70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Z powrotem do rzeczy

Współczesna krytyka konsumpcji, akcentująca, że przedmioty zagrażają wspólnocie, że przesadne zajmowanie się nimi przyczynia się do erozji relacji międzyludzkich i zubaża życie społeczne, jak uspokajają nas antropologowie i socjologowie zajmujący się tematem, nie jest niczym nowym.

Ma ona swe źródło w nieufnym, pełnym podejrzliwości stosunku do materii zakorzenionym głęboko w naszej (ale chyba nie tylko w naszej) kulturze, silnie obecnym w religii i filozofii. Rozpowszechnione przekonanie o dehumanizującej i homogenizującej roli konsumpcji zbyt łatwo, przestrzegają badacze rzeczy, przyjmujemy za pewnik, a pomagają nam w tym teorie ekonomiczne widzące w konsumencie częściej jedynie bezwolną marionetkę działań marketingowych, a nie wolną jednostkę, która potrafi zachować refleksyjny i podmiotowy stosunek do nabywania dóbr. Ten, jeśli w ogóle – jesteśmy skorzy pod wpływem owych teorii sądzić – udaje się tylko nielicznym lub tylko bardzo rzadko i z dużym wysiłkiem.

A przecież przedmioty, przypominają autorzy prac im poświęconych, stanowią w pewnym sensie rękojmię naszego człowieczeństwa. Wytwarzając je i obcując z nimi, wytwarzamy i kształtujemy siebie. Tworzą one trwałą ramę dla naszych myśli i działań, gdyż to nie tylko one dopasowują się do nas, ale także nasze ciało i nasza wyobraźnia układają się niejako podług nich. To z przedmiotów utkana jest nasza codzienność, stanowią one punkt odniesienia dla zdarzeń życia. Mają także w sobie niepowtarzalną potencję uspołeczniania (jak wielką i efektywną, o tym najlepiej można przekonać się „nie wprost”, odrzucając wymagany w danej kulturze sposób korzystania z przedmiotów, np. rezygnując z noszenia obuwia). Umiejętność kulturowo zakodowanego posługiwania się przedmiotami i adaptacji do rzeczywistości materialnej przez nie tworzonej stanowi istotny element wrastania we wspólnotę i bycia uznanym za jej pełnoprawnego członka. Otaczające nas rzeczy obiektywizują zasady i wartości nami kierujące, materializują zgromadzoną wiedzę, utrwalają w ten sposób i reprodukują porządek społeczny. Stanowią tym samym również wyjątkowy nośnik pamięci międzypokoleniowej, zapewniający ciągłość danej kulturze, a więc w dużej mierze decydujący o jej tożsamości.

Skąd ta ambiwalencja? Czy skupienie się na negatywnych aspektach bycia przedmiotów, z jakim mamy dziś do czynienia pod postacią krytyki konsumpcjonizmu, to tylko przejaw trwale istniejącej w nas tendencji do katastrofizmu, przybierającej na sile tym bardziej, im więcej błogich obietnic cudownego życia pod warunkiem nabycia kolejnej nowej rzeczy słyszymy ze strony wszelkiej maści reklamodawców? Wydaje się, że niekoniecznie, z dwóch powodów. Jednego bardziej uniwersalnego i drugiego będącego signum temporis, nostri temporis.

Ambiwalencja, jaką nacechowane jest nasze współistnienie z przedmiotami, daje o sobie znać, nawet jeśli skupić się tylko na wymienionych w drugim akapicie zaletach tej koegzystencji. Wszystkie one są bowiem okupione pewnym przymusem, jaki rzeczy na nas wywierają, i ograniczeniami, jakie nam narzucają. Zapewniają nam bezpieczeństwo i komfort, pozwalają się w świecie zadomowić, uczynić konieczne a powtarzane codziennie czynności niezajmującymi głowę i czas nawykami, ale robią to wszystko za cenę zrzeczenia się przez nas w jakimś zakresie swojej autonomii, przyzwolenia, by mogły nas one na swój sposób urobić. Ujmując tę ambiwalentną, niejednoznaczną zależność, na bardziej abstrakcyjnym, filozoficznym poziomie, podmiot nie istnieje bez przed miotu, konstytuuje się, właśnie w odróżnieniu od niego, a więc i w opozycji, niekiedy jawnej, niekiedy mniej oczywistej, ale znaczy to tyle, że jedno bez drugiego nie może istnieć. Podobnie rzecz się ma ze stosunkiem między jednostką i społeczeństwem. Tu też istnieją nieodłączne od siebie zależność i napięcie. Społeczny porządek, który przedmioty tworzące naszą rzeczywistość reprodukują i utrwalają, służy nam, ale i nas uwiera. Ten stan, czasem bardzo nieprzyjemny, w zasadzie nigdy nie powinien ulec całkowitemu załagodzeniu, bo oznaczałoby to albo redukcję wymiaru jednostkowego i jego zawłaszczenie przez wymiar społeczny, albo zupełną alienację. Ma to swoje przełożenie na świat rzeczy. Okazuje się bowiem, że po to, by wytworzyć zupełnie nowy przedmiot (zazwyczaj mamy jedynie do czynienia z odmiennymi stylizacjami rzeczy już dobrze znanych), trzeba poniekąd „odspołecznić” swoją wyobraźnię, gdyż zakłada to „konieczność wymyślenia nowego rodzaju interakcji, nowej funkcji naszego ciała, nowego elementu społecznego porządku, a przede wszystkim – włączenia w zakres realności tego, co dotąd znajdowało się poza jej granicami”1.

Współczesna nieufność wobec rzeczy, choć w dużej mierze z pewnością zasadza się właśnie na tej starej, zarysowanej powyżej ambiwalencji, która naznacza nasze relacje z przedmiotami, ma jednak jeden nowy istotny rys. Tym, co wydaje się znacząco odróżniać dzisiejszą krytykę konsumpcjonizmu od wcześniejszych prób dyskredytacji materializmu, jest to, że w przeciwieństwie do poprzednich, ta jest w zasadzie dokonywana w imię i w obronie materialności, traktowanej jako wartość, którą należy chronić, a nawet, o ile to możliwe, przywracać współczesnym rzeczom.

Prymat rynku jako głównego źródła dóbr materialnych oraz postępujący rozwój technologiczny sprawiają bowiem, że materialność, a więc to, co wydawało się cechą konstytutywną rzeczy, staje się coraz mniej oczywista, coraz bardziej problematyczna. To zanikanie materialności opisuje się za pomocą trzech procesów: immaterializacji, telematerializacji i dematerializacji2. Pierwszy z nich polega na wypieraniu fizycznych obiektów ich cyfrowymi reprezentacjami (np. książek e-booka mi) oraz na zmianie preferencji z nabywania dóbr na jedynie posiadanie dostępu do nich. Immaterializacja przejawia się także w tym, że kupowanie i konsumowanie rzeczy jest w sieci zapośredniczone przez różnego rodzaju ich interfejsy, awatary itp. Ma ona miejsce również wtedy, gdy przedmioty są tak zaprojektowane, by one same były jak najmniej widoczne, żeby doświadczany był jedynie efekt ich działania (klimatyzacja, coraz cieńsze monitory, coraz mniejsze nośniki pamięci cyfrowej). Telematerializacja to zapośredniczenie nie tylko nabywania, ale i obcowania z obiektami fizycznymi – posługiwanie się nimi jedynie za pomocą cyfrowych protez. Skutek jest taki, że kontakt z bardzo różniącymi się od siebie przedmiotami ujednolica się, bo sprowadza np. jedynie do sterowania kursorem na monitorze. Wreszcie mówi się także o dematerializacji, którą najogólniej określić można jako proces destabilizacji znaczeń przedmiotów. W jaki sposób on przebiega?

Dziś na skutek umasowienia produkcji nietrudno jest rzecz wyprodukować, trudno jest ją zbyć. Żeby było to możliwe, każdy wypuszczany na rynek przedmiot, by się odróżnić i zaistnieć wśród setek tysięcy podobnych do niego, musi być zaopatrzony w odpowiedni zestaw znaczeń i sensów, emanować dzięki nim aurą wyjątkowości i niepowtarzalności i łudzić, że jest czymś więcej niż tylko tą oto rzeczą. Dlatego rośnie dziś rola wartości znakowej dóbr w stosunku do ich wartości użytkowej. Znaczenia coraz szczelniej pokrywają sobą rzeczy. To znaki, a nie poszczególne obiekty materialne, stają się właściwym przedmiotem konsumpcji. Na naszych oczach dokonuje się „postępujący ubytek zawartości materialnej przedmiotów”3, co przejawia się rozpowszechnianiem rzeczy jednorazowych, które stanowią już ok. 80% dóbr obecnych na rynku4. Choć nie wszystkie powstające dziś przedmioty to jednorazówki, to właśnie one ustanawiają wzorzec, który stosuje się także do tych pozostałych, co prawda, niejednorazowych, ale coraz mniej trwałych. Przedmioty są dziś bowiem wytwarzane zgodnie z paradygmatem planowego zużycia, a więc programowanego, przyspieszonego starzenia się produktów, napędzającego konieczność ich ponownego zakupu. Oznacza to przede wszystkim, choć nie tylko i niekoniecznie przedzałożoną już na wstępie gorszą ich jakość i trwałość, ale też stworzoną przez system nieopłacalność, a niekiedy nawet niemożliwość naprawy oraz po prostu ulatniającą się w zawrotnym tempie następujących po sobie mód ich atrakcyjność, która, gasnąc, każe nam się ich pozbyć i zastąpić je lepszymi, bo (i często tylko) nowszymi wersjami.

Tak rozumiana dematerializacja produkowanych dziś masowo rzeczy, ich „ujednorazowienie”, pozwala na wielowymiarową emancypację jednostek zarówno w planie poszczególnych egzystencji (nie trzeba już tracić czasu i energii na troskę o przedmioty, bo są łatwe i do zdobycia, i do szybkiego pozbycia się), jak i w planie społecznym – skrojone na miarę niezależnego indywiduum, redukują zależność od wspólnoty. Ma to jednak swoją cenę. Rzeczy pozbawione ciężaru materialności tracą namacalność i solidność, zdolność do odpierania nadmiaru dryfujących znaczeń i dawania oparcia jednostce. Ta zaś, choć wyswobodzona z różnorodnych przymusów życia, ma coraz większe problemy z adaptacją do codziennej rzeczywistości, wykazuje coraz dalej posuniętą neurotyczność, coraz płytszą i bardziej niestabilną tożsamość, której realizacja ogranicza się do autoekspresji skupionej wokół ideału bycia niepowtarzalnym. Skutkuje to jeszcze jednym wymiarem dematerializacji rzeczy. Wspomniany ideał autokreacji może być realizowany jedynie poprzez nieustanne, mocno angażujące świadomość dokonywanie wyborów, za pomocą jakich rzeczy i jakim przypisywanym im znaczeniom może udać się go osiągnąć. Stając się przedmiotem refleksji, rzeczy tracą swą oczywistość, przez co trudniej pełnią funkcję osi, wokół której dyskretnie może krystalizować się codzienne życie z jego nawykami i „zwykłymi momentami”.

Opisane tu pokrótce procesy ulatniania się z rzeczy ich materialności nie stanowią odbicia rzeczywistości w skali jeden do jednego. Przybliżają jedynie pewne tendencje, którym współczesne rzeczy podlegają. Nie mają też one charakteru deterministycznego, choć ich systemowa legitymizacja, bookajaka dokonuje się w ramach kapitalizmu, nie pozwala na ich bagatelizowanie. Im jednak one same i ich skutki stają się bardziej widoczne, tym coraz wyraźniejszy opór napotykają. W sferze namysłu humanistycznego przejawia się on w wyraźnie widocznym już od dłuższego czasu „zwrocie ku materialności”, który stara się uczynić zwykłą rzecz wraz ze wszystkimi towarzyszącymi jej sferami życia pełnoprawnym obiektem refleksji filozoficznej, socjologicznej i antropologicznej. „W życiu” natomiast przybiera postać oddolnych, ale chyba rosnących w siłę działań, które mają przywracać rzeczom właściwą im miarę i miejsce w jednostkowej egzystencji, a także rehabilitować ich wymiar materialny. Dokonuje się to na różne sposoby: czy to przez ograniczenie posiadania, które każe zwrócić uwagę na trwałość przedmiotów, wydłuża okres ich użytkowania, pozwala na ich udomowienie oraz zaakceptowanie ich niedoskonałości i oporności, czy przez przechwycenie produkcji rzeczy i ich samodzielne wytwarzanie, udoskonalanie lub naprawianie czy też poprzez znajdowanie dla nich nowych zastosowań.

Wszystkie te działania w pewnym sensie podejmują i realizują rzucone niegdyś wezwanie: „z powrotem do rzeczy”. Być może ono samo, tak jak i to, że niestrudzenie powraca ono w nowej odsłonie, mówi o nas więcej niż niejeden solenny traktat filozoficzny. W końcu też to nie rzeczy o nas rozstrzygają, ale nasz stosunek do nich.

_

1 M. Krajewski, Są takie rzeczy, Warszawa 2013, s. 57.

2 Zob. tamże, s. 36.

3 Cyt. za: J. Barański, Świat rzeczy. Zarys antropologiczny, Kraków 2007, s. 333.

4 S. Latouche, Mały traktat o odejściu od wzrostu, „Autoportret” 2014, nr 43, s. 10.

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter