70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Costa/Leemage/East News

Dzieci na drabinach z książek

Andersen był dość niezależny w myśleniu o Bogu – w sensie konwencjonalnym religijny nie był w ogóle, nie chodził do kościoła, bywał w nim tylko. Wielbił Boga głównie w naturze – widział Go zawsze we wszystkim, co piękne. Jego Bóg nie jest bogiem karzącym, jest twórcą tego, co piękne i dobre, sprzyja człowiekowi, wiara zaś pomaga żyć.

Anna Marchewka: Jest Pani zmęczona pytaniami o Andersena? Ma Pani jeszcze ochotę i siłę o nim rozmawiać?

Bogusława Sochańska: I tak, i nie. Trudno mówić o zmęczeniu, bo to autor, który jest we mnie wciąż i zawsze będzie bardzo żywy, pracuję nad przekładami kolejnych jego książek, równolegle nad kilkoma. Przygotowuję też własną książkę o Andersenie, którego odkryłam dla siebie w procesie tłumaczenia. Ale jakiś rodzaj zmęczenia pojawia się wraz z poczuciem niezręczności, kiedy muszę po raz kolejny mówić to samo. Jednak chcę rozmawiać, ponieważ ciągle przekonuję się na konferencjach i spotkaniach, jak niewielka jest świadomość istnienia mojego przekładu Baśni i opowieści. Po wykładach czy referatach zachęcano mnie do napisania książki i w końcu dałam się przekonać. Będzie to zarazem życzliwa opowieść o moich licznych poprzednikach. Czasem bywałam kąśliwa w swoich wypowiedziach, bo jeszcze niedawno miałam w sobie złość na nich za to, że tak zinfantylizowali Andersena, że nie wydobyli jego klasy literackiej. Teraz jestem trochę starsza, łagodniej patrzę na świat; uważam, że trzeba docenić to, że tylu tych tłumaczy było, że tyle osób Andersen zainspirował.

Chcę oddać honor poprzednikom, ale i pokazać, jak w całej stukilkudziesięcioletniej historii recepcji pisarza następowało skrzywianie obrazu jego pisarstwa, zamykanie go w dziale literatury dla dzieci.

Historia polskich dziejów Andersena to spłaszczanie jego stylu do rozpoznawalnej konwencji literackiej.

 

Rozmowa o recepcji twórczości Andersena dotyczy naszego stosunku do tej części kultury, którą wyznaczamy dzieciom. Czyli tego, jak je traktujemy. Natomiast rozmowa o tłumaczeniach Andersena wykracza daleko poza sprawy literatury.

To jest właśnie to, czym się zajmuję, do czego zostałam zmuszona reakcjami wydawców na moje podejmowane przez trzy lata próby wydania wszystkich 164 baśni i opowieści. Każdy z nich reagował tak samo: „Po co nam kolejny przekład, skoro mamy znakomity Iwaszkiewiczowski?”. Czasem słyszałam, że jest on najlepszy na świecie. Beata Stasińska od razu chciała wydać – ale nie całość, tylko wybór. Natomiast dla mnie było to „albo–albo”. Nie chodziło mi o to, by wydać wybór dwudziestu kilku baśni i zarobić trochę pieniędzy, ale by pokazać całość tego dzieła w nowym, bliższym oryginałowi, kształcie. Żeby przekonać wydawców, przedstawiałam analizy porównawcze (zdanie po zdaniu) kilku baśni, wykazując błędy i odstępstwa od oryginału. Część z nich musiała wynikać z niezrozumienia, bo to niełatwy tekst do tłumaczenia, przede wszystkim dlatego że jest aluzyjny, operuje dwuznacznościami i niedopowiedzeniami. Ważną funkcję pełni u Andersena niedostrzegana dawniej ironia – skierowana do dorosłego, nie do dziecka (są to najczęściej teksty o podwójnym adresie). Dla dziecka jest ona nie do odczytania, najczęściej pojawia się tam, gdzie autor chce skrytykować swoich bliźnich – dorosłych. Z całego dzieła wypływa przekonanie, że dziecko to niewinność, a niewinność to dobro. Niewinność i dobro zaś otwierają drogę do Boga. Ten wymiar filozoficzny (też nieodczytany zresztą u nas) to jeden z ważnych filarów dzieła Andersena; podejmuje ono różne problemy etyczne, ale podstawą i punktem wyjścia jest wizja Boga (czasem mówię: chrześcijańska, ale nie jestem już do końca pewna, czy rzeczywiście). Andersen był dość niezależny w myśleniu o Bogu – w sensie konwencjonalnym religijny nie był w ogóle, nie chodził do kościoła, bywał w nim tylko. Wielbił Boga głównie w naturze – widział Go zawsze we wszystkim, co piękne. Jego Bóg nie jest bogiem karzącym, jest twórcą tego, co piękne i dobre, sprzyja człowiekowi, wiara zaś pomaga żyć. Identyfikuję się z tym odczuwaniem, ludzi niewierzących postrzegam jako tytanów – jak przetrwać życie naszpikowane przeciwnościami, jeśli nie można znaleźć pocieszenia w tym, że po pierwsze, może tak jest, bo tak musi być, a może dlatego że mam się czymś wykazać albo czegoś się nauczyć, a po drugie (i to jest ukoronowanie tego myślenia), kiedy dojdę do kresu, czeka mnie uwolnienie i szczęście. U Andersena nie ma piekła. W dwóch baśniach – O dziewczynie, która podeptała chleb i Czerwonych bucikach – pojawia się kara, ale i tak ostatecznie ich bohaterki spotyka łaska, bo kategoria łaski jest u Andersena najważniejsza (jest ważna w luteranizmie w ogóle). Uwięziony złoczyńca otrzymuje dary: promień słońca, który wpada przez zakratowane okienko i śpiew ptaków. Ma takie samo prawo jak każdy inny człowiek do doświadczenia łaski, choćby w tej formie. Andersen współczuje uwięzionemu, bo zakłada, że upadł on w chwili słabości, i wierzy, że złoczyńca się podniesie. Ten poziom przesłania dzieła Andersena odkryłam, dopiero pracując nad przekładem. Wcześniej zorientowałam się, że w przekładzie kanonicznym nie ma wielu walorów literackich oryginału, że brakuje w nim humoru, ale dopiero tłumacząc, dostrzegłam to drugie dno i pojęłam, że to tekst adresowany do mnie, że jestem najważniejszą jego adresatką. Dzieci są czytelnikami zdolnymi do śledzenia anegdoty, ale tak naprawdę nie wiemy, jaki zakres tekstu do nich dociera. Mamy skłonność do zakładania, że dziecko to taki głupszy, nie wszystko pojmujący człowiek, ale czytając mojemu wnukowi w ramach eksperymentu Małą syrenkę czy Brzydkie kaczątko (w końcu trudne utwory, również językowo), zorientowałam się, że ma miejsce coś w rodzaju cudu. Czteroletnie dziecko siedzi i słucha – co prawda, robi sobie przerwy, ale wraca i prosi, by czytać dalej. To dowód, że dzieło Andersena jest nie do opisania, bo nie mamy narzędzi potrzebnych do tego, by wniknąć w percepcję dziecka.

 

Czy można mówić o Andersenie jak o typowym Duńczyku? Jego życiowy i artystyczny projekt obejmuje człowieka, którym byliśmy, czyli dziecko. W Dziennikach widać, że ma plan „na siebie”: nie chce w pełni wejść w rolę dorosłego. A może to rewolucja?

Baśnie Andersena były rewolucją w literaturze m.in. ze względu na perspektywę dziecka, ale nowatorstwo pisarza to osobny wielki temat, nie damy rady go tu omówić. A co do Dzienników – to interesujące, że interpretuje Pani jego „program na siebie” jako wyraz niechęci do wejścia w rolę dorosłego. Widzę w tym raczej dążenie do modelu dorosłości wzbogaconego o dziecięcą wrażliwość i swoistą dziecięcą czystość. Nie można powiedzieć, że wyssał to z mlekiem matki, choć oczywiście jest z gleby duńskiej i można na różnych planach śledzić jego przynależność do tej kultury. W wielu wymiarach różnił się jednak od rodaków, był bardziej niż typowy Duńczyk swoich czasów otwarty i wrażliwy na innych. Dostrzegam w nim np. rysy katolickie, ale bardzo luterańskie, demokratyczne jest jego myślenie o ludziach, które widać w Dziennikach, co starałam się pokazać. Wielu Duńczyków piszących o nim – zwłaszcza fala literaturoznawców marksistów z lat 70. i 80. – zarzuca mu odcinanie się od korzeni i obłudę, przyrastanie do środowisk dworsko-arystokratycznych. Dzienniki tym posądzeniom zadają kłam. Andersen przyjmował wszystko, co przynosiło mu życie. Nie odmawiał funkcjonowania w tych środowiskach, lecz nie zapomniał też, skąd się wywodzi. Nie znaczy to, że był dumny ze swego pochodzenia, nie bez powodu nosił w sobie kompleksy. Nigdy jednak nie zapomniał o ludziach prostych. Chcąc polemizować z tymi twierdzeniami, konsekwentnie wydobywałam z dzienników sceny, w których czyta szwaczkom, dojarkom, robotnikom.

 

A oni chcą go słuchać.

Chcieli go słuchać, bo w Danii nie było już analfabetyzmu, panowała kultura luteranizmu, czytania Biblii, prasy. Ojciec pisarza, skromny szewc, na samym początku XIX w. też już czytał. I to z tego czytania dziecku wziął się Andersen. Nie sądzę jednak, że ta usilna troska, by zachować w sobie dziecko, to sprawa „duńska”. Intuicja mi podpowiada, że mogło być tak w przypadku kobiet, ale w przypadku mężczyzn już nie. Rzecz w tym, że Andersen był nietypowy. Mam kłopot z głosami badaczy jednoznacznie negatywnie oceniającymi jego samoograniczenie, jeśli chodzi o seksualność. Dzienniki dowodzą, że były to wybory natury etycznej, np. gdy we Włoszech stręczono mu młodziutkie dziewczęta, prawie dzieci, odmawiał i notował: „Poczułem wściekłe pożądanie, ale stawiłem mu opór”, „Krew wzburzona. Nieprawdopodobna zmysłowość i walka z sobą. Jeśli grzechem jest zaspokojenie tej potężnej żądzy, to niechże ją zwyciężę”. Kiedy indziej znów pisał: „nie uważam tej żądzy za grzech, ale uważam to za obrzydliwe i niebezpieczne z tego rodzaju istotami, a niewybaczalnie grzeszne z istotą niewinną”. Podejrzewam, że jego motywacja była złożona: empatia, uczciwość, lęk na tle religijnym (seksualność nie tylko w świecie luterańskim traktowano jak coś groźnego i paskudnego), ale i lęk o podłożu społecznym. Jak Pani wspomniała, dla jego z trudem osiągniętej pozycji ryzyko było zbyt wielkie: upadek przez niesławę albo chorobę weneryczną. O dziwo – nie bali się tego jego znajomi korzystający z dobrodziejstw podróżowania bez żon, narzeczonych oraz mam. Z tego wnoszę, że troska o zachowanie czystości nie była w Danii powszechna (oczywiście kobiety – zapewne z wyjątkami – były w innej sytuacji). Andersen pisze w Dziennikach, jak koledzy nakłaniają go do wizyty w kopenhaskim czy paryskim burdelu, ale nie ulega im, i nie będziemy mieć pewności, która ze wspomnianych motywacji była najważniejsza. A może najważniejsza była niechęć do seksu z osobą przypadkową, bez miłości? Mamy skłonność do trywializowania, a przecież był to człowiek czystego serca. I bardzo pragnął miłości.

 

Stawką była też możliwość tworzenia. Założenie rodziny mogłoby uniemożliwić pisanie komuś, dla kogo praca jest całym życiem i kto dopiero co (ale za to znacznie) awansował społecznie. Wybory Andersena przypominają wybory emancypujących się w XX w. kobiet, które odkrywają, że twórczości nie da się pogodzić z ich kulturową rolą. Odmienność Andersena jest również tego rodzaju odmiennością – nieprzyjmowania kulturowej roli dorosłego mężczyzny.

Literatura była sensem i treścią życia Andersena. W Dziennikach (jest wtedy już dojrzałym człowiekiem) pisze o jednej z kobiet, o których kiedyś marzył (nie można powiedzieć, że zabiegał – pozycja społeczna i finansowa mu na to nie pozwalały), że dobrze, iż się z nią nie ożenił, bo to byłaby katastrofa – i ma na myśli swoje życie zawodowe. Jednocześnie tęsknił za bliskością z kobietą, Dzienniki tego dowodzą. Interpretacje losów i listów Andersena do przyjaciół mężczyzn budujące obraz nieszczęśliwego, ukrytego w szafie homoseksualisty są fałszywymi tropami. Nie miałabym odwagi powiedzieć, że był wyłącznie i jedynie heteroseksualny, nie mam na to dowodów, podobnie jak nie mam dowodów na to, że był homoseksualny. Wiem za to na pewno, że przez wiele lat kochał się w śpiewaczce Jenny Lind i że zakochiwał się też w kilku innych, u których nie miał żadnych szans, zdawał sobie sprawę, że przy swoim stylu życia nie jest w stanie zapewnić żonie mieszkania, służącej, życia na odpowiednim poziomie – a interesowały go tylko kobiety, z którymi mógł po partnersku rozmawiać. Jedyną, której się oświadczył, była wspomniana Jenny Lind, Szwedka. Wydawali się stworzeni dla siebie: oboje artyści, oboje pochodzili z podobnych środowisk, i na dodatek ona też była czysta jak dziecko. Ale cóż z tego, skoro nie potrafiła go pokochać. Podobnie jak sprzeciwiam się wizerunkowi Andersena zdrajcy swojej klasy społecznej, protestuję przeciw przedstawianiu go jako tchórza obawiającego się ujawnienia uczuć i rzekomych skłonności homoseksualnych. Te chwytliwe uproszczenia wynikają z braku wiedzy o obyczajowości i kulturze XIX w. A wystarczy poczytać listy z epoki, by zrozumieć, w jakim stylu korespondowali ze sobą mężczyźni. We wstępie do Dzienników proponuję nieprzekonanym lekturę powszechnie dostępnych listów Chopina.

 

Ta krótka pamięć historycznoliteracka rodzi problemy również we współczesnej recepcji baśni. Czy dorosłym do ich rozumienia (baśniom nadal ciąży podział na literaturę prawdziwą i tę dla dzieci) konieczne są obszerne komentarze? Czy czuje Pani obowiązek zabierania głosu, bo nikt inny tego nie robi?

Mam taką potrzebę. I zwracam uwagę na to, że baśnie trzeba traktować jak całość, rozbijanie tego dzieła szkodzi. Dlatego nowy przekład był konieczny – by zakwestionować uproszczenia. Pojawiły się już wprawdzie opracowania literaturoznawcze oparte na moim przekładzie, m.in. Danuty Jastrzębskiej-Golonki (UKW) i Ewy Obłozy (UŚ), ale przeznaczone są dla specjalistycznej grupy odbiorców. Poprzedni tłumacze Andersena pisali „bajki” dla dzieci. Nie mam pewności, czy zagubiliśmy umiejętność czytania i rozumienia baśni, każda fikcja literacka jest przecież rodzajem baśni. Andersen swoje utwory czytał dorosłym, bardzo rzadko dzieciom. Raptem 150 lat temu dorośli byli jeszcze otwarci na tego rodzaju twórczość – czy dlatego że nie mieli wyboru tak dużego jak my dziś, czy byli na innym etapie rozwoju, nie tak racjonalni jak my (byli dopiero drugim, trzecim pokoleniem wychowanym w duchu racjonalizmu i już się przeciw niemu buntującym). Trzeba pamiętać, że mówimy o romantyzmie. Pełen rozkwit prozy realistycznej przyszedł później, pod koniec XIX w. W Danii w latach 30. XIX w. triumfy święciła proza idyllizująca życie codzienne i właśnie w buncie przeciwko temu rodzajowi literatury Andersen zaczął pisać powieści i pierwsze baśnie. Wówczas 30-latek, powiedział: nie, realność, codzienność, doczesność – to nie jest interesujące. Interesowała go egzystencja, interesował go byt.

 

Oraz poszukiwanie prawdy. Czy jest ona w obrazkach z życia, a może w tzw. literaturze faktu, a może w światach pozornie nadrealnej wyobraźni? Andersenowa prawda (zarówno ta literacka, jak i ta egzystencjalna) niekoniecznie jest racjonalna?

Postrzegam go jako racjonalnego intuicjonistę – jakkolwiek paradoksalnie to może brzmieć. Niektórzy piszą o nim, że to taki twórca na kamieniu urodzony, pisarz naiwny, i że natchnienie, nie kunszt, określały jego pisarstwo. Ileż tych z lekkością rzucanych bzdur na jego temat się wypisuje! Był artystą niezwykle świadomym, analiza towarzysząca przekładowi pozwala to dostrzec. Wyznaczał własne ścieżki literackie, konsekwentnie doskonalił swoją zrodzoną z intuicji, oryginalną formę. Ale nie był teoretykiem ani myślicielem. Znalazł oparcie dla intuicyjnego pojmowania natury świata, w tym literatury, sztuki i nauki, w myśli przyjaciela Hansa Christiana Orsteda, odkrywcy elektromagnetyzmu i myśliciela, który naturę i wszystko we wszechświecie – również rozwój nauki – pojmował jako ucieleśnienie woli Boga, w jego rozumieniu wiara w Boga i nauka nie wykluczały się (dziś, chwała Bogu, też mamy wybitnych fizyków, którzy tak myślą). Bardzo odpowiadało to Andersenowi, którego zachwycał rozwój technologiczny, a piękno przyrody zniewalało go tak, że gdyby nie proste wyjaśnienie: „To dzieło Boga!”, nie byłby pewnie w stanie sobie z tym zachwytem poradzić. Natomiast z różnych przyczyn nie było żadnego porozumienia między nim a Kierkegaardem, choć tak wiele można znaleźć między nimi punktów stycznych.

Dla Andersena pisarstwo było sensem i spełnieniem życia (jak rodzina dla tych, którzy rodzinę potrafią za sens życia uznać), jego najgłębszą prawdą o nim samym.

Prawdę o życiu zaś wyrażał w twórczości w sposób tak zniuansowany, jak zniuansowane jest życie: na świat przedstawiony jego baśni składa się przecież nie tylko świat baśniowy, ale i świat realny, a jego bohaterów, inaczej niż bohaterów baśni ludowych, cechuje prawda psychologiczna w całej jej złożoności. No i jest Bóg, a oprócz Boga myśl racjonalna. Obraz jest więc złożony – i obraz Andersena człowieka też. Niektórzy piszą, że miał rozbuchane ego, że był łasy na pochwały, a krytykowany, cierpiał. Uważam, że artysta ma prawo cierpieć, nadwrażliwość jest jego immanentną cechą. Tak, pochwały zaspokajały jego ambicje, ale ambicji towarzyszyło poczucie misji – dawać ludziom piękno. A Duńczycy w tamtych czasach potrafili dziękować artystom. Nie wiem, czy w Dziennikach widać to wyraźnie, ale niejednokrotnie dziękowano mu za wyjątkowe przeżycia.

 

Dzienniki są nowatorskie, jeśli czytać je jako opis procesu twórczego i życia samego twórcy – niestety, po opublikowaniu dokonanego przez Panią tłumaczenia słychać było rozczarowanie nadmiarem „niewłaściwego” skoncentrowania na ciele, bolących zębach i nerwowych kiszkach. Bolesne, nadwrażliwe ciało składa się na artystę, pisarz nie jest już samą głową osadzoną na modnym ubraniu. Andersen przekracza wstyd i wypisuje doświadczenie jedności ciała i intelektu (z tej cielesnej perspektywy byłby pisarką raczej niż pisarzem). To również odwaga wystawienia się na próbę śmiechu.

Trzeba pamiętać, że nie pisał dzienników z myślą o publikacji, pisał je dla siebie. Uważam natomiast, że to niewiele zmienia. Przynajmniej wiemy, że mamy tekst autentyczny, nie pisany „pod czytelnika”.

 

Czyli jednak nie chciał się podobać.

Andersen nie pisałby o takich sprawach, gdyby chciał dzienniki opublikować. Żeby dobrze zrozumieć wagę tego gestu samopoznania, samoobserwacji, trzeba wrócić do epoki – nie do wyobrażenia było wówczas takie pisanie (o przypadłościach penisa, wypryskach, zaparciach, lęku przed zarażeniem chorobą weneryczną w toalecie). Kiedyś odnotował nagłe przerażenie perspektywą opublikowania tych zapisków, ale, co zastanawia, mimo wszystko ich nie niszczył. Straszliwie bał się, że wpadną w niepowołane ręce, chodził z tymi notesami w kieszeni, raz czy drugi zapomniał i biegł ich szukać przerażony, że ktoś wszystko przeczyta. Chyba dobrze go znam (jak wszyscy, którzy uważnie i nietendencyjnie przeczytali jego dzieło) i myślę, iż miał poczucie, że to zapisywanie własnego doświadczenia to prawda o nim i że tej prawdy nie wolno niszczyć. Nie niszczył też listów, były dla niego świętością, zapisem czegoś ważnego, bo nieuchwytnego w inny sposób; może dlatego oddawał je jak wszystkie swoje rękopisy przyjacielowi Edvardowi Collinowi, a może po prostu dlatego że tak wtedy traktowano słowo pisane, rękopisy kolekcjonowano… Ale wracając do ciała – dokonując wyboru z dzienników, chciałam również pokazać, że Andersen obchodził się ze swoim ciałem jak z instrumentem, skupienie na nim miało znaczenie dla jego twórczości. Dla kobiet wstyd cielesności jest elementem tożsamości (na pewno na niektórych etapach rozwoju), musimy ten wstyd przezwyciężać, wyzwalać się spod wpływów ideologicznych i medialnych, przełamywać obowiązujące wzorce dobrego wyglądu. Andersen był pod tym względem podobny, ale nic w tym dziwnego, twórca musi być androgyniczny, by wyrazić duszę ludzką, zgadzam się w pełni z tą diagnozą wybitnego duńskiego krytyka Georga Brandesa.

 

Myślę teraz o Hassanie ( jego wiersze, nominowane do Nagrody Literackiej Miasta Gdańska Europejski Poeta Wolności, przetłumaczyła Pani ostatnio) i Andersenie jak o dwóch genialnych chłopcach z tzw. nizin, którzy po drabinie z książek wchodzą do innego świata – innego niż ten, w którym się urodzili i wyrośli. W tym nowym świecie są odmieńcami, ten świat do nich nie należy, ale i nie opuszczają go – bo i niby dokąd mieliby wracać? Obaj koncentrują się na własnych ciałach, bo tylko w nim są u siebie. Dla obu język pisany wydaje się podstawą (Andersen zaczyna pisać dzięki czytającemu ojcu, ale to niepiśmienna matka starała się dbać o jego wykształcenie; Hassan ojcu zawdzięcza założycielską krzywdę, a matce wiarę w możliwość zmiany). Tyle wyczytuję z wierszy, które są pisane, jakby były mówione. Czy historie karier takich cudownych dzieci byłyby możliwe w innym niż Dania kraju? W obu przypadkach mówimy o wielkich gwiazdach, superbohaterach wręcz.

W obu przypadkach mówimy też o kimś, komu pomogło wielu obcych, ale żywo zainteresowanych rodzącym się talentem ludzi i kto tę pomoc potrafił przyjąć, a potem użyć, tworząc nową jakość poetycką. Andersen (w swojej epoce) i Hassan (w swoim środowisku) pokazują coś niebywałego: stosunek do kobiet jako istot równych mężczyźnie. Hassana boli to, że jego siostry są traktowane jak przedmioty. Andersen – w przeciwieństwie do sobie współczesnych mężczyzn – jakby w oczywisty sposób traktował kobiety po partnersku.

Ale coś różni ich obu: dar wiary – Andersen miał szczęście, dostał go w spadku od matki (nie od ojca ateisty). Hassan zaś jest dramatycznie samotny, nie ma tego ani żadnego innego oparcia.

Pierwsza lektura jego wierszy wstrząsnęła mną. To krzyk rozpaczy i protestu, zwielokrotniony wulgaryzmami i innymi środkami formalnymi. Hassan postępuje świadomie, obnaża i zmusza do uwagi, zniewala jak Andersen (choć robi to w inny sposób), nie można przejść obok jego wierszy obojętnie. Żeby móc tłumaczyć, trzeba być empatycznym, to konieczny warunek do zrozumienia pisarza i współczucia z nim. Jako adwokat, zwolennik autora, cierpię, czytając te wiersze i śledząc jego losy. Jest w nim wielki potencjał cierpienia. Jestem przekonana, że wszystko, co wyraża, stanowi konsekwencję skrzywdzenia go jako dziecka. Jednocześnie własne cierpienie otworzyło w nim obszary wrażliwości na każdą inną niesprawiedliwość i zło. Niestety, także go w tym złu zanurzyło, uwikłało – przedziwny los. Hassan jako ofiara posiadał skłonności autodestrukczjne. Andersen miał więcej szczęścia (chyba że będziemy samoograniczenie traktować jako autoagresję, nie jako samodoskonalenie). Ogrom nieszczęścia u Hassana, rozpaczy i niezgody na świat sprawia, że mam wrażenie, iż to wszystko musi się skończyć nieszczęściem. Ostatnio kogoś postrzelił; sądzę, że jest przerażony, że zrobił to nie tylko dlatego, iż nie potrafi kontrolować swoich emocji. Nie potrafi i nie chce, a wie, że w świecie, z którego pochodzi, zabija się za słowa, jakie on wypowiada. Hassan to postać tragiczna. Andersen zaś jest harmonijnie piękny w zmaganiach ze sobą i ostatecznie osiąga wspaniałe owoce. O Hassana spokojnym być nie sposób.

 

Hassan pokazuje historie dzieci, dla których zabrakło miłości, i to nie jest żadna prywatna sprawa. Andersena uratować było łatwiej, bo był europejskim chłopcem. Hassan niby jest już Europejczykiem, duńskim poetą, ale ostatecznie nim nie jest i być może nigdy nie będzie.

Zastanawiam się czasem, czy tak jak dla Andersena wyjście z domu do szkoły, wejście do świata literatury było szczęściem, dla Hassana nie okaże się czymś wręcz przeciwnym.

 

Hassan czyta szczególne książki, m.in. Zbrodnię i karę Dostojewskiego i Moją walkę Knausgarda (klasyka i przeboje). Nie stają się one jednak przepustką – emancypacja przez edukację i sztukę bywa częściej piękną mrzonką, a nawet przyczyną nieszczęścia dla rozbudzonej świadomości. Autodestrukcja to kolejne dziewczyńskie narzędzie: moje ciało jest moim polem walki, a jeśli zrobię sobie krzywdę, to jednak sama (wolność i samostanowienie, poczucie kontroli). Hassan nie może żyć po swojemu, więc po swojemu się zniszczy. Co dalej? Książka Hassana działa nie tylko jako literatura, ale i jako oskarżenie.

To prawda. I tak to odebrano. Oskarżenie jego pobratymców o cynizm i hipokryzję, oskarżenie religii o niesprawiedliwe traktowanie ludzi, oskarżenie państwa duńskiego o nieskuteczne działania na rzecz integracji imigrantów. Ale tytuł książki brzmi Yahya Hassan (musiałam usilnie zabiegać o zgodność jego polskiej wersji z oryginałem). W jednym z wierszy czytamy: NAZYWAM SIĘ YAHYA HASSAN. I autor mówi w wywiadach: to wszystko jest o mnie. To dla mnie również z tego względu wyjątkowa książka – wreszcie można mówić wprost o autobiograficznym wymiarze dzieła, pomijać niewygodne „ja” liryczne. Ta książka to wyznanie, choć oczywiście zarazem i kreacja artystyczna – Hassan mocno podkręca śrubę, chce osiągnąć, i osiąga, porażający efekt. Sposób, w jaki przedstawia w wierszach siebie, to także wyraz autodestrukcji: katowany katuje siebie samego, przedstawia z jak najgorszej strony. Mimo zawrotnego sukcesu komercyjnego (w Danii 100 tys. nakładu to wynik gigantyczny) Hassan nie spotkał się z szerokim zrozumieniem. Są, oczywiście, głosy krytyki doceniające go, również jako autora, który wzbogacił język duński, ale odnotowuję wiele reakcji czytelników typu: to przereklamowane zjawisko, żadna literatura, tylko rodzaj skandalu, to nie poeta, lecz wypreparowana na użytek medialnego rynku gwiazdka.

 

Jak rozumiem, autotematyzm i autobiografizm to podstawowe zarzuty: to nie jest żadna sztuka, po prostu chłopak pisze o sobie, a przy tym szantażuje nas emocjonalnie? Obaj – Andersen i Hassan – wypowiadają się we własnym imieniu i pod swoim imieniem, już nie jako przedstawiciele masy stereotypowej czy bezimiennej. Wypowiadają, a właściwie: wypisują, całą prawdę o sobie. A wy to wszyscy teraz przeczytacie.

Nie wiadomo, co z Hassanem zrobić, z tym twórcą-nietwórcą. Czy nagrodzić go, czy jednak elegancko pominąć (elegancko, czyli omijając emocje). Andersen pod tym względem jest bardzo interesujący – ma wielką potrzebę wpasowania się we wszystkie społeczne konwencje (prawie, poza obowiązującym modelem męskości), bo niedopasowanie oznaczałoby wyrzucenie na margines. I radzi sobie świetnie: robi karierę, ma przyjaciół, jest rozchwytywany. Ale cały czas bardzo się pilnuje, pamięta o swojej odmienności i wie, co mu grozi. Dlatego pisze dla znajomych piosenki, odwdzięcza się podarunkami. A także rozpłacze się, kiedy ma na to ochotę (zawsze odnotowuje, gdy spotka innego, dającego upust łzom, mężczyznę), nigdy w tym przedziwnym układzie nie przestaje być sobą, mimo że nie buntuje się wobec układu sił w świecie. Hassan także pozostaje sobą, ale manifestuje to z agresją i już nie zależy mu na uznaniu. Uważam, że został skrzywdzony przez media i to dlatego nie wybierał się do Gdańska na finał Europejskiego Poety Wolności, miał dosyć tych wszystkich kamer, dziennikarzy, którzy traktowali go jak egzotyczne zwierzę i wciąż pytali, dlaczego odważył się skrytykować życie z socjalu, co na to ojciec i matka, itp. Populistyczny odłam duńskiej prawicy wykorzystał go też politycznie. Gdy ta książka powstawała, miał 17–18 lat i był nad wiek dojrzały, nawet mogę powiedzieć, że jest – jak Andersen – zarazem odważnym, wrażliwym dzieckiem i nadzwyczaj dojrzałym, a nawet starym człowiekiem.

_

Bogusława Sochańska – filolog duński, tłumaczka, eseistka, badaczka twórczości H.Ch. Andersena. Od 1999 r. dyrektor Duńskiego Instytutu Kultury w Polsce. Za tłumaczenie Baśni i opowieści uhonorowana duńską Nagrodą im. H.Ch. Andersena, za przekład własnego wyboru z dzienników pisarza nominowana do Nagrody Literackiej Gdynia 2015. W 2016 r. jej przekład tomu Yahyi Hassana przyniósł autorowi, i jej samej jako tłumaczce, nominację do Nagrody Literackiej Miasta.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata