70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

„Oddam, przyjmę”

Brakuje nam dziś rytuałów pozbywania się przedmiotów. Co z tego, że ich rotacja w naszym życiu odbywa się w zawrotnym tempie, skoro i tak większość trafia na śmietnik.

Założony przez Konrada blog nosi nazwę „Droga do prostego życia”. Jak ta droga się u Was zaczęła?

Konrad: Myślę, że do prostego życia można zasadniczo dojść na dwa sposoby. Pierwszy prowadzi przez luksus, mam tu na myśli osoby, które żyją na bardzo wysokim poziomie albo starają się go osiągnąć, robią karierę, bogacą się, aż w którymś momencie, stwierdzają, że nie daje im to szczęścia, rezygnują z pogoni za materialnym spełnieniem i wybierają proste życie. Drugi sposób prowadzi przez zaakceptowanie będącej udziałem większości ludzi, zwłaszcza młodych, sytuacji pewnego niedostatku i wynikających z niej ograniczeń. Często świadomość, że na wiele rzeczy nie można sobie pozwolić, szczególnie na progu dorosłego życia, rodzi frustrację. I my także się z nią zmierzyliśmy.

Magdalena: Byliśmy młodym małżeństwem, jeszcze nie mieliśmy dzieci i dopiero zaczynaliśmy pracę zawodową, kiedy spostrzegliśmy, że inne znane nam z duszpasterstwa akademickiego małżeństwa zaczęły kupować mieszkania. Komuś pomogli rodzice, inni mieli pieniądze odłożone przez dziadków, a my na takie wsparcie nie mogliśmy liczyć. Nie mieliśmy też własnych oszczędności. To była pierwsza bolesna obserwacja – nas na to nie stać i przez wiele lat na pewno stać nie będzie. A przecież własne mieszkanie to nie jest jakieś wydumane marzenie. Tak się na tym zafiksowaliśmy, że stanęliśmy na głowie, by znaleźć mieszkanie, na które moglibyśmy sobie pozwolić, zaciągając kredyt. I znaleźliśmy, niewielkie na Ochocie. A potem się okazało, że nie mamy już za co go umeblować. Nie mogliśmy nic kupić, bo spłacaliśmy dług. Konrad wracał bardzo zmęczony z pracy, ja, zajmując się małymi dziećmi, trochę tłumaczyłam po nocach. Wydawało się nam , że nie mamy żadnego ruchu, że nie możemy nawet wyjść do kina, bo nie mamy, z czego zapłacić za opiekunkę. Jednym słowem, przygnębienie i frustracja. I wtedy Konrad zaczął czytać Davida Kortena.

K: Zgadza się, to było w 2002 r. Trafiłem wtedy na jego książkę Świat po kapitalizmie, a w niej po raz pierwszy na termin „voluntary simplicity” i opis ruchu społecznego o takiej właśnie nazwie, który pojawił się w Stanach Zjednoczonych w latach 70. i 80., skupiający osoby świadomie rezygnujące z konsumpcji i starające się żyć w zgodzie ze swoimi rzeczywistymi potrzebami, a nie pragnieniami wykreowanymi przez rynek. Czytałem i zastanawiałem się, na ile również my możemy spróbować tak żyć. Zaczęliśmy o tym rozmawiać i powoli świadomie wchodzić na naszą własną drogę dobrowolnej prostoty.

Co w tej idei okazało się wtedy dla Was najważniejsze?

K: Przede wszystkim to, że akcent pada w niej na słowo „dobrowolna”. Jako Polacy mamy za sobą doświadczenie szarej rzeczywistości PRL-u i w pewien sposób reagujemy alergicznie na głos wzywający do samoograniczenia w zaspokojeniu marzeń o dostatnim życiu. Dlatego bardzo ważne, że jest to prostota dobrowolna, a więc świadomie wybrana i przyjęta, niewynikająca z nędzy. Nie chodzi o to, żeby się pozbawić środków do życia, tylko żeby odnaleźć swoją własną równowagę, żeby mieć tyle, ile potrzeba, nie mniej, nie więcej. Prostota jest dla mnie takim właśnie złotym środkiem między skąpstwem a rozrzutnością.

M: Bardzo ważne jest świadome rozpoznanie swoich potrzeb, ale też poznanie i zaakceptowanie swoich możliwości finansowych. To była druga ważna rzecz, której się nauczyliśmy. Nic się u nas wtedy diametralnie nie zmieniło. Sytuacja bardzo powoli się poprawiała, bo Konrad miał coraz dłuższy staż pracy i dzięki temu większą pensję, ale też rodziły się nam kolejne dzieci, więc nigdy nie mieliśmy tak, żeby nam coś zostawało. Chodzi o to, by znając swoją sytuację finansową, znaleźć taką formę realizacji potrzeb, żeby dało się za nie zapłacić pieniędzmi, które się rzeczywiście ma, a nie szukając wyjścia w dodatkowym zapożyczaniu się, po to tylko, by zrealizować daną potrzebę w bardziej ekskluzywny sposób. Pamiętam, że u nas zaczęło się to od najprostszych rzeczy. Gdy Tereska, nasza najstarsza córka, była malutka, wiele zabawek Konrad robił jej z kartonu: kuchenki, piekarnik czy telewizor, gdzie występowała, przygotowując teatrzyki. Wszystkie te rzeczy widzieliśmy w sklepie. Czasami w wersji plastikowej, tandetnej i tańszej, choć i tak drogiej, ale były też wersje ekskluzywne, drewniane, pięknie pomalowane. Wtedy świadomie zaczęliśmy rezygnować z takich zakupów. Widzieliśmy, jak dziecko może się cieszyć tym, co zostało zrobione przez nas, a za co nie musieliśmy płacić. Jest to też ciekawy sposób na spędzenie z nim czasu. To były nasze pierwsze obserwacje, które mówiły nam, że to jest dobra droga.

Czy wśród Waszych znajomych są rodziny, o których moglibyście powiedzieć, że także żyją w duchu dobrowolnej prostoty?

K: Nie mamy wokół siebie jakiejś większej grupy, choć jest to niekiedy kwestia deklaracji. Wiele osób, które poznajemy i którym opowiadamy o tym, jakimi zasadami się kierujemy, czym jest dla nas dobrowolna prostota, odkrywa, że też stara się żyć podobnie, choć nie zna samego ruchu. Nie chodzi przecież o to, by od linijki mierzyć czyjąś wierność idei. Każdy może ją realizować na swój sposób. W tym tkwi, myślę, istotna różnica między dobrowolną prostotą a minimalizmem, który jest pewną radykalną odpowiedzią na nieumiarkowaną konsumpcję, odchyleniem w drugą skrajność, bo dąży się w nim przede wszystkim do tego, żeby mieć jak najmniejszą liczbę przedmiotów. To sprawia, że często jest traktowany bardzo naiwnie, jako pewna fanaberia i sposób na odróżnienie się młodych ludzi z dużych miast.

Ale jest też bardziej znany niż dobrowolna prostota.

K: Minimalizm stał się przedmiotem zainteresowania mediów, bo robi wrażenie, gdy ktoś ma 7 przedmiotów w plecaku i to mu wystarczy. Ale na dłuższą metę jest to postawa nieżyciowa, a jeśli już, to jest to propozycja dla osób żyjących samotnie. Dla mnie o wiele ciekawsze jest to, co dzieje się z człowiekiem, kiedy zakłada rodzinę, pojawiają się dzieci i zaczyna się kształtować jego droga zawodowa; czy jego idee także wówczas dają się realizować.

Mimo to nie myślałeś kiedyś o tym, by wieść życie minimalisty?

K: Początkowo blog, który założyłem, miał w nazwie słowo „minimalizm”. Nie jest to bowiem idea całkiem odmienna od dobrowolnej prostoty. Wspólny jest im obu postulat ograniczenia posiadania. Wydaje mi się, że dobrowolna prostota obejmuje po prostu więcej wymiarów życia i jako idea istniała zawsze, natomiast minimalizm jest pewną współczesną, bardziej efektowną jej odmianą. W USA minimalizm pojawił się później niż sam ruch Voluntary Simplicity. Gdy zaczynałem się interesować dobrowolną prostą 12, 13 lat temu, wtedy w ogóle nie było minimalistów, pojawili się 7 lat później. W polskiej blogosferze zaczęły powstawać blogi poświęcone minimalizmowi, wzorowane m.in. na słynnym blogu Babauty, jednym z pierwszych o tej tematyce. Nie pojawił się natomiast żaden poświęcony dobrowolnej prostocie, stąd pomysł, by założyć swój i podzielić się tą ideą. Kiedy minimalizm stał się popularny, my byliśmy po prostu już na innym etapie. Samo pozbycie się rzeczy nie było już dla nas celem.

Minimalizm, przez to, że koncentruje się na rzeczach, może stać się fetyszystycznym odwróceniem konsumpcjonizmu. A przecież chodzi o to, by ograniczenie rzeczy było drogą do czegoś więcej, nie celem samym w sobie.

K: Bardzo często, gdy czytamy artykuły o minimalizmie, widzimy, że zatrzymuje się on właśnie na etapie wyrzucania rzeczy i cieszenia się z pustej szafy. Być może to wina mediów, które skupiają się na tym, co najbardziej spektakularne. Najważniejszy jest jednak nie sam akt pozbycia się rzeczy, ale to, jakie motywy kierują człowiekiem i gdzie go to dalej prowadzi. Bo na minimalizm można też spojrzeć jako na przejaw materializmu. Popada się po prostu z jednej skrajności w drugą. Już nie pragnę przedmiotów, tylko się ich boję, reaguję na nie alergicznie, ale wciąż kręcę się wokół tego, co mnie ogranicza, zmieniam tylko wektor ruchu. Widzę jednak, że minimaliści z czasem też zmieniają front i na innych blogach piszą już raczej o prostym życiu. Bo ile też można mówić o przedmiotach? To, co naprawdę otwiera nowe horyzonty i przeobraża życie, to, moim zdaniem, zmiana świadomości, przebudzenie się i zobaczenie, że nie muszę iść utartym szlakiem kredytu, mieszkania, kariery zawodowej, później najczęściej marzenia o własnym domu i jego budowy okupionej nieraz, bo to przecież ogromny wysiłek i finansowy, i logistyczny, uszczerbkiem na relacjach z najbliższymi. Po takim maratonie można się obudzić w wieku 50 lat i uświadomić sobie, że nic mnie już nie łączy z moją żoną, mężem, nic nie wiem o swoich dzieciach, bo zatrzymałem się w myśleniu o nich, gdy miały po 5 lat.

M: Chodzi o to, żeby starać się odnajdywać harmonię w życiu na różnych jego etapach. To jest zadanie na lata. Stworzyliśmy np. sposób „monitorowania” naszych wydatków. Przeczytaliśmy kiedyś, że dobrze jest wszystkie swoje wydatki spisywać, a pod koniec miesiąca stawiać plusy, przy tych, z których jesteśmy zadowoleni i minusy przy tych, których żałujemy. Choć tylko raz udało nam się to zrobić na papierze, wyrobiliśmy sobie z czasem nawyk stawiania takich plusów i minusów w głowie. Mamy też listę, na którą wpisujemy różne przedmioty, odczekujemy minimum 30 dni i sprawdzamy, czy po tym czasie, wciąż widzimy, że rzeczywiście są nam potrzebne. Zdarza się czasem, że żałujemy jakiegoś zakupu lub tego, że w określony sposób spędziliśmy czas – że zmarnowaliśmy naszą energię życiową. Dobrze jest w ten sposób myśleć również o pieniądzach – jako o naszej energii życiowej, bo to nadaje im realnego ciężaru.

K: Trzeba nauczyć się akceptować brak i zrozumieć, że jego wypełnienie wcale nie przyniesie tak wielkiej satysfakcji, jak to sobie w danym momencie wyobrażamy, bo za chwilę pojawi się coś nowego, i tak bez końca. Uczymy się czekać na pewne rzeczy, których brakuje nam już od dłuższego czasu. Nie mamy np. stolika przy sofie, tak żeby można było przy nim usiąść i wypić kawę, nie mamy aparatu fotograficznego. Ale dobrowolna prostota nie jest wrogiem przedmiotów. One są do życia potrzebne, chodzi tylko o to, by nie stawały się jego główną treścią.

Czy wtedy, gdy postanowiliście zacząć żyć zgodnie z zasadami dobrowolnej prostoty, odczuwaliście zniewolenie rzeczami, czy było to raczej niezadowolenie z formy życia?

K: To było raczej zniewolenie pragnieniami, oczekiwaniami, porównywaniem się z innymi, szukanie szczęścia czy satysfakcji w tym, żeby móc sobie na więcej pozwolić, okupione dyskomfortem, że trzeba włożyć w to ogromnie dużo wysiłku przez wiele lat. Rzeczy mogą pochłaniać uwagę, nawet gdy się ich nie ma, bo można o nich bez przerwy myśleć. Przemiana, jaka dokonała się w naszym życiu, była przede wszystkim pewnym procesem duchowym, radykalną zmianą perspektywy, paradygmatów i celów życiowych, która stworzyła przestrzeń do tego, by zajmować się tym, co w życiu ważne. Dla nas to była rodzina i wychowywanie dzieci. Wyraźnym przejawem tych przewartościowań było m.in. to, że w pewnym momencie zrezygnowałem z drugiego etatu, który wcześniej wydawał się nam koniecznością i to, że zdecydowaliśmy się na edukację domową dzieci. Można sobie tłumaczyć, że praca zawodowa, pieniądze, które się zarabia i to, co się za nie kupuje, to wszystko robi się ze względu na dzieci. To poświęcenie jest cenne, ale ono nie przekłada się na jakość relacji, tu potrzebny jest wspólnie przeżyty czas. Nic go nie zastąpi.

Dlaczego zdecydowaliście się na edukację domową?

M: Dzieci były w płatnych placówkach, w przedszkolu i szkole. Obciążało to bardzo dużą część naszego budżetu i po pięciu latach byliśmy wykończeni tym, że tyle wydajemy na edukację. Tkwiliśmy w tej sytuacji, nie widząc alternatywy, aż dowiedzieliśmy się, że jednak jakaś jest.

Nie baliście się, że zamykacie dzieci w kloszu, nie dajecie im możliwości skonfrontowania się z innością?

M: Bardzo dużo zależy od tego, jakie życie rodzina prowadzi. Według mnie jedną z zalet edukacji domowej jest właśnie bardzo bogate życie społeczne dzieci, choć nie są to typowo szkolne relacje. Mamy m.in. grupę dzieci edukowanych domowo, w ramach której spotykają się regularnie ze swoimi rówieśnikami na wspólnych zajęciach i warsztatach. Oprócz tego jest jeszcze harcerstwo czy szkoła angielskiego. Na pewno bardzo ważne jest też miejsce zamieszkania, bo gdybyśmy mieszkali na odludziu, to te kontakty byłyby bardziej ograniczone lub wymagałyby od nas bardzo dużo wysiłku logistycznego. Poza tym życie w bloku robi swoje, podwórko jest tutaj ważną częścią uspołecznienia i zdawania sobie sprawy przez dzieci, że ludzie się różnią.

K: Jest taki etap, kiedy kształtuje się charakter dziecka, jego patrzenie na świat i myślę, że nie powinno się go za wcześnie ze wszystkim konfrontować. Widzimy, że nasze dzieci po trzech latach edukacji domowej są bardziej pewne siebie, odważniejsze, mają osobiste przekonanie co do różnych rzeczy, które tworzą nasz wspólny system wartości.

M: Umieją same dostrzec zagrożenie. Potrafią ocenić brzydotę, wiedzą, jak reagować, gdy coś wydaje im się niepokojące. Potrafią odmówić słuchania czy patrzenia na coś, co je odpycha.

K: To także zawdzięczamy dobrowolnej prostocie, bo jednak gdybyśmy nie wybrali świadomie tego stylu życia, to oboje pracowalibyśmy całymi dniami, dzieci z konieczności byłyby w szkole i wychowałyby się w dużej mierze same.

Czy przejście do edukacji domowej było jednym z elementów oddzielenia się od świata konsumpcjonizmu?

K: Na pewno edukacja domowa osłabia presję rówieśniczą, by posiadać różne modne gadżety. Pomaga nam też to, że nie mieszkamy już w Warszawie, tylko w małym mieście, gdzie nie ma wielkich reklam, centrów handlowych.

Ale wasze dzieci, spotykając się z innymi, widzą, że nie mają wielu rzeczy, z których tamte korzystają. Jak one na to reagują?

M: Rówieśnicy, których nasze dzieci poznały w ramach spotkań z edukacji domowej, także nie mają najmodniejszych lalek czy gier. Uczą się więc, że to nie jest jakieś dziwactwo. Choć już na angielskim czy na harcerstwie muszą się z tą innością mierzyć. Kilka miesięcy temu nasza najstarsza córka była na wycieczce i powiedziała nam, że w ogóle nie wyjmowała telefonu, bo się go wstydziła. Wszyscy mieli dotykowe, a ona taki najstarszej generacji. Porozmawialiśmy o tym i kupiliśmy jej trochę nowszy. Młodsze też nieraz przychodzą po zajęciach w szkole językowej i opowiadają, że koleżanki często grają w różne gry na telefonach. I mówią, że też by chciały mieć taki, żeby sobie pograć. Wtedy tłumaczymy, że telefon nie jest do grania tylko do rozmawiania.

K: Podobnie jest, gdy na podwórku pojawia się moda na kolekcjonowanie jakichś nowych gadżetów. Dziewczyny bardzo długo miały po jednej lalce, z którą mogły się zżyć. Stosowaliśmy też taką metodę, że część zabawek na jakiś czas chowaliśmy, a potem im je wymienialiśmy. Były wtedy dla dzieci jak nowe.

A korzystają z komputera, z Internetu?

K: Najstarsza córka tak, ale nie w sposób nieograniczony. Przede wszystkim wykorzystuje komputer do celów edukacyjnych, ale też z ciekawością bada możliwości różnych programów do tworzenia prezentacji czy muzyki. Młodsze grają na komputerze w gry matematyczne, korzystają z edytora tekstu, rysują komputerowe obrazki.

A telewizor?

M: Nie, już dość długo go nie mamy. Wcześniej mieliśmy i oglądaliśmy go wieczorami. Kiedyś nawet trochę niechcący przeprowadziłam na naszych dzieciach pewien eksperyment z jego udziałem. Dziewczynki zawsze oglądały dobranockę, a ponieważ spostrzegliśmy w którymś momencie, że bezpośrednio przed nią, emitowano duży blok reklam skierowanych do dzieci, wołaliśmy je dopiero po tym, jak się skończyły. Przed Bożym Narodzeniem, po jakimś czasie tego odcięcia od reklam, raz zawołałam je wcześniej. I to było niesamowite, bo wcześniej, gdy pytałyśmy je, co chciałyby dostać pod choinkę, mówiły o prostych rzeczach, które znały z otoczenia, jak kredki, ubranko dla lalki czy blok, a po tym jednorazowym seansie reklamowym, marzyły już tylko o wymyślnych zabawkach, które widziały na ekranie.

Czy one rozumieją, dlaczego nie mogą mieć tych wszystkich rzeczy, które mają ich rówieśnicy?

M: To jest kwestia rozmowy. Jeśli by jej zabrakło, to dzieci bardzo szybko same by sobie wyjaśniły, dlaczego czegoś nie mają i prawdopodobnie doszłyby do wniosku, że jesteśmy biedni albo skąpi.

K: Nie warto dzieciom mówić, że nie mamy pieniędzy, kiedy nie chcemy im czegoś kupić, bo je mamy, tylko na coś innego. Tłumaczymy wtedy, że uważamy, iż coś jest bezwartościowe albo że nie planowaliśmy takiego zakupu.

M: Jedną z pierwszych rzeczy, jakiej się sprzeciwiliśmy, były karteczki do segregatora z wizerunkami księżniczek, o które Tereska poprosiła, bo w przedszkolu była akurat moda na ich zbieranie i wymienianie. Wtedy mieliśmy chyba pierwszą rozmowę o tym, co wynika z posiadania takich karteczek, do czego one służą itd. I ona zrozumiała, dlaczego nie warto ich kupować, bo potem w przedszkolu sama zaczęła mówić koleżankom, że bez sensu jest kupować coś tylko po to, żeby to posiadać.

K: Oczywiście takie rozmowy nie mogą kończyć się zawsze jedynie odmawianiem, zakazywaniem. Dzieciom bardzo łatwo można zaproponować coś innego, co wydaje się nam bardziej wartościowe. Nasze córki np. bardzo długo kolekcjonowały minerały. Taka konsekwentna postawa procentuje. Widzimy to np. po tym, jak nasze dzieci zachowują się w sklepach – nie ma scen. Rzeczy, które widzą, podobają się im nieraz, więc z chęcią je oglądają, ale to im wystarczy. Wiedzą, że ich nie potrzebują, że nie muszą ich mieć. Jeśli chcą kupić, coś co jest naszym zdaniem zachcianką, mogą to kupić z własnych zaoszczędzonych pieniędzy.

Czy nie było Ci trudno, Magdo, zrezygnować z pracy zawodowej i zająć się domem oraz edukacją dzieci?

M: Pójście do pracy i związany z tym styl życia też byłby trudny. To był wybór, który dawał mi możliwość bycia z dziećmi, póki są jeszcze małe i kiedy rzeczywiście można im wiele dać, przebywając z nimi w ciągu dnia. Teraz widzimy owoce tego wyboru. Nigdy nie czułam żalu, że się nie realizuję w tym, co robię, jest wręcz przeciwnie. Mam też jakieś małe powody do satysfakcji na polu zawodowym. Oczywiście, gdzieś z tyłu głowy tli się myśl o pracy, bo dzieci rosną, bardzo chcielibyśmy mieć jeszcze jedno, ale jeśli tak się nie stanie, to wkrótce będą mnie mniej potrzebować. Edukacja domowa nie będzie trwać bowiem wiecznie, najstarsza córka w tym roku idzie do gimnazjum, młodsze dzieci też za jakiś czas pójdą do szkoły i wtedy być może znów zacznę więcej tłumaczyć. W naszym życiu wciąż dużo się dzieje, tu nie ma miejsca na rutynę, więc zobaczymy, co przyniesie jutro.

K: Ciągle pytamy się siebie, co chcemy robić, czy to, jak żyjemy, nam odpowiada, czy też może warto coś jeszcze zmienić.

M: Dzięki temu nie czujemy znudzenia życiem, doświadczamy raczej jego bogactwa i dynamizmu. Po prostu żyjemy tym, co się wydarza i staramy się tym jak najbardziej cieszyć.

Czy jednak nie odbywa się to kosztem poczucia bezpieczeństwa?

M: Nie, po prostu na czym innym się ono opiera. To się łączy z wcześniejszym pytaniem o zniewolenie rzeczami. Trzeba pamiętać, że posiadanie przedmiotów daje człowiekowi nie tylko satysfakcję, ale także, a może przede wszystkim, poczucie bezpieczeństwa. Już nawet nie mówię o mieszkaniu, ale o różnych przedmiotach, które, gdy mamy je na własność, zapewniają niezależność. Nad takim właśnie przywiązaniem do rzeczy, motywowanym poszukiwaniem bezpieczeństwa, staramy się już od jakiegoś czasu świadomie pracować. Kiedyś np. chomikowałam wiele rzeczy dla dzieci, bo wiedziałam, że mogą się nam jeszcze przydać i bałam się, że jak je oddam, to później mogę być w kłopocie. Tymczasem mamy bardzo dużo znajomych, którzy gdy tylko się dowiedzą, że kolejna znajoma mama jest w ciąży, zwożą jej wielkie ilości wszystkiego, co potrzebne, tak że ona nic w zasadzie nie musi kupować. Zrozumiałam, że poczucie bezpieczeństwa można zaspokoić w inny sposób, oprzeć je na zaufaniu Bogu, na gronie serdecznych przyjaciół, a nie na posiadaniu czegoś na własność. Dziś bez obawy oddajemy rzeczy, które są nam w danym momencie niepotrzebne.

K: Obecnie człowiek zamyka się w tym, co posiada, jak w twierdzy, właściwie jest samowystarczalny. Buduje swoje bezpieczeństwo na koncie w banku, na przedmiotach, które ma w mieszkaniu, na ubezpieczeniu. To wydaje się być pewne, stabilne, w przeciwieństwie do relacji z drugim człowiekiem, która jawi się jako coś mimo wszystko nieprzewidywalnego, coś, co może zawieść. Łatwo zapominamy, że wszystkie tamte zabezpieczenia też mogą się rozpaść. Życie zgodnie z duchem dobrowolnej prostoty skłania raczej do tego, by oprzeć swoje bezpieczeństwo na zaufaniu do innych ludzi, uczy, by bardziej się na nich otwierać, próbować reanimować – przez takie małe gesty jak pomoc sąsiedzka czy wymiana ze znajomymi – wartość wspólnoty. To jest też w jakiejś mierze próba powrotu do tego, co było kiedyś. Musimy w sobie odtworzyć taką świadomość, że w trudnych warunkach człowiek może liczyć na pomoc drugiego. Kiedyś było o tyle łatwiej, że większość ludzi żyła w licznych, wielopokoleniowych rodzinach, nie musiała mierzyć się z samotnością i brakiem zakorzenienia.

Taka jest logika kapitalizmu konsumpcyjnego: maksymalnie ludzi zatomizować. Kiedy żyją samotnie, kupią dwie lodówki, razem już tylko jedną. A chodzi o to, żeby sprzedać 1000 lodówek, nie 500. W jednym z wpisów na blogu Konrad pisał o przedmiocie, który jest naprawdę zbędny przeciętnemu człowiekowi, a zarazem bardzo fetyszyzowany. Chodziło o wiertarkę. To jest droga rzecz, przydaje się może raz, dwa razy do roku, jeśli w ogóle, i w zasadzie wystarczyłaby jedna na cały blok, a ma ją w swoim mieszkaniu lub piwnicy prawie każdy „prawdziwy mężczyzna”.

M: Takich przykładów jest więcej. Weźmy taki mikser. Od wielu lat konsekwentnie go nie posiadamy, choć do jednej rzeczy bardzo się przydaje, mianowicie do ubijania śmietany na torty urodzinowe dla dzieci, a więc w naszym przypadku 4 razy do roku. Postanowiliśmy, że nie będziemy go kupować, tylko pożyczymy czasem od sąsiadów. Dzięki temu nawiązała się między nami serdeczna relacja i oni także nie krępują się, by przyjść i pożyczyć, gdy czegoś potrzebują. Ostatnio popsuł się nam też samochód. Długo był w naprawie i musieliśmy od kilku rodzin pożyczać auta, żeby zrobić zakupy, dowieźć dzieci na różne zajęcia czy do lekarza. Wtedy także trzeba było pójść i poprosić. Czasem człowiek woli nie wiem ile zapłacić, żeby tylko nie musiał prosić kogoś o pomoc. A to mogłoby być coś naturalnego.

Nie mamy kultury pożyczania, dlatego bardzo źle nam się to kojarzy: z jednej strony z pewną formą upokorzenia, z drugiej z czymś podejrzanym, co wywołuje nieufność. Mikser to przecież prosta rzecz, powszechna, tania, dlaczego więc ktoś nie miałby mieć własnego? To takie nasze kapitalistyczne, ale też po-peerelowskie tabu.

K: Właśnie, musimy się na nowo nauczyć otwartości w dawaniu, żeby nie wyrzucać rzeczy, gdy nadają się jeszcze do użycia, tylko zaproponować je komuś innemu bez lęku, że go urazimy, ale też wykształcić w sobie umiejętność przyjmowania i proszenia. Dla większości z nas jest to dziś niewyobrażalnie trudne. Z przykrością widzę, jak ludzie wyrzucają dobre rzeczy na śmietnik, bo nie umieją lub nie chcą nic innego z nimi zrobić. Ostatnio poprosiliśmy administrację o zgodę na wywieszenie na klatce dwóch kartek: „oddam”, „przyjmę”. Wydaje się – zwykła sprawa, a jednak przekraczamy znów jakieś bariery.

M: Mamy sąsiadów, którzy nam darowują rzeczy po swoim synu dla naszego Antosia. Zawsze, gdy je przyjmuję, widzę w ich oczach ulgę, że nie muszą ich upychać po kątach i szukać kogoś, komu mogliby je przekazać. Gdy Antoś z nich wyrasta, oddajemy je innym sąsiadom, którzy mają mniejsze dzieci. Cieszą się, bo to się zawsze przydaje, ale też czuć cień takiego skrępowania, bo człowiekowi często wydaje się, że musi się jakoś odwdzięczyć.

K: W ten sposób tworzymy swego rodzaju kręgi wymiany. Nie musimy się odwdzięczać tej samej osobie, bo kiedyś otrzymane rzeczy przekażemy komuś innemu. Brakuje nam dziś rytuałów pozbywania się przedmiotów. Co z tego, że ich rotacja w naszym życiu odbywa się w zawrotnym tempie, skoro i tak większość trafia na śmietnik lub ląduje w zakamarkach piwnicy. Klasyczna dobroczynność przy takim natłoku przedmiotów właściwie się już dziś nie sprawdza. To taki konkretny przykład powrotu do prostego życia, które kiedyś było całkiem naturalne i oczywiste, a dziś budzi takie zdziwienie i zainteresowanie, choćby mediów. Jest w tym pewien paradoks. Zawsze bardzo nas to zaskakuje , gdyż prowadzimy bardzo zwyczajne życie.

M: I skłania do gorzkich refleksji. W jaką bowiem stronę poszedł świat, skoro reklamuje się w nim dziś normalność i przedstawia jako coś niezwykłego.

Czy Waszym zdaniem takie podejście do życia i posiadania, jakie reprezentujecie, będzie stawać się bardziej powszechne?

K: Myślę, że tak, także w Polsce następuje już przesyt dobrami materialnymi i ludzie widzą, że pogoń za nimi nie daje szczęścia. Przyczynił się do tego w jakiejś mierze także kryzys, bo pokazał, na jak kruchych podstawach ten dobrobyt jest zbudowany. Wydaje mi się, że coraz więcej młodych ludzi uodparnia się na pokusy konsumpcyjne. To się często łączy z ekologią i …

M: …i z większą świadomością po prostu. Jeżeli człowiek jak maszyna realizuje to, co mu wpojono, dopóki się nie obudzi, będzie robił to, do czego został zaprogramowany: kupował. Więc świadomość jest tu warunkiem koniecznym. A niezwykłe jest to, że ludzie dochodzą do niej w bardzo różny sposób, bardzo odmiennymi nieraz ścieżkami religijnymi i filozoficznymi. K: Istnieje wspólna płaszczyzna wszystkich tych poszukiwań. Jesteśmy osobami wierzącymi, więc u nas droga dobrowolnej prostoty przenika się z wymiarem religijnym, ale sama idea jest uniwersalna i każdy może ją dla siebie odnaleźć. My wiemy, że warto.

_

MAGDALENA MIELCAREK – z wykształcenia iberystka. Od trzech lat wraz z mężem edukuje w domu czworo swoich dzieci, starając się wieść życie zgodne z zasadami dobrowolnej prostoty

KONRAD MIELCAREK – z zawodu sędzia, autor bloga „Droga do prostego życia” (wystarczy-mniej.blogspot.com)

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter