70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Gorzki smak Boga, słodki smak życia

Kim był Rozanow? Najprościej byłoby powiedzieć: „myślicielem religijnym” albo „rosyjskim pisarzem”. Sęk w tym, że te podręcznikowe, „uczesane” kwalifikacje w żaden sposób nie oddają głęboko ekscentrycznej natury wszystkiego, co pisał. Rozanow tworzył aforyzmy i eseje, pisał o Gogolu i Dostojewskim, Chrystusie i seksie.

Pamiętam wyraźnie, kiedy jako dziecko po raz pierwszy wyobraziłem sobie, czym jest śmierć. Miałem pięć, może sześć lat, była noc i leżałem sam w moim pokoju, nie mogąc zasnąć. Dookoła panowała nieprzenikniona ciemność. Wtedy właśnie pomyślałem sobie, że śmierć musi być czymś mniej więcej takim jak to, co miałem wokół siebie: absolutną pustką, brakiem ludzi, barw, przedmiotów – czegokolwiek. Nicością, której nie potrafimy sobie przedstawić inaczej niż pod postacią gęstego, zalewającego oczy mroku. Pamiętam, że przyszło mi wówczas również na myśl, że skoro śmierć jest czymś tego rodzaju, to nie może być żadnego powstania z martwych, żadnego życia po życiu. Bo przecież – rozumowałem prostymi dziecięcymi kategoriami, które teraz przedstawiam w skomplikowanym żargonie dorosłych – żeby życie ocalało, musi tlić się gdzieś słabo jakieś światełko. Tymczasem w moim pokoju nie było widać absolutnie niczego – była tylko czerń, czerń i jeszcze więcej czerni. Odkryłem wówczas zaskakującą skłonność mojej duszy – wpisaną w nią (czyją ręką?) możliwość radykalnego ateizmu. A także, że nie wierzę w cuda. Bo światło zrodzone z nieprzeniknionego mroku mogłoby przecież być tylko cudem.

Przypomniałem sobie to wszystko, czytając najnowszy zbiór tekstów Wasilija Rozanowa (1856–1919) zatytułowany Przez śmierć, wydany w Bibliotece Kwartalnika „Kronos” i znakomicie spolszczony przez Piotra Nowaka. To kolejna – po m.in. tomach Opadłe liścieOdosobnione – książka owego wielce osobliwego „maga języka rosyjskiego”[1], która ukazała się w Polsce. Kim był Rozanow? Najprościej byłoby powiedzieć: „myślicielem religijnym” albo „rosyjskim pisarzem”. Sęk w tym, że te podręcznikowe, „uczesane” kwalifikacje w żaden sposób nie oddają głęboko ekscentrycznej natury wszystkiego, co pisał. Rozanow tworzył aforyzmy i eseje, pisał o Gogolu i Dostojewskim, Chrystusie i seksie. Jego styl tak buzuje sprzecznościami, że momentami trudno wyraźnie rozsądzić, czy pisze na poważnie, czy też jego słowa są pełną erudycji kpiną. Pisanie – a więc, jak je określał, oddawanie tego, co najintymniejsze, wszystkim – było dla niego „czymś całkowicie metafizycznym”[2]. A jednocześnie, jak przyznawał, „w istocie aktora, pisarza, adwokata, ba, nawet »księdza, odprawiającego nabożeństwo dla wszystkich« tkwi psychologia prostytutki (…)”[3]. Ekscentryczne, prawda? Ale bez obaw – pisarstwo Wasilija Rozanowa nie jest czczym retorycznym popisem. Zajrzyjmy więc, co też pichci dla nas w swoim bulgoczącym garnku ze słowami.

 

*

„Ból życia jest o wiele potężniejszy od zainteresowania życiem. Dlatego religia zawsze będzie triumfować nad filozofią”[4]. Dlatego również religia eksploatowała będzie zawsze ból i smutek, filozofia zaś – próbowała obudzić w człowieku zdziwienie Rozanow, stając w ryzykownym szpagacie między tymi sferami, dziwi się chrześcijaństwu – w szczególności zaś temu, co uznaje ono za smutne, i temu, co nazywa radością. Ewangelia – pisze w szkicu O przesłodkim Jezusie i gorzkich owocach tego świata – „nie jest nauką, nie jest też poezją, a tylko schematem, uśmiechem zawieszonym nad ziemią. Na tym to polega – że jest ona rzeczywiście najmniej ziemską książką i wszystko, co ziemskie, w najwyższym stopniu trudno się z nią wiąże albo wcale się nie wiąże w jeden supeł; nie wiąże inaczej jak sztucznie i czasowo”[5].

Czy Pismo wzmiankuje coś o tym, że Chrystus się śmiał? Czy dopuszczamy do siebie choćby myśl, że jako młodzieniec mógł być zakochany albo że pożądał jakiejś kobiety? Czy marzył o bogactwie, władzy, sławie? A jeżeli na wszystkie te pytania odpowiedź jest negatywna, jaki właściwie sens mają gorące zapewnienia chrześcijan, że w Chrystusie Bóg stał się człowiekiem? Musiałoby to być jakieś niedokrwiste, pozbawione ludzkich odruchów człowieczeństwo.

Rozanow bardzo sceptycznie patrzy na tę nad-światowość chrześcijaństwa. Z „niemożności pogodzenia zakochania i Ewangelii” (s. 47) wyprowadza podejrzenie o ukrytej wrogości tego, co boskie, wobec tego, co ludzkie. To jest, ujmując rzecz nieco precyzyjniej, wrogości Boga wobec wszystkiego, co tu, na ziemi, jest zabawą, radością, wzlotem ducha. „[Święty] Paweł w teatrze – widok zgoła niemożliwy! Wychwalający grę aktorów – kakofonia!! zniszczenie całego chrześcijaństwa. (…) Tak, Paweł pracował, jadł, chodził, określał się w materialnych kategoriach życia, jednak w fundamentalnym sensie życie opuścił, gdyż nic z tego, co doświadczał, nie umiał pokochać, ani też niczym się zachwycić. Brał materię jedynie w jej koniecznościowymutylitarnym aspekcie, znał wyłącznie prozę ciała i tylko tego potrzebował. Chrystus był na niej jedynym kwiatem; takim pojedynczym kwiatuszkiem, jeśli można się tak wyrazić. »Chodzę, jem, śpię, spożywam – ale rozkoszuję się tylko Jezusem« – tak może powiedzieć o sobie każdy prawdziwy chrześcijanin” (s. 46).

To samo dotyczy księży i tego, jak odnoszą się do wytworów ludzkiej kultury we wszystkich jej przejawach – od teatru po gastronomię. Gdyby, dajmy na to, w tym pierwszym „na proscenium wyszli aktorzy i zaczęli ryczeć o własnej grzeszności – panowie biskupi z zadowoleniem poszliby na taki spektakl. Ale zaproponujcie im kawałek na flet, a nawet niewinną pieśń ludową w rodzaju »Hej, sokoły« – z pewnością odmówią. Wzbraniają się nie tyle przed grzesznymi uciechami, ale przed uciechami jako takimi. Wszystko, co nie jest smutne, jest zabronione. Wino, herbata, tłuste ryby, konfitury, wygodne mieszkanie, mebelki – jeśli już je mają, to zawsze »z przemytu«. Ale oficjalnie, wedle prawa, stosownie do »reguł kościelnych« stanowczo nie licuje, aby »biskup mógł folgować sobie przy rybie«, on może co najwyżej zagryzać suszonymi grzybami – i tyle rzec można oficjalnie, przepisowo, na głos” (s. 49). Duch chrześcijaństwa przenika więc osobliwa estetyka smutku, która wynosi każdego ascetę ponad ziemskie, a więc z natury rzeczy grzeszne i brudne, uciechy.

Argumentacja Rozanowa nie jest przy tym skrytą pochwałą domów publicznych, ani – by wymienić jedną tylko więcej z typowo ziemskich uciech – pragnienia władzy. Nerwem jego poglądu jest natomiast przekonanie, że takie chrześcijaństwo, jakie zostało przedstawione powyżej, jest programowo przeciwne życiu. Jedynym słońcem – źródłem światła, ciepła i radości – może w nim być  Jezus Chrystus, który jaśnieje tym bardziej, im bardziej pomniejszone zostały wszystkie rzeczy tego świata jako podrzędne, niepewne i przemijające. „W promieniach słońca-Chrystusa »książę tego świata« rozpuszczał się niczym śnieżna zaspa, tajał jak bałwan na wiosnę. Właściwie rzecz biorąc, to, co zostało, stanowiło nieledwie jego zarys, odciskało niewyraźny ślad po rodzinie, literaturze, sztuce. Niemniej właściwy nerw świata został zeń wyrwany, pozostała jakaś kukła, a nie żywa istota. Gdy jednak spróbujecie ożywić rodzinę, sztukę, literaturę, gdy czemuś oddacie się »całą duszą« – dokona się wasza ostateczna rejterada z chrześcijaństwa” (s. 51). Jak bowiem powiada Jezus – a ustęp ten niewątpliwie jest dla Rozanowa skandaliczny – „jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem” (Łk 14, 26). Wszystko, co drogie ludzkiemu sercu, co uznaje ono za wartościowe lub piękne, jest potencjalnym źródłem zagrożenia. Oddala bowiem człowieka od Boga, przesłania mu Go, każe stawiać bezbożne pytania i formułować dalekie od pokory żądania. Krótko: za sprawą tego wszystkiego człowiek staje się wobec Boga wymagający, kategoryczny. Zapomina o tym, że ma być potulną owieczką. „Ledwo mnich uczepi się dziecka swojego i zakrzyczy »nie dam«; ledwo chwyci się pani, mówiąc »kocham i nie przestanę kochać«, kończy się i chrześcijaństwo. W obliczu rodziny na serio chrześcijaństwo obraca się w żart. I odwrotnie: gdy na serio bierze się chrześcijaństwo, w żart obracają się rodzina, literatura, sztuka. Niby wszystko się zgadza, ale nic tu nie jest na swoim miejscu. Wszystko jest, ale bez ideału” (s. 51). Na nic magiczne zaklęcia chadeków i ich polityka prorodzinna; na nic opatrzone papieskim stemplem dekrety katolików o życiu rodzinnym; na nic „Rok Świętej Rodziny”.

Chrześcijaństwo jest jej wrogie, jak wrogie jest wszystkiemu, co ludzie zbyt mocno – to znaczy: na całego – kochają.

Co zatem chrześcijański Bóg robi z tym światem? Odbiera mu blask, podważa jego wartość. Zamula każdą radość, jak gdyby czegoś jej brakowało albo potrzebowała jakiegoś dodatkowego uzasadnienia. Przesłodki może być tylko Jezus; wszystko inne jest (musi być) gorzkie. „W Chrystusie świat zjełczał właśnie na skutek Jego słodyczy. Gdy tylko spróbujecie słodkiego, doznacie dobroczynnych skutków tej niebywałej, prawdziwie niebiańskiej słodyczy – już straciliście smak do zwyczajnego chleba. Kto po ananasach sięgnie po kartofle? (…) Wielkie piękno odziera nas ze smaku do tego, co powszednie” (s. 58). Krótko: w chrześcijaństwie „chodzi o to, że konfitury powinny być kwaśne” (s. 51).

Równolegle religia ta dokonuje zdaniem Rozanowa drugiego, nie mniej istotnego przesunięcia w świecie ludzkich wyobrażeń. Pogrążając radość, nobilituje smutek. Czyni zeń przedsionek przyszłego szczęścia, nieomal wrota do wiecznej radości. „Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni” – czytamy u Mateusza (Mt 5, 4). Rosyjski myśliciel z całym zdecydowaniem przeciwstawia się tej wyniosłej estetyce smutku, która z góry patrzy na wszelką ludzką codzienność i nasze jakże prozaiczne radości – ot, choćby odprowadzanie dziecka do przedszkola albo delektowanie się grzanym winem w mroźny zimowy wieczór. Ta negacja jest jego zdaniem ukrytym źródłem wszystkiego, co w religii mroczne i niebezpieczne. „Oto – powiada Rozanow – jedna z największych zagadek świata! Polega ona na rozpoznaniu, że cierpienie wznioślejsze jest i bardziej estetyczne niż szczęście, że to, co smutne, nabiera majestatu. Smutek niewiarygodnie nas pociąga. Czy nie na tym polega tajemnica składanej Bogu religijnej ofiary z dzieci, ta nigdy nieodgadnięta tajemnica Molocha? Ludzie przeżywali smutek niebiański, zastanawiali się, jak go przeżyć; w tym celu wszystko składali w ofierze, poświęcali to, co najważniejsze. »Śmierć – jeszcze za życia«: oto Moloch!” (s. 59–60). Odrzucając drobne, przyziemne, a więc ludzkie, nad wyraz ludzkie dobra, religia staje się wyczekiwaniem pożogi. Jej przyzywanie jest bowiem jedyną prawdziwą pobożnością.

Nazbyt to wszystko jednostronne, by nie powiedzieć: niesprawiedliwe? Ależ oczywiście! Zauważmy jednak, że dokonane przez rosyjskiego myśliciela odwrócenie jest kapitalne; może przyprawić czytelnika o zawrót głowy. Z tezy, że chrześcijaństwo jest nie z tego świata, czyni Rozanow kardynalny zarzut przeciw niemu.

 

*

A przecież, wbrew niektórym prawosławnym duchownym, którzy widzieli w nim Antychrysta, nie był myślicielem antyreligijnym. Wiele myślał o śmierci oraz o tym, co czeka nas w zaświatach – zwłaszcza odkąd w 1910 r. ciężko zachorowała jego żona.

Co o śmierci wie religia? Zdaje jej się, że wie wszystko, tymczasem ulega jedynie mistycznemu instynktowi, który potajemnie rządzi jej wyobrażeniami. „Mistycyzm posiada skłonność do przedłużania wszystkiego, poszerzania, rozciągania, »ile się tylko da«, najlepiej »w nieskończoność«… Owinięta w mistycyzm »śmierć« przedstawia się jako coś nieskończonego, przytłaczającego, zakrywającego najgłębszą tajemnicę. A przecież również życie ma takie samo prawo zażądać dla siebie mistycznego odzienia: i tak przybrane jawi się jako znacznie bardziej nieskończone od śmierci, pełne sensu, bogactwa, łaski; przewyższa ono śmierć właśnie dlatego i właśnie w tym, że jest piękne” (s. 144).

Jak zatem znaleźć odpowiedni balans? Z pewnością nie można go osiągnąć wtedy, gdy żyjemy tak, jakby nasze życie było wieczne. Gdy śmierć znika z horyzontu ludzkich wyobrażeń, kultura dziecinnieje. Młodość chce być wieczna. Na starość zaczyna się patrzeć, jakby była zwykłą dolegliwością, z której trzeba się wyleczyć. Nawet radość życia czeźnie w banale, zamienia się we własne przeciwieństwo. Przestaje być jedyną, niepowtarzalną chwilą szczęścia, a staje się przyjemnostką, do której zawsze można powracać. Życie okazuje się sumą chwil, z których każdą można – ba! należy – konsumować niczym towary ze sklepowych półek. Wyzyskać czas znaczy już tylko: zabić go; żyć tak, jakby nie upływał. Paradoksalnie, to właśnie pozbawione odniesienia do śmierci życie staje się liche. Nic się w nim nie gromadzi ani ku niczemu się nie wznosi. Tkwi tylko zamknięte w klatce wiecznej teraźniejszości, nie dbając o to, co było, ani nie martwiąc się tym, co może nadejść. Do chwili aż śmierć – nagle, nieoczekiwanie, w zupełnie absurdalny sposób – wtargnie w ten kokon i przetnie jego bezładną wegetację w byle jakim miejscu.

Lepiej zatem pamiętać o śmierci, ale nie być przytłoczonym jej perspektywą. Przyjdzie po nas, to prawda. Ten nieuchronny fakt nie powinien jednak przejmować nas dreszczem. Bo „jeśli tu dobrze (starannie), to i »tam« dobrze; a jeśli »tam« nie ma niczego, to też nic. Pożyliśmy. Kochaliśmy. Pracowaliśmy. Po wielekroć wnikaliśmy w sens istnienia. I było to dobre, szczęśliwe, radosne. Ileż radości miałem z pisania (jakże opasłej) książki O rozumieniu. Powiedzieć, że to »nic«, że śmierć i tak to »wszystko pochłonie« – ależ bzdura! Nie pochłonie mojej minionej radości (kiedym pisał tę książkę), a zresztą w ogóle niczego ona nie pochłonie, ponieważ nie wolno jej tego robić, z wyjątkiem tego jednego tygodnia, w którym »przeziębiam się i zaczynam kasłać«, i tak dalej” (s. 145). Wobec życia śmierć jest więc słaba. Potrafi je przerwać, ale nie unieważnić, odebrać mu wartość. Zmartwychwstanie, jeżeli do czegoś może być ludziom potrzebne, to chyba do tego tylko, abyśmy będąc „po tej drugiej stronie”, mogli powrócić na stare śmieci: znaleźć się znów wśród dawnych przyjaciół; poczuć raz jeszcze wszystkie smaki, które pamiętamy z dzieciństwa. Zmartwychwstanie nie potwierdza zatem żadnej wartości ani jej nie ustanawia. Nie musi tego robić, bo śmierć nie ima się niczego, co dobre.

Zresztą, jak zauważa Rozanow, w samym życiu, w dającej się dotknąć materii istnieje trudny do pochwycenia, swoiście religijny pierwiastek. „Jak serce bije, kurcząc się i rozszerzając, jak ono bije, jak pulsuje każda żyła – w tym jednym momencie nie tylko całe duchowe, ale i fizyczne życie zawiera w sobie połączenie obu tych chwil, wyrażonych jasno, strasznie, z drżeniem: »Bóg umarł«, »Bóg zmartwychwstał«. Cała przyroda podąża w obrazie swego istnienia za obrazem istnienia swego Stwórcy. Czy nie zmartwychwstaje dzień po poranku? Czy nie zmartwychwstaje cały rok na wiosnę? Czy pod wieczór nie zmierzcha dzień, a rok – na jesieni, w zimie? Wszystko umiera, wszystko zmartwychwstaje” (s. 177).

Wewnętrzny galop tych myśli obraca się jednak przeciwko nim. Jeżeli wszystko umiera i wszystko zmartwychwstaje, cały upływający czas jest tylko woalem, za którym skrywa się wieczny powrót tego samego. Zdarzenia, które chrześcijaństwo nanosi na czas wyobrażony pod postacią linii (jedna śmierć Boga i jedno Jego powstanie z umarłych), Rozanow stara się wpisać w czas tworzący zamknięty (i zaklęty) krąg. Taki, w jakim nie ma miejsca na żadną przemianę, a wszelki ruch przyrody – która w istocie „nie jest posągiem”, nie jest „z kamienia” (s. 178) – to tylko pozbawione celu odwieczne mielenie bytu w tę i we wtę. Wciąż są to zatem tylko „stosy światowych kamieni, tworzące bezsensowny gruz” (s. 178–179). Czy gruz ten trwa w bezruchu, czy też wiruje bez przerwy, jest w gruncie rzeczy bez znaczenia. A jeżeli tak, to wracamy do podstaw chrześcijaństwa i nie da się uciec przed stwierdzeniem, że „Bóg jest radością, bez Boga – pozostaje sama rozpacz” (s. 11).

W ten sposób – przeszedłszy się po kolistym łuku Rozanowskich wyobrażeń – wracam do poprzedniego pytania, które teraz mogę częściowo skorygować: czym jest religia i co to znaczy być religijnym? Czy religia jest czymś przeciwnym życiu czy też – dokładnie odwrotnie – jego koniecznym dopełnieniem? „Człowieka religijnego – twierdzi Rozanow – rozpoznaję po tym, gdy opowiada, jak kupił rzecz na bazarze; religijnego autora rozpoznaję po lekturze kawałka książki, zaczynając od środka, na chybił trafił. Religijność tworzy »styl człowieka«, styl budowy jego duszy, a w konsekwencji decyduje o budowie całego jego życia, o działaniu, czynach; religijność wyraża się w każdym drobiazgu, nie odstępuje człowieka w niczym i nigdy, nawet na krok. Istnieje wiele osób roztrajkotanych o religii i bynajmniej przez to nie religijnych. Religia może nie zawierać żadnych określonych idei, nie musi mieć nawet z nimi styczności: religia stanowi perspektywę, z której człowiek patrzy na świat, jest jego wzrokiem, słuchem, powonieniem. Kto nie rozróżnia kolorów i nie czuje ich – nie może być religijny; kto nie lubi lasu – nie może być religijny (wszyscy »święci« kochali »pustynię«, a więc to, co »za miastem«), kto nienawidzi twarzy ludzkiej – nie jest religijny, kto zbytnio wiąże się z krzątaniną, szumem, »biznesem«, handlem (namiętnym handlem; spokojny handel bowiem w najwyższym stopniu odpowiada religijności), lubi »być duszą towarzystwa«, pasjonuje się grą w karty, hazardem, kto chciwy jest wina – ten nie jest religijny, cokolwiek innego mówiłby jego język. Religia to stan permanentny, w którym nawet na jedną minutę nie przerywa się kontaktów z Bogiem” (s. 171). Słowem, nie jest niczym za-światowym, ale raczej tym, co podnosi każde (prawie każde) nasze doświadczenie; tym, co sprawia, że nie opada ono ciężko na ziemię, ale wzlatuje, unosi się, jest naraz ważne, lekkie i piękne. „Miłość – notuje Rozanow – wcale nie jest ogniem (jak się często mówi): miłość to powietrze. Bez niej – nie ma oddechu, przy niej – »oddycha się lekko«” (s. 202).

Byłaby więc religia tym, dzięki czemu miłość wkracza w nasze życie? Nie doktryną, nie prawem, nie spopielającym doczesność ogniem – ale tym, dzięki czemu oddychamy? Co nie psuje smaku świata, ale go wydobywa?

 

*

Kto zapatrzył się w niebo, ten nie dostrzega ziemi. Nie widzi również swoich bliźnich: ich cierpienia, radości, rozterek. Rozanow nie ma dla takich rozanielonych fałszerzy świętości wiele sympatii. „»Wierzący w życie pozagrobowe« siedzieli dookoła ognisk, gdy dopalał się w nich człowiek, gdy palili Servetem w Genewie, Savonarolą we Florencji, gdy palono tylu innymi w Hiszpanii, w Niemczech!” (s. 151). Jeżeli religia ma być czymś innym niż posypaną lukrem transcendencji ideologią, nie może tracić z oczu realnego życia ani uznawać je za pozbawione wartości.

Co jednak ze śmiercią i tym, co ma przyjść po niej – zmartwychwstaniem, życiem wiecznym? Czy w przyjętej przez Rozanowa perspektywie nie zostają aby zepchnięte do szeregu spraw mniej ważnych; takich, bez których można się obejść? „Przede wszystkim »zmartwychwstanie Chrystusa« niczego nie obiecuje. On – Bóg, my – ludzie: ze »zmartwychwstania« Boga nic nie wynika dla człowieka. A zatem Bóg mógł zmartwychwstać, człowiek zaś zmartwychwstać nie może? Nie wiem” (s. 142). Jedno wie natomiast Rozanow bez najmniejszych wątpliwości, choć nie potrafi tego przejrzyście wyjaśnić. Wie mianowicie, że bliźni są w pewien sposób ważniejsi od osoby zbawiciela – tak Ojca, jak i Syna. „Sam »Bóg« to dla mnie pewna suma poznanych, napotkanych… miłych… ludzi, rozszerzająca się, a w praktyce – nieskończona, tylko że ona… Plączę się w zeznaniach, nie jestem jasny, czuję to. Bez »tych ludzi« sam Bóg nie jest mi jakoś potrzebny… To znaczy taki Bóg byłby kimś przeraźliwie monstrualnym, ogromniastym, obcym i strasznym, »karzącym«[6]… Takie to ogromne, takie dalekie, że nie umiem ani pokochać »kogoś, kto taki ogromny«, ani nie kochać Go. Nie szkodzi. Jeśli chciałby mnie On za to »ukarać« – niech karze” (s. 143).

A śmierć? Nikt nie wie, jak to z nią będzie. „Albo »głupstwo«, albo »będzie dobrze«. »Dobrze« włoży się do kieszeni, a »głupstwo« najzwyczajniej się przemilczy” (s. 160). Ot, i wszystko.

 

*

Wasilij Rozanow „stojąc twardo na gruncie chrześcijaństwa, wyprawia z nim zadziwiające rzeczy” (s. 73). Z imponującą swobodą przestawia znaki, wywraca znaczenia, to szarpie się ze świętością, to znów wtula się w nią, głaszcze. Czy – jak zarzucał mu Nikołaj Bierdiajew – „chce przehandlować wszechświat, cały świat Boży za rodzinę i życie plemienne” (s. 115) oraz wiśniowe konfitury, które podobno ubóstwiał?

Nawet jeżeli odpowiemy na to pytanie twierdząco, warto zrozumieć istotę tego gestu. Nie chodzi w nim o banalną pochwałę ziemskich radości ani prawo do samozaspokojenia. Rozanow nie ma ani krzty zrozumienia dla ludzi, którym „brak potrzeby duchowej”; takich, co to mówią „po prostu – »nie lubię powieści, nie interesuję się powieścią, wiersze zaś dla mnie – siekana słoma«” (s. 39). To dla niego bezbożne, podejrzane typy, gotowe roztrwonić cały swój czas, goniąc za kasą i panienkami. Z jednakową siłą odrzuca ascezę, nie bez racji podejrzewając, że jest ona strategią obronną, po którą sięga się wtedy, gdy wiara przemieniła się w próchno, a Boga trzeba galwanizować.

Czego chce więc bronić Rozanow? Przede wszystkim naszych zwykłych (albo lepiej: zwyczajnie nadzwyczajnych) ziemskich spraw – miłości do kobiety, troski o dziecko, wina, teatru, książek. Również, a może nawet przede wszystkim, bronić przed pełnym agresji i zacietrzewienia naporem tych, którzy zanadto przejęli się religijnymi ideami i pragną oceniać ludzkie sprawy z jakiejś nadziemskiej, a więc i nieludzkiej, perspektywy. „»Świat«, »byt«, »nasze życie« – one nie są boskie, co znaczy: »grób«, »po śmierci«, »tamten świat« – są boskie. Albo odwrotnie: »świat«, »byt«, »nasze życie« – są boskie; a wtedy »grób«, »po śmierci«, »tamten świat« – są demoniczne. Ale najwidoczniej Jezus – to »tamten świat«, który pokonał »ten«, nasz (…). Kościół zawsze uważał Chrystusa – za Boga, eo ipso zmuszony był uznać cały świat, cały nasz byt, a przede wszystkim nasze narodziny, nie mówiąc o naukach i szkołach – za demoniczne, »leżące w złu«. Tak postępował Kościół. Ale nie w sensie, że coś dobrze byłoby ulepszyć, lecz po prostu – że wszystko trzeba zniszczyć” (s. 60–61). Kogo ekscytują w religii sceny potopów i wizje apokalipsy; kto chciałby zbudować Państwo Boże na ziemi i gotów jest uczynić wszystko, czego wymaga wprowadzenie tego projektu w życie, ten nie wie, czym jest (lub chociaż: czym powinna być) religia. Być może zresztą prawdziwa religijność mieszka gdzieś indziej, tzn. nie ma nic wspólnego z naszymi deklaracjami na temat tego, czy wierzymy w Boga czy też nie. Być może jej istota leży w udzielanej praktycznie, w codziennym życiu, odpowiedzi na pytanie: czego naprawdę pragniemy dla ludzi – pożaru czy powietrza?

_

Wasilij Rozanow

Przez śmierć

tłum. Piotr Nowak, Fundacja Augusta hr. Cieszkowskiego, Warszawa 2017, s. 325

 

[1]  N. Bierdiajew, Chrystus i świat. Odpowiedź Rozanowowi, w: W. Rozanow, Przez śmierć,  tłum. P. Nowak, Warszawa 2017, s. 103.

[2] W. Rozanow, Odosobnione. (Niemal na prawach rękopisu), tłum. I. Kania, P. Nowak, Warszawa 2014, s. 35.

[3] Tamże, s. 34.

[4] Tamże, s. 33.

[5] Tenże, Przez śmierć, dz. cyt., s. 47. Dalej wszystkie cytaty z tego wydania oznaczam numerami stron.

[6] Zupełnie jak w skeczu Monty Pythona, w którym ksiądz wygłasza z ambony następujące kazanie: „O, Panie! Ach, jesteś taki wielki, taki absolutnie ogromny. O kurczę, naprawdę jesteśmy pod wrażeniem, tu, na dole. Wybacz nam, o Panie, te nasze okropne pochlebstwa i wazeliniarstwo pierwszej klasy, ale jesteś taki silny i taki, no, super” (z filmu Sens życia według Monty Pythona, tłum. T. Beksiński).

 

 


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter