., gdy stan wojenny trwał w najlepsze. Trudno dziś sobie wyobrazić, jak musiało to działać na polityków, żeby się tak spotykać i rozmawiać, robić coś wbrew podziałom, gdy sytuacja była tak napięta. Dla niektórych to musiało być nieznośne.

 

Nie brzmi to tak znowu obco.

Pugwash był też forum do szerzenia przesłania z Manifestu Russella-Einsteina, które stało się życiowym credo Józefa Rotblata: „Pamiętaj o swoim człowieczeństwie i zapomnij o całej reszcie”.

 

Czyli o czym?

Dosłownie o całej reszcie. Jedno z pierwszych zdań Manifestu brzmi: „Zabieramy tu głos nie jako przedstawiciele tego czy innego narodu, kontynentu czy wyznania, lecz jako ludzie, przedstawiciele gatunku Człowiek, którego dalsze istnienie jest niepewne”.

 

Jaki był stosunek Józefa do Polski w kolejnych latach? Ceremonię noblowską w 1995 r. uświetnił, na jego życzenie, Polonez heroiczny Fryderyka Chopina, podobnie jak później poświęconą mu audycję w BBC.

Sam mówił, że wybrał ten utwór, by oddać hołd swojemu polskiemu pochodzeniu. Wydaje mi się, że kochał Polskę tak, jak się kocha miejsce, w którym się urodziło. W Polsce odebrał wykształcenie, tu miał przyjaciół i najbliższych. Widział też antysemityzm, choć sam nie był prześladowany. Był zdumiony, że w kampanii prezydenckiej w 1995 r. pod adresem Aleksandra Kwaśniewskiego pojawiły się hasła antysemickie, choć Żydów w Polsce jest tak mało.

Członkowie jego rodziny, którzy ostatecznie wyjechali do Anglii po pogromie kieleckim, po tym, co tu przeżyli, nie chcieli mieć z Polską nic wspólnego. Ale z drugiej strony Mieczysław Pokorny do samego końca utrzymywał kontakt z Józefem Jaworskim, Polakiem, który za pieniądze ukrywał ich w Otwocku. Wysyłał Jaworskiemu paczki i zapłacił za jego nagrobek. To dość złożona relacja, jednak zazwyczaj tak jest, gdy mówimy nie o narodach, ale o ludziach, którzy spotykają innych ludzi.

Byłbym ostrożny z przyklejaniem Rotblatowi etykiety wielkiego zapomnianego Polaka, choć może pojawić się taka pokusa. Trzeba pamiętać, że urodził się w Warszawie, która w 1908 r. była częścią carskiej Rosji, a zmarł w Londynie w 2005 r. jako Brytyjczyk. Tam też spędził większość życia. On sam uważał się za obywatela świata. W mowie noblowskiej podkreślał, że obok tożsamości narodowej czy etnicznej każdy z nas powinien wykształcić w sobie nowy rodzaj wierności – wobec ludzkości. Szczególnie w obliczu zagrożeń globalnych związanych z rozwojem nauki i technologii. Świat był dla niego ważniejszy niż miejsce urodzenia czy zamieszkania. Może więc należałoby myśleć o nim nie tyle jak o wielkim Polaku, ile jak o wielkim człowieku.

_

Marek Górlikowski – reporter, wieloletni dziennikarz „Gazety Wyborczej”, czterokrotnie nominowany do nagrody Grand Press. Autor książki Noblista z Nowolipek. Józefa Rotblata wojna o pokój (2018), która ukazała się właśnie w Wydawnictwie Znak.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter