70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Godność w Spitaku

Ludzie w Spitaku mówią rzeczy, obok których nie można przejść obojętnie. A my mieliśmy ambicję opowiedzieć nie tyle o mieście, ile o człowieku względem tragedii. W polskiej szkole reportażu mówi się o tym „nadwyżka”.

Katarzyna Kazimierowska: Ludzie wyjeżdżają ze Spitaku?

Michał Łuczak: Gdy zapytałem o to samo, jeden z bohaterów naszej książki, Gagik, powiedział, żebym się przeszedł na dworzec autobusowy i zobaczył na własne oczy. W centrum miasta jest dwupiętrowy supermarket, obok szaszłykarnia, a naprzeciwko agencja biletowa, gdzie można kupić bilety lotnicze i autokarowe. Cel – zagranica. Jeżeli tego typu agencja biletowa działa w tak małym mieście, to znaczy, że jest tam potrzebna. W byłych republikach radzieckich mężczyźni wyjeżdżający do pracy to powszechne zjawisko. Czasem zdarza się, że mają równoległe życie w Rosji – nową żonę, dzieci. Często zapominają wówczas o tej pierwszej rodzinie. Przed trzęsieniem ziemi w Spitaku mieszkało 15 tys. osób, teraz poniżej 13 tys. Choć nie wydaje mi się to takie zaskakujące. W Polsce też moglibyśmy opowiedzieć o latach 80., kiedy na Śląsku czy całej ścianie wschodniej ludzie wyjeżdżali do pracy do Belgii albo Ameryki, rodziny się dzieliły, a często rozpadały na dobre.

 

Mówimy o mieście w procesie wiecznej konstrukcji, gdzie w 1988 r. doszło do potężnego trzęsienia ziemi. Zginęło ponad 4 tys. osób, zachował się tylko jeden budynek.

M.Ł.: Wśród historii, które usłyszeliśmy, pieśń o wspaniałości dawnego Spitaka jest powszechna. Działało tu kilkanaście fabryk, ludzie mieli pracę, dobrze im się żyło, z opowieści wynika, że to było przyjemne miejsce do mieszkania. Choć myślę, że w tych wspomnieniach sprzed 30 lat na pewno jest lepiej, niż było w rzeczywistości. Dlatego tytuł naszej książki to po prostu 11:41 – godzina, w której życie mieszkańców podzieliło się na przed trzęsieniem ziemi i po nim. I to, co było przed, dziś wspominane jest przez nich jako czasy świetności. Nasza książka zaczyna się od zdjęć dzisiejszej rzeczywistości, na którą składa się prowizorka, niedokończenie. To obrazy metafory, opowiadające o niezmiennym procesie odbudowy.

 

Dlaczego właśnie teraz postanowiliście przypomnieć światu o wydarzeniach sprzed 30 lat?

M.Ł.: Armenia pojawiła się w ramach projektu Stracone terytoria, który od ponad ośmiu lat realizujemy jako Kolektyw Sputnik Photos. W 2013 r. zorganizowaliśmy warsztaty dla fotoreporterów w Armenii, Mołdawii i Gruzji. Wybrałem Armenię i zacząłem szukać jakiegoś punktu zaczepienia, opowieści o tym kraju, która pozwoliłaby mi wejść z nim w relację. Moja wiedza ograniczała się wówczas do trzęsienia ziemi z 1988 r. I choć miałem wtedy zaledwie 5 lat, to zapamiętałem zbiórki darów dla poszkodowanych. Gromadząc informacje, natrafiłem na archiwalny odcinek programu Szerokie tory Barbary Włodarczyk. Jeździła do byłych republik i tłumaczyła rzeczywistość po 1991 r., po rozpadzie ZSRR, pokazując jednocześnie życie codzienne ich mieszkańców. W 2003 r. pojechała do Spitaka i nakręciła film o człowieku, który przez 15 lat mieszkał ze swoją rodziną w barakowozie i dopiero teraz otrzymał od burmistrza miasta klucze do mieszkania w bloku.

 

Co Wy zobaczyliście w tym mieście?

M.Ł.: Przyjechaliśmy do Spitaka drogą z Erywania, miasta tętniącego życiem, z restauracjami, knajpkami, ze światkiem artystycznym. Opuszcza się fajny Erywań, po drodze mija się bardzo biedne wioski, by zjechać serpentynami w dolinę, w której leży Spitak. Od razu wita nas norweski szpital, potem czeska szkoła, a następnie osiedla wybudowane przez różne organizacje pomocowe zaraz po trzęsieniu. Jest osiedle włoskie, w którym domki wyglądają jak pralki Indesit, są niemieckie domki letniskowe, murowane osiedle szwajcarskie, niedokończone uzbeckie i estońskie. Te zabudowania znajdują się daleko od śródmieścia, choć po trzęsieniu planowano przesunąć centrum miasta w ich stronę. Nawet już zaczęto w tym nowym, planowanym centrum budowę kościoła, ale skończyło się na fundamentach i całość wygląda dość zagadkowo. Niedaleko fińskiej przychodni wybudowano także trzy ulice – kręgi, wokół których miało się tu koncentrować życie miejskie w nowym centrum. To miejsce, zwane przez mieszkańców Glendalem, nigdy nie zostało ukończone.

 

Miasto-prowizorka?

Filip Springer: To, co zwraca uwagę, to niedokończenie. Jest plac, ale nie ma nawierzchni, jest chodnik, ale nie ma krawężnika, jest krawężnik, ale nie ma chodnika. Nie ma ciągłości, widać fragmentaryczność w zabudowie miasta. Są tu odbudowane enklawy, nawet całe pierzeje, gdzieniegdzie kilka bloków, główny plac, osiedla, niewidoczne z perspektywy starego centrum. Ale to wszystko nie stanowi całości. Choć umiem sobie wyobrazić sytuację, że ktoś przyjeżdża do Spitaku i nie wiedząc, że tam było trzęsienie ziemi, uznaje, że to miasto po prostu takie jest.

M.Ł.: Stoją tu dwukondygnacyjne domki mieszkalne, jest główny plac, są szkoły, szpital, a służba zdrowia podobno jest w Armenii na niezłym poziomie. Tym miastem rządzi chaos. W wielu miejscach trwa budowa, ale nie widać jej efektów, nawet oddany do użytku budynek nosi znamiona niedokończenia.

 

Jak myślicie, czemu tak się dzieje?

M.Ł.: To dosyć charakterystyczne dla tej części świata. Zbudowano np. rondo, ale zostawiono je samo sobie i zaczęło zarastać trawą. No to przyjechali amerykańscy wolontariusze ściągnięci przez YMCA i posadzili w klombach kwiatki. Ale Spitak nie jest miastem dysfunkcyjnym. W rozmowach z lokalnymi aktywistami i animatorami dowiedzieliśmy się, że brak chęci do działania, dbania o przestrzeń miejską może wiązać się z tym, że po trzęsieniu mieszkańcy bardzo długo otrzymywali wsparcie od organizacji pomocowych z całego świata. I tak przywykli do tej pomocy, że zatracili zdolność dbania o siebie.

 

Wizytę w Spitaku zaczęliście w siedzibie YMCA. Tam wyposażyli Was w mapę. Pomogła?

F.S.: Mapa to pierwsza rzecz, jaką zrobili po trzęsieniu ziemi ludzie z YMCA. Zauważyli, że trudno jest reklamować Spitak jako ciekawe miejsce na turystycznej mapie Armenii, skoro nie ma jego planu. Miasto tylko częściowo zostało odbudowane na starej siatce ulic, więc bazując na mapach Google, zrobili pierwszy plan. Mapa sama w sobie także jest formą opowieści o miejscu, jej nakreślenie to bardzo osobisty gest i dla mnie był ważnym punktem wyjścia.

M.Ł.: Nie potrzebowaliśmy planu, ale jeden punkt mnie w nim zaciekawił – to cynkowy kościół, zbudowany na cmentarzu, na szczycie wzgórza, powstały już po trzęsieniu ziemi. Cały z blachy, pusty w środku. Nie można do niego wejść. Jest dla mnie bardzo intrygujący wizualnie, cały się świeci, wszędzie go widać.

Ale ta książka opowiada nie tyle o Spitaku, ile o człowieku skonfrontowanym z tak dużą katastrofą. I o tym, jak po wszystkim ten człowiek się zachowuje.

Zastanawialiśmy się, czy ta historia jest w stanie wyjść poza Spitak. Czy umie opowiedzieć coś o nas? Czy jest uniwersalna? Gdy opowiedziałem znajomemu o Spitaku, o tym, że pierwotnie po trzęsieniu nie zamierzano go odbudowywać, to usłyszałem, że podobne scenariusze rozważano po wojnie w Warszawie.

F.S.: W polskiej szkole reportażu mówią o tym „nadwyżka”. Tekst ma opowiadać konkretną historię, ale jeśli jeszcze można dostrzec w nim coś uniwersalnego, to wówczas opisanie tej historii ma sens. A my mieliśmy ambicję opowiedzieć o człowieku względem tragedii.

 

Nie tylko Spitak ucierpiał podczas trzęsienia ziemi w Armenii.

M.Ł.: Ale był jego największą ofiarą, do tego stopnia, że w języku angielskim funkcjonuje termin „Spitak earthquake”, wskazujący tragedię, jaka w 1988 r. dotknęła Armenię. Dla mnie jako fotografa praca na małym i zamkniętym terytorium – Spitak leży w dolinie, otoczony dosyć wysokimi górami – jest optymalna, bo ogranicza, a jednocześnie nie pozwala rozdrabniać się na poboczne historie. Po pierwszej wizycie przywiozłem stamtąd dokumentalny cykl o rodzinach mieszkających na tzw. osiedlu niemieckim, w drewnianych domkach letniskowych. Zakładano, że ludzie spędzą w nich najwyżej dwa lata, a mieszkają do dziś. Każdy dostał taki sam domek, ale na przestrzeni lat przechodziły one metamorfozę, dostosowywane systematycznie do potrzeb swoich mieszkańców. Jednocześnie tłumacz przekazywał mi podczas pracy nad materiałem tak przejmujące historie moich bohaterów, że uznałem, iż nie chcę stracić tych opowieści, nie chcę, żeby umknęły. I wtedy pojawił się Filip.

F.S.: Pojechałem do Armenii w czerwcu 2014 r. z koncepcją opowieści o architekturze miasta, które zniknęło. Ta historia od razu przypomniała mi miasteczko Miedzianka na Dolnym Śląsku, które dosłownie zapadło się pod ziemię. Ale już pierwszego dnia wiedziałem, że moja koncepcja upadła, bo ludzie w Spitaku mówią takie rzeczy, obok których nie można przejść obojętnie. Poza tym pisanie o przestrzeni i architekturze w mieście, które jest w wiecznej odbudowie, podczas gdy na ulicy leży tyle historii do opisania, byłoby głupotą.

 

Opowiedzcie o rozmowach ze swoimi bohaterami.

F.S.: Dla mnie, przyzwyczajonego do pracy głównie w Polsce, największym szokiem było to, że oni chcą rozmawiać. Zawsze zaczynaliśmy od tego, że przyjechaliśmy tu z powodu trzęsienia i o tych wydarzeniach chcielibyśmy posłuchać. I już na początku rozmowy dostawaliśmy historię, która dawała to reporterskie mięso, o jakie w Polsce trzeba naprawdę długo zabiegać. Słyszeliśmy historie o trzęsieniu, które zwalały z nóg.

 

Co Was najbardziej poruszyło w tych opowieściach?

F.S.: Sposób, w jaki zaczynali mówić. Bo mówili rzeczy absolutnie straszne. W trzecim zdaniu słyszeliśmy, że „tu zginęła czyjaś cała rodzina, chodź, pokażę ci, gdzie wygrzebałem mojego syna”. Konkret. Podnosił facet nogawkę i miał obydwie drewniane nogi, bo swoje stracił w trzęsieniu. Uderzająca była waga tych opowieści. Dość długo zastanawialiśmy się też nad tym, co my to w ogóle robimy. Wtedy jeszcze nie mieliśmy pomysłu na książkę.

W końcu doszliśmy do wniosku, że to, co zwraca naszą uwagę, to ogromne poczucie godności, jaką mają ci ludzie. I że bronią tej godności do końca.

Spotkaliśmy chłopaka, który powiedział, że nie pójdzie pracować do otwartej właśnie fabryki w Spitaku, bo nie chce harować za 1 euro dziennie. Woli już dać się wykorzystywać w fabryce w Rosji, ale za dużo większe pieniądze. Dla tego chłopaka to jest decyzja, która pozwala mu zachować twarz. Uznaliśmy, że sam fakt dokumentowania tych historii, tych desperackich prób zachowania godności, ma już wartość. Ważny jest zapis opowieści, który nic nie zmieni, a nie działanie, które interweniuje w życie tych ludzi.

 

W książce piszecie o traumie dziedziczonej przez kolejne pokolenia.

F.S.: W Spitaku widać, że dla każdego, kto otarł się o trzęsienie ziemi, jest to doświadczenie formujące w życiu. Tę traumę przekazuje się młodym, część z nich ma nawet objawy stresu pourazowego – koszmary, bezsenność, niechęć do przebywania w zamkniętych pomieszczeniach. Oni wszyscy mówią zresztą o strachu przed przebywaniem w miejscach, które mogą ich pogrzebać w przypadku kolejnego trzęsienia. Nie mówią tak tylko ci, którzy mieszkają w paździerzowych barakach. Ale większość żyje w domach wybudowanych bez zachowania norm sejsmicznych.

 

Co Wasi bohaterowie opowiadali o wydarzeniach sprzed niemal 30 lat?

F.S.: Bardziej interesowało mnie to, co i jak mówią o sobie, niż rekonstrukcja wydarzeń. Miałem wrażenie, że te straszne historie opowiadane są z rutyną. Ci ludzie tak często je już opowiadali, że gdy robią to po raz kolejny, wydaje się, że automatycznie powtarzają całe zdania, całe fragmenty. Nawet dzieci, które urodziły się po trzęsieniu, relacjonują je, jakby były świadkami tych wydarzeń. Uznają je za swoje. To historie, które przeorały im życie, ale opowiadane są zawsze tak samo, jednocześnie w sposób tak szczegółowy, że nie ma tam nic do dodania.

 

Autorzy książki Armenia. Karawany śmierci tak piszą o innym mieście, które zostało w połowie zniszczone przez to samo trzęsienie ziemi: „Ludzie w dzisiejszym Giumri są jakby nienaturalnie starzy”. Jakich ludzi spotkaliście w Spitaku?

M.Ł.: Młodzi ludzie wszędzie są młodzi. Jeden z naszych bohaterów, Levash, prowadzący w Spitaku pracownię plastyczną, mentorskim tonem opowiadał o tym, co się zdarzyło w 1988 r., o teoriach spiskowych związanych z trzęsieniem, w które trochę wierzy, i był mocno rozczarowany życiem. Mówił o marazmie i o tym, że cały czas ma w sobie strach. Ale młodzi ludzie, którzy przychodzą do jego pracowni, byli nieustannie uśmiechnięci, przyznawali, że chcą wyjechać do Erywania, składać papiery na tamtejszą akademię. Niektórzy z nich prowadzą stronę o Spitaku na Facebooku. Okazuje się, że nawet lubią to miasto, myślą o nim z optymizmem. Młodość ma chyba to do siebie, że cały czas patrzy w przyszłość, to starsi, którzy przeżyli trzęsienie, pozostali w letargu. Młodzi chcą przyszłości.

F.S.: Stosunek społeczności Spitaku do rzeczywistości określają najbardziej racjonalne wybory, na jakie mogą się zdobyć, żeby desperacko utrzymać się na powierzchni. W związku z tym są w stanie podjąć pracę, nawet gdy wynagrodzenie jest niewielkie. Muszą jednak widzieć wartość tej pracy; ona pozwala czuć się potrzebnym.

M.Ł.: Ludzie cały czas pozostają w ruchu. Nasz bohater Dawid kupił ze znajomymi cinquecento, ale bez silnika. I teraz muszą go zdobyć, mają przed sobą cel. Pamiętam innego bohatera, Miszę, który złożył jednego moskwicza z trzech innych. Może nie kończą swoich działań, to prawda, ale ci ludzie cały czas coś robią. Nie pamiętam np. mężczyzn, którzy siedzieliby bezczynnie na ulicy.

 

W jednej z historii pojawia się matka, która wyciągnęła córkę podczas trzęsienia ziemi z gruzów.

Ta do dziś bardzo kuleje. Po 28 latach nadal mieszkają razem w nędznej chatce, obserwując mijające po sobie dni. Dla mnie to przykład zupełnej wegetacji, bez nadziei na poprawę losu.

F.S.: To faktycznie mocny, ale wyjątkowy przykład marazmu. W naszych rozmowach z mieszkańcami Spitaku silnie wybrzmiewało poczucie gigantycznych przeciwności losu, z którymi jednak trzeba sobie poradzić. Czasem nasi bohaterowie narzekają na los, ale zazwyczaj po prostu opowiadają o tym, jak żyją. Tak jak kobiety na rosyjskim osiedlu w centrum miasta, gdzie nigdy nie chodzi się pośrodku pokoju, tylko wzdłuż ścian, bo podłoga może się zawalić. Jednak nie miałem wrażenia, że narzekały na swoją sytuację, raczej relacjonowały to, jak wygląda ich życie, nie skarżyły się. Ocena należała do nas.

M.Ł.: W Armenii pokutuje przekonanie, że gdy w zagranicznej prasie ukaże się na ich temat artykuł, to przeczyta o tym jakiś Ormianin z diaspory w Stanach Zjednoczonych, przyjedzie i wybuduje im dom. Takie rzeczy zresztą się zdarzały, dlatego ta wiara nie jest zupełnie bezpodstawna. Podczas warsztatów fotograficznych, o których wspominałem, jeden z uczestników zrobił materiał o rodzinie, której niemiecki Ormianin pomógł wybudować dom. Świadomość, że ktoś pokłada w tobie takie nadzieje, wiąże się z dużą odpowiedzialnością. Nasi bohaterowie są pogodzeni z losem, także z tym, że nie mogą liczyć na pomoc ze strony państwa. Jednocześnie nikt mnie nigdy nie prosił o pieniądze, co często się zdarza w krajach uboższych. A to jest naprawdę biedne miasteczko. W całym Spitaku jest jedna restauracja, ukraińska – dopiero tuż przed naszym wyjazdem otwarto kebab. I do tej restauracji, oprócz nas, regularnie przychodziła jedna rodzina oraz zatrudniający kilkanaście osób właściciel młyna, który rzucił mi raz swoją wizytówkę, mówiąc, że mam dzwonić, gdybym czegoś potrzebował.

 

Na trzecią część książki składają się zdjęcia nagrobków, na których wykute zostały sylwetki zmarłych podczas trzęsienia ziemi mieszkańców Spitaka. Ludzie często zaglądają na cmentarz?

F.S.: Nie spotkaliśmy odwiedzających, ale młode pary przed ślubem zawsze obowiązkowo tam przychodzą. Co roku 7 grudnia mieszkańcy odwiedzają też swoich zmarłych.

M.Ł.: To jest zupełnie inny cmentarz niż np. w Polsce. Szerokie aleje pozwalają na poruszanie się po nim samochodem. Odwiedzający mają ławki przy grobach, ludzie spożywają tu posiłki przy okazji różnych świąt, inaczej się tę śmierć oswaja. Poza tym wizualnie to jest coś zupełnie innego dla kogoś przyzwyczajonego do polskich cmentarzy, gdzie dominują krzyże, czasem porcelanowe portrety zmarłych, które nie rzucają się w oczy. A w Spitaku widać dwumetrowe płyty, z odwzorowanymi na nich zmarłymi w naturalnej skali. Patrząc na nie, trudno uwierzyć, że te osoby nie żyją, wrażenie jest naprawdę silne, na zdjęciach wyglądają jak żywi. Cmentarz jest centralnym miejscem w tym mieście.

 

Na zdjęciach wygląda to tak, jakby umarli otaczali odwiedzających.

M.Ł.: Dlatego tak trudno było mi tam przebywać, pracować. Mój asystent Grigor nie wchodził ze mną na cmentarz, mówił, że nie jest w stanie tam tak długo wysiedzieć. Żeby sfotografować nagrobek, musiałem czasem oprzeć się o pomnik obok, mając wrażenie, że otacza mnie morze ludzi. Choć starałem się traktować pobyt na cmentarzu jak zadanie do wykonania, to potem w hotelu te wszystkie emocje do mnie wracały. To chyba najsilniejsze doświadczenie z całego pobytu w Spitaku, zostało we mnie na długo.

_

Filip Springer – reportażysta i fotoreporter. Stypendysta ministra kultury i dziedzictwa narodowego oraz programu Młoda Polska. Debiutował reportażem Miedzianka. Historia znikania (2011). Ostatnio opublikował Miasto Archipelag. Polska mniejszych miast (2016) oraz wspólnie z Michałem Łuczakiem 11:41 (2016).

Michał Łuczak – fotograf dokumentalista. Stypendysta programu Młoda Polska. Należy do kolektywu Sputnik Photos. Ostatnio opublikował wspólnie z Krzysztofem Siwczykiem Koło miejsca / Elementarz (2016) oraz 11:41 (2016, z Filipem Springerem).


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter