70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Powrót lisa

W Szumie Magdaleny Tulli szczególnie przejmujące są te fragmenty, którymi rządzi język metafory – leśne historie, w jakie ucieka samotna dziewczynka, rozmowy ze zmarłymi przez telefon czy brawurowy opis zwołanych przez lisa obrad Sądu Najniższego.

Bohaterowie Szumu znani są już skądinąd – część z nich pojawia się we Włoskich szpilkach: ukrywająca bolesną tajemnicę matka, ojciec – Włoch, który dla matki zdecydował się na życie w Polsce, mieszkająca w Mediolanie włoska część rodziny… Materiał, z którego Magdalena Tulli „szyje” swoją nową powieść, jest zresztą ten sam co w poprzedniej – autorka nie ukrywa, że w ostatnich książkach przywołuje własne doświadczenia. W Szumie wprowadzona zostaje postać, której istnienie jest we Włoskich szpilkach ledwo zaznaczone – to młodsza siostra matki, zwana w powieści „jego matką”. Okazuje się, że jej rola jest w całej historii kluczowa. Pojawia się też „syn swojej matki”, kuzyn, z którym narratorce nigdy nie udało się nawiązać nici porozumienia. Już na początku powieści diagnozuje wzajemne relacje bez ogródek: „Byliśmy nieprzyjaciółmi”.

O przyjaźni nie mogło być mowy. Mechanizm był prosty: w rodzinie panowały ściśle określone reguły, do których „syn swojej matki” potrafił dostosować się bez zarzutu, narratorka – wprost przeciwnie. Rodzina najchętniej by orzekła, że to ze względu na tkwiący w dziewczynce defekt, który zauważono zresztą także w szkole: miała trudności z czytaniem i pisaniem, nie potrafiła się należycie zachować, zawsze mówiła za głośno lub za cicho. Mnie trafia do przekonania wyjaśnienie narratorki: „Owszem, umiałam kłamać. Ale nie umiałam udawać”. Nic dziwnego, że trudno było jej odnaleźć się w rodzinie, w której przede wszystkim należało zachowywać pozory, a niewygodne tematy zbywano milczeniem. Przy niedzielnej szarlotce można było rozmawiać o literaturze czy teatrze, ale nigdy o uczuciach. Miało to swoje przyczyny w trudnej przeszłości – obydwie siostry w czasie wojny przeszły przez obozy koncentracyjne, z całej rodziny oprócz nich nie ocalał nikt. Ale o tym narratorka dowie się dopiero później, przez długie lata ten temat w rodzinie nie istniał.

Tulli konstruuje swoją powieść z niezwykle różnorodnych elementów: jest w niej miejsce na osobiste wspomnienia, rekonstrukcję traumatycznych doświadczeń matki i jej siostry, na wpół oniryczne opisy wydarzeń, które rozgrywają się jedynie w wyobraźni. Język, którym autorka opisuje ten złożony świat, jest niesłychanie spójny i precyzyjny.

Masa spadkowa

W dzieciństwie dziewczynka miała tylko jednego przyjaciela, a był nim lis. Miał wszystko to, czego jej brakowało – przede wszystkim spryt i pewność siebie. Nie był to jednak chytry lis z dziecięcych czytanek i wierszyków, którego przebiegłość zawsze na koniec zostaje ukarana. „Uchodził za spryciarza i oszusta – przyznaje narratorka – każdy by tak o nim pomyślał. Nikt nie wiedział, że jest najlepszym i najuczciwszym zwierzęciem na świecie”. Nie udawał bowiem nikogo innego, niż jest w rzeczywistości, potrafił trzeźwo ocenić sytuację, udzielić mądrej rady. Dziewczynka znalazła go na przywiezionej z Włoch kolorowance, potem przez długi czas się z nim nie rozstawała, rysowała jego podobizny w zeszytach. Kiedy było bardzo źle, przenosiła się myślami do lasu. Lis już tam na nią czekał i zawsze potrafił dodać otuchy, znaleźć właściwe słowa, a przy tym nigdy nie moralizował: „Tak się składa, że nie jestem święty (…). Mam niejedno na sumieniu. Przypominam sobie o tym, kiedy tylko zaczynam narzekać na swój los, i ta myśl zawsze przynosi mi ulgę”. Pewnego razu w lesie pojawił się esesman. Jego życiowa filozofia była zupełnie inna – jego zdaniem należało być twardym i bez zbędnych formalności rozprawiać się z tymi, którzy stanowią przeszkodę. Nie tłumić gniewu, bo jego wyładowanie przynosi ulgę. Dziewczynka znała jego metody działania, sama się do nich kiedyś zastosowała, jednak już wówczas wiedziała, że nie tędy droga. Dlatego wspólnie z lisem unieszkodliwili esesmana, wiążąc mu ręce podczas snu. Nie zostawili go jednak na pastwę losu, karmili codziennie łyżeczką cukru. „Nie byliśmy okrutni” – konstatuje narratorka.

„Wehrmacht porzucił Hitlera i przeszedł na moją stronę” – stwierdza niewiele dalej. Z biegiem czasu narratorka coraz wyraźniej zauważa, że historia jest o wiele bardziej złożona niż w czarno-białych filmach wojennych, które oglądała w dzieciństwie. Poznaje Niemców, potrafi się z nimi zaprzyjaźnić. „Masa spadkowa jest wspólna i nie w naszej mocy wymienić ją na inną” – przeszłość, która ciąży kolejnym pokoleniom, nie jest ani naszą zasługą, ani winą.

Mądrość, która tkwi w książkach Magdaleny Tulli, rodzi się z głębokiego przemyślenia zależności, jakie zachodzą w naszych relacjach z innymi. Autorka opisuje swoje doświadczenia – literacko je przy tym przetwarzając – i na ich przykładzie bada, skąd bierze się wzajemne niezrozumienie, które składa się na coraz dłuższe rachunki krzywd. Powoływanie do życia światów pozwala zrozumieć zasady, jakimi się one rządzą. Pod tym względem Włoskie szpilki i Szum nie różnią się od poprzednich powieści Magdaleny Tulli. Materia jej dwóch ostatnich książek jest w jawny sposób autobiograficzna, ale wysiłek, który ma prowadzić do zrozumienia wewnętrznych mechanizmów, w każdej powieści autorki jest podobny. Jak w końcowej partii W czerwieni: „Opowieści nie ulegają niczyjej woli, mają bowiem własną, niezłomną, niczym ukryta w mechanicznym instrumencie stalowa sprężyna, która prędzej czy później rozwinie się cała i wałek odegra do końca swoją melodię”. Narrator nie stwarza więc zasad, którym podlegają opisane światy, ale próbuje zrozumieć, jaką rządzą się one logiką. Opisana w Skazie reguła – że „słabszy dźwiga więcej. Toteż najsłabszy dźwiga wszystko”, sprawdza się także w świecie Szumu. Ale zrozumienie tej zależności stanowi dopiero pierwszy krok – ważne jest bowiem, co z tą wiedzą zrobi się dalej.

Traktat o przebaczeniu

Z biegiem czasu narratorka coraz lepiej rozumie zasady, które obowiązywały w jej rodzinie. Uświadamia sobie, że stanowiły one nieuchronną konsekwencję zdarzeń, które naznaczyły matkę i siostrę matki – to przede wszystkim im owe reguły „potrzebne były do życia”. Do tej wiedzy narratorka dochodziła stopniowo, poznając szczegóły powojennego życia obydwu sióstr, ich zmagania, żeby „trzymać gardę wysoko” i nie okazywać słabości. Wszak: „Nieuważne stąpnięcie mogło dla matki (…) skończyć się upadkiem przez wiele pięter, przez więcej, niż ich miał nasz dom, prosto na plac apelowy. W takich warunkach, nie mogąc liczyć na pewny grunt pod nogami, matka musiała radzić sobie z życiem, w dodatku musiała tak sobie z nim radzić, żeby nie zostawić żadnych śladów szamotaniny”. Potrzeba zrozumienia i pojednania nie kończy się wraz ze śmiercią bliskich, przeciwnie. Wtedy w sukurs przychodzą telefony – zdarza się, że rozdzwaniają się niczym deus ex machina, dając możliwość zadania zmarłym najważniejszych pytań, i samo ich zadawanie jest już bardzo potrzebne, nawet jeśli nie doczekamy się na nie odpowiedzi.

W powieści Tulli szczególnie przejmujące są te fragmenty, którymi rządzi język metafory – leśne historie, w jakie ucieka samotna dziewczynka, rozmowy ze zmarłymi przez telefon czy brawurowy opis zwołanych przez lisa obrad Sądu Najniższego. Stary przyjaciel, z którym narratorka straciła kontakt jeszcze w latach szkolnych, powraca w najbardziej stosownym momencie. Minęło wiele lat, narratorka zdążyła stanąć na własnych nogach, zakwestionować miejsce, jakie zajmowała w rodzinie, założyć własną, odchować synów, rozwiodła się z mężem. I wtedy, podążając za rudą kitą, dociera do miejsca, gdzie spotykają się krzywdziciele i ich ofiary, świadkowie i uczestnicy wydarzeń, żywi i zmarli, przy czym – co znamienne – nikt z nich nie zasiada na ławie oskarżonych. Każdemu przyznane jest prawo głosu, bo jak twierdzi lis: „Warto czasem wysłuchać cudzych opinii (…). Nawet jeśli to dla nas przykre albo jeśli wydaje się nam, że wszyscy mówią od rzeczy. Zwłaszcza wtedy”. Zapadająca w pamięć scena z Sądu Najniższego nadaje powieści znamiona traktatu o przebaczeniu – niełatwym, ale koniecznym, żeby można było „żyć jak człowiek”. Wówczas z szumu narastających głosów łatwiej można wydzielić te, które pozwalają zrozumieć więcej.

Ostatnie opowiadanie z Włoskich szpilek: Ucieczkę lisów, kończą słowa: „I tak to jest z nami, lisami. Będziemy przez pokolenia przemykać z jednego snu w drugi, z drugiego w trzeci”. Lis, który powraca w Szumie, zdaje się mówić: „to wszystko jest nieważne, i tak ocalejesz”.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata