70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Bidoki wszystkich krajów

Dlaczego historia pewnego mężczyzny i jego ekscentrycznych krewnych stała się amerykańskim bestsellerem? Odpowiedź – jak w wielu kwestiach dotyczących Stanów Zjednoczonych w ostatnich miesiącach – jest przewidywalna: Donald Trump.

Z pisaniem o biedzie wiąże się paradoks. Ona sama nie dysponuje środkami, żeby wkroczyć w sferę publiczną, bo też zajęcie w niej miejsca jest uwarunkowane pewnym poziomem kapitału – ekonomicznego bądź kulturowego. Lecz z tego samego powodu kiedy ktoś już opowiada o biedzie, to jednocześnie zaświadcza, że ją przekroczył. Właśnie dlatego nie ma ona właściwej reprezentacji ani artystycznej, ani politycznej. Zawsze ktoś mówi w jej imieniu, ale wyłącznie w taki sposób, aby się z nią nie utożsamić. Zresztą bieda nie ułatwia sprawy, bo jest stanem braku; a ci, którzy jej doświadczają, nie umacniają się na swoich pozycjach, ale chcą je możliwie szybko opuścić. A jeśli już to zrobią, to przecież nie marzą o tym, żeby do nich wrócić. Chyba że upatrują w tym intratnego interesu.

*

Elegia dla bidoków J.D. Vance’a to autobiograficzficzna opowieść 30-latka, który przebił szklany sufit odziedziczonego ubóstwa i ukończył prawo na Yale: „Dwa pokolenia temu mój dziadek i babcia byli biedni jak myszy kościelne, ale zakochani. Pobrali się więc i wyjechali na północ z nadzieją, że wyrwą się z otaczającej ich potwornej nędzy. Ich wnuk (ja) ukończył studia na jednym z najlepszych uniwersytetów świata”. Byłaby to klasycznie amerykańska historia „od zera do milionera”, gdyby nie fakt, że jej właściwym tematem nie jest seria sukcesów głównego bohatera, lecz próba zrozumienia, jak właściwie do nich doszło.

Vance opisuje kondycję społeczną mieszkańców amerykańskich Appalachów – potomków szkocko-irlandzkich imigrantów, bidoków właśnie, czyli amerykańskich hillbillies. Bidoki są – wedle stereotypu – nieokrzesani, nieufni wobec modernizacji, władzy państwowej i zasad higieny, za to silnie przywiązani do ziemi i rodziny, często mają wybuchowy temperament i wykazują skłonności do alkoholu. To również społeczność, która od niemal 100 lat zmaga się z ubóstwem uwarunkowanym niewydolną gospodarką. Już New Deal prezydenta Roosevelta miał służyć poprawie sytuacji, ale kiedy po II wojnie światowej rejon nie nadążał za postępującą mechanizacją produkcji, zaczęła się wielka fala migracji. To właśnie był powód wspomnianego wyjazdu dziadków Vance’a na północ, gdzie szybka industrializacja oferowała całym rodzinom ekonomiczną i życiową stabilizację. Kultura i obyczajowość bidoków przeniosła się wraz z nimi – również do Middletown w stanie Ohio, gdzie osiedli przodkowie autora i gdzie urodził się on sam. Tyle tylko że w latach 80. przemysł metalurgiczny rozpoczął przeprowadzkę do Azji, pozostawiając cały region – nazywany odtąd pasem rdzy (Rust Belt) – na granicy ubóstwa.

*

Głównymi bohaterami Elegii…, oprócz samego Vance’a, są jego babcia i matka. Skomplikowane relacje tej ostatniej z mężczyznami oraz problemy z substancjami psychoaktywnymi sprawiają, że mały J.D. doświadcza w dzieciństwie wszelkich przejawów niestabilności życiowej, od częstych przeprowadzek po przemoc psychiczną i fizyczną, co nie wpływa korzystnie na wyniki w szkole i perspektywy na przyszłość. Ratunek znajduje w domu dziadków, którzy – choć sami odziedziczyli porywczy temperament i skłonność do alkoholu – z uporem troszczą się, by ich wnuk mógł wyrwać się do lepszego świata.

Rekonstruując dzieje rodziny, Vance wcale jej nie oszczędza. Jego opowieści, choć dotyczą trudnych problemów i są momentami straszne, bywają zarazem barwne i nadzwyczajnie zabawne (w czym wielka zasługa tłumacza Tomasza Gałązki). Brutalna nieraz uczciwość w stosunku do swojej rodziny nie przeradza się jednak (zwykle) w protekcjonalizm. Vance przede wszystkim próbuje zrozumieć uwarunkowania dziwnych zwyczajów będących pośmiewiskiem dla amerykańskiego mieszczaństwa.

Dlaczego jednak historia pewnego mężczyzny i jego ekscentrycznych krewnych stała się amerykańskim bestsellerem, którego ekranizację zapowiedział Ron Howard? Odpowiedź – jak w wielu kwestiach dotyczących Stanów Zjednoczonych w ostatnich miesiącach – jest przewidywalna: Donald Trump. Elegia dla bidoków ukazała się w czerwcu 2016 r. – w samym szczycie amerykańskiej kampanii prezydenckiej. Politykom i komentatorom, szczególnie tym liberalnym, trudno było zrozumieć, dlaczego Trump cieszy się tak dużym poparciem zubożałej białej klasy pracującej, którą uznano za głównego, bo nieprzewidywalnego, aktora na politycznej scenie.

Vance  przyszedł z gotową odpowiedzią. W udzielonym magazynowi „The American Conservative” wywiadzie, który błyskawicznie obiegł Internet (zyskując ponad 260 tys. polubień!) i stał się dźwignią sukcesu Elegii…, wyjaśniał: „Kandydatura Trumpa to muzyka dla ich uszu. Krytykuje firmy przenoszące miejsca pracy za granicę. Jego apokaliptyczny ton współgra z ich codziennymi doświadczeniami. Uwielbia irytować elity, co wielu z nich chciałoby robić, ale nie może, bo nie ma odpowiedniej platformy”.

Vance błyskawicznie stał się dyżurnym ekspertem od zubożałej białej klasy pracującej. Występował w programach radiowych i telewizyjnych, był zapraszany na spotkania, a jego książkę uznano za lekturę obowiązkową w niektórych szkołach wyższych. Jesienią 2017 r. Partia Republikańska zaproponowała mu start w wyborach do senatu stanowego w Ohio. Jednak Vance ogłosił, że ze względu na zobowiązania rodzinne na razie rezygnuje z tej możliwości. Niektórzy komentatorzy twierdzą, że to strategiczne posunięcie aspirującego polityka, który nie chce ryzykować rozpoczęcia kariery od przegranej. Natomiast Robert Kuttner w „The American Prospect” posuwa się do spekulacji, że Vance byłby doskonałym kandydatem republikanów w wyborach prezydenckich w 2032 r.

Taki rozwój wypadków nie jest zaskakujący w świetle lektury Elegii dla bidoków. O ile pierwsze dwie trzecie książki to faktycznie opowieść o zmaganiach ludzi pozbawionych przywilejów, o tyle w ostatnich rozdziałach Vance coraz śmielej zapuszcza się w sferę postulatów i recept. Elegia dla bidoków nie jest po prostu autobiografią młodego mężczyzny. To w równej, a może i większej, mierze narzędzie agitacji, przekształcające życiorys autora w program polityczny. A ten jest przynajmniej pod kilkoma względami problematyczny.

*

Istotą diagnozy Vance’a dotyczącej jego rodzimej społeczności jest pojęcie kultury biedy. Opisując przejawy społecznych patologii, autor dystansuje się od wyjaśnień wyłącznie ekonomicznych i wskazuje na skutki długotrwałego ubóstwa, które odciskają się na mentalności i obyczajach, a w konsekwencji uniemożliwiają wyjście z biedy nawet w sprzyjających okolicznościach. Mówiąc najprościej: pieniądze nie załatwią wszystkiego, bo część winy leży po stronie samych bidoków.

Problem polega tylko na tym, jaka to część. Właśnie ten aspekt książki wzbudza największe kontrowersje. Wspomniany Robert Kuttner twierdzi np., że w Elegii… dominujący jest prorynkowy konserwatyzm, który chętnie zrzuca winę za społeczne niedostatki na najbardziej poszkodowanych. Hari Kunzru w recenzji dla „The Guardian” zauważa, że Vance chętnie zapożycza figurę „królowej socjalu” ze stygmatyzujących opisów społeczności Afroamerykanów, aby scharakteryzować negatywne postaci. Elizabeth Catte, autorka polemicznej wobec Vance’a książki What You Are Getting Wrong About Appalachia (Czego nie rozumiecie na temat Appalachów), w rozmowie dla serwisu „Salon” twierdzi, że takie postawienie sprawy jest wygodne dla elit, które mogą czytać Elegię… bez wyrzutów sumienia.

To tylko część prawdy. Jasne, Vance pisze pod koniec książki: „Tych problemów nie stworzył rząd, korporacje ani żadna inna siła. To nasze dzieło i tylko my możemy je rozwiązać”. Jednak wcześniej podkreśla, że jego diagnozy nie powinny skutkować zaniechaniem jakiejkolwiek polityki społecznej, lecz takim jej tworzeniem, które uwzględniałoby czynnik kultury ubóstwa. Modelowe dla tego chwiejnego sposobu myślenia są wnioski, jakie wyciąga z anegdoty o znajomym, który „rzucił robotę, bo miał już potąd rannego zrywania się z łóżka”, a potem „skarżył się na Facebooku na »gospodarkę Obamy«”. Vance podsumowuje: „Swój status w życiu zawdzięcza bezpośrednio decyzjom, które sam podjął, i może odmienić ten los, tylko podejmując lepsze decyzje”, by zaraz dodać: „Żeby jednak wybierał lepiej, musiałby żyć w otoczeniu wymuszającym na nim, by sam sobie zadawał te trudne pytania”. Autor sam zapętla się w dylemacie, który opisuje: aby żyć lepiej, trzeba lepszego życia, aby żyć lepiej, trzeba lepszego życia itd., w nieskończoność.

Pewnie ma rację, że dominująca, zarówno z prawa, jak z lewa, narracja o strukturalnych uwarunkowaniach biedy może być obezwładniająca dla poczucia indywidualnej sprawczości. Jednak czy ta ostatnia nie jest aby równie szkodliwym mitem? Dla Vance’a z pewnością nie, czego najlepszym przykładem ma być on sam. Właśnie logika wyjątku, która rządzi Elegią…, jest w niej najbardziej problematyczna. Staje się to kłopotliwe szczególnie wtedy, gdy Vance opisuje przełomowy moment swojej biografii: służbę w korpusie marines, którą podjął, by – jak twierdzi – nauczyć się dyscypliny i odpowiedzialności, ale również dlatego, że oferowane zniżki dla kombatantów pozwoliły mu uniknąć zaciągania kredytu studenckiego. Tutaj tkwi, podana chyba mimowolnie, uczciwa odpowiedź na pytanie o proporcje między strukturalnymi uwarunkowaniami a indywidualną sprawczością w decydowaniu o losie klas niższych: wywikłanie się z biedy nie byłoby możliwe bez postawienia na szali swojego życia podczas misji w Iraku, by ominąć kłopoty z finansowaniem szkolnictwa wyższego w Stanach Zjednoczonych.

Zwracam uwagę na tę zwodniczość anegdotycznych dowodów także z tego powodu, że Vance jest zaledwie trzy lata starszy ode mnie. Podobnie jak autor Elegii… wywodzę się klasy pracującej, z prowincji, z niezamożnej, niepełnej rodziny; również wiele zawdzięczam dziadkom; i tak jak Vance ukończyłem ze stopniem doktora najlepszą uczelnię w kraju. Co z tego wynika? Ano nic. Dopóki nie spojrzy się na mobilność społeczną z perspektywy socjologicznej, dopóty niczego się nie zrozumie z własnych historii, jakkolwiek zachęcająco by one brzmiały.

*

Porównuję historię amerykańskiego bidoka z historią polskiego bidoka również dlatego, że zachęca do tego przekład Gałązki. Tłumacz dokonał fenomenalnej translacji biedy amerykańskiej na biedę polską. Vance pisze w oryginale: „Hillbillies have a phras – »too big for your britches« – to describe those who think they’re better than the stock they came from”. Słowniki podpowiadają, że tę frazę tłumaczy się zwykle jako: „mieć się za kogoś ważniejszego, niż się jest”, „mieć o sobie zbyt wysokie mniemanie”, „być zbyt pewnym siebie”. Na szczęście Gałązka nie poszedł na łatwiznę i znalazł analogiczne powiedzonko w niezbyt wysokich rejestrach polszczyzny: „Wyżej sra, niż dupę ma”. Dzięki tego rodzaju wyborom translatorskim Elegię… czyta się momentami jak opowieść o swojakach.

To z kolei każe zapytać o kondycję polskiego pisania o polskiej biedzie. Pod tym względem pouczająca jest dyskusja, jaka przetoczyła się niedawno po publikacji raportu Macieja Gduli Dobra zmiana w Miastku, próbującego wyjaśnić przyczyny poparcia dla PiS-u wśród mieszkańców prowincji. To, jak wielkim objawieniem dla polityków i komentatorów było ukazanie punktu widzenia mniej zamożnych Polek i Polaków, świadczy o brakach w zbiorowej wyobraźni. Nic w tym dziwnego, kino i telewizja przedstawiają zwykle warunki życia wzięte z kosmosu, a literatura, kiedy pochyla się nad ubóstwem, przekształca je najczęściej w egzotyczny fenomen.

Tymczasem Elegia dla bidoków, mimo wszystkich wad, mierzy się z biedą. Jasne, to w gruncie rzeczy agitka polityczna, ale taka, która nie wychodzi od cynicznie konstruowanych fantazmatów i gotowych rozwiązań, lecz od próby skonfrontowania się z rzeczywistością. A jeśli rzeczywistość w tym starciu wygrywa – to tym lepiej.

_

J.D. Vance

Elegia dla bidoków. Wspomnienia o rodzinie i kulturze w stanie krytycznym

tłum. Tomasz S. Gałązka, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2018, s. 304


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter