70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Ten, który chciał pogodzić I sekretarza z księdzem prymasem

Dzienniki Jerzego Zawieyskiego to bardzo ważne źródło wiedzy o współczesnej historii Polski: pokazują nie tylko kulisy zdarzeń blisko szczytu władzy PRL, ale może przede wszystkim tło – kontekst rzucający snop światła na motywy niektórych decyzji podejmowanych np. przez Gomułkę. Wypływa to, jak sądzę, przede wszystkim z osobowości ich autora.

Jerzy Zawieyski nie był politykiem, tylko artystą – w „wielkiej” polityce znalazł się nieco przypadkowo. Wrażliwy społecznie, bliski był lewicy, jednak po wojnie nie związał się z komunistami, nie szedł na kompromisy – nie publikował w latach stalinowskich. W październiku 1956 r. współtworzył – wyrastający z klubów młodej inteligencji, których najbardziej znanym przykładem jest Klub Krzywego Koła – Ogólnopolski Klub Postępowej Inteligencji Katolickiej, z którego wyłoniły się Kluby Inteligencji Katolickiej. W tym czasie został posłem na Sejm, jednym z reprezentantów „katolików” (używane wówczas wspólne określenie na różne zaangażowane społecznie środowiska odwołujące się do katolicyzmu, takie jak koło poselskie „Znak”, PAX czy mająca w nim korzenie „Więź” i grupa Frankowskiego, tj. późniejsze ChSS) – Gomułce zależało wówczas na szerokiej koalicji przedwyborczej, która miała dać mu mandat reprezentanta całego narodu. Podczas tego „przypływu nadziei” na realne zmiany Zawieyski zostaje wiceprezesem Związku Literatów Polskich oraz – co ważniejsze – jednym z członków Rady Państwa, czyli „kolegialnego prezydenta”. (Należy jednak pamiętać, że faktycznym dysponentem władzy w PRL była jednak partia, to tam zapadały decyzje – rząd na ogół zajmował się administrowaniem, a Rada Państwa miała zwykle symboliczne znaczenie; nominalnie, według zapisów Konstytucji PRL, była najwyższym organem władzy).

„Naiwny i heroiczny”

Sytuacja Zawieyskiego była pełna paradoksów: „katolik” we władzach PRL; u władzy, ale tylko nominalnie, nie na szczycie, jak mogłoby się wydawać – stanowisko zajmowane przez Zawieyskiego było wysokie jedynie reprezentacyjnie; faktyczne decyzje zapadały nawet nie tyle w partii, ile w kilkuosobowym gronie (w dodatku, jak pokazują badania historyków, nieformalnie, bowiem Biuro Polityczne w latach Gomułki traciło na znaczeniu – decyzje podejmował on sam albo jego zaufani, tacy jak Kliszko; w tej dworskiej atmosferze rozgrywał walkę o wpływy m.in. wiceminister, a później minister spraw wewnętrznych, Moczar).

Zawieyski był na świeczniku, ale czasem wiedział mniej niż ludzie zajmujący mniej ważne stanowiska a zainteresowani polityką, zbierający i porównujący plotki, wyławiający z nich sprawdzone fakty. Zaskakuje i zdumiewa – z wygodnej perspektywy fotela pół wieku po przedstawianych zdarzeniach – postawa autora dziennika, którą można poniewczasie ocenić jako naiwność, a która wynikała z jego delikatności i wrażliwości. Od razu zastrzegam, że używam określenia „naiwność”, patrząc z perspektywy czysto pragmatycznej, czysto logicznie, nie emocjonalnie, bo słowo to jest nacechowane pejoratywnie. Nie sądzę natomiast, aby taka niekorzystna ocena w stosunku do Zawieyskiego była prawdziwa. Słowa tego używam wyłącznie w funkcji opisowej, nie oceniającej. Na kartach dziennika Jerzy Zawieyski jawi się jako postać tragiczna. Nie słowami, a życiem poświęcił się polityce, przy czym rozumiał ją nawet nie tyle jako służbę, ile dosłownie jako krzyż, który wziął na swoje barki. Owszem, politycy czasem mu imponowali, czuł się wyróżniony różnymi oznakami swojej formalnej (bo przecież nie faktycznej) pozycji – nie zmieniło go to jednak. Końcem jego kariery był jedyny w Sejmie PRL głos sprzeciwu wobec polityki władz w marcu 1968 r., kiedy w imieniu koła poselskiego „Znak” protestował przeciw pobiciu przez „nieznanych sprawców” Stefana Kisielewskiego, broniąc pisarzy i studentów. Będąc dramatopisarzem, sam dostrzegał dramatyzm swojego życia – Marian Brandys w poświęconym mu eseju opisuje jego studia nad postacią Rejtana; postawa Zawieyskiego w 1968 r. była przecież nie mniej dramatyczna. Suchy kronikarski zapis nie odda tak dobrze ówczesnej rzeczywistości jak literackie dzieło Brandysa, pokazującego istny „korowód diabłów”, który dotknął Zawieyskiego na sejmowej sali i później. Jego „naiwność” była bliska postawie ewangelicznych prostaczków. Odpowiedniej do opisu postawy Zawieyskiego formuły użyła Barbara Tyszkiewicz: to był człowiek „naiwny i heroiczny”.

Dziennik: zwierciadło epoki

Prostolinijne zapiski Zawieyskiego stanowią ważne źródło umożliwiające lepsze zrozumienie PRL czasów Gomułki – okres ten często widzimy dziś przez pryzmat lat 80., ostatniego doświadczenia; tymczasem to była inna epoka. Hasło klucz „mała stabilizacja” jedynie w części – czyli nieprawdziwie – opisuje jej złożoność, tworząc fałszywy stereotyp, co pokazał Marcin Zaremba; w sferze władzy i zmian społecznych były to lata bardzo dynamicznie. Trwała walka o władzę, okresy spokoju przerywane były protestami, aresztowaniami czy procesami – przypomnijmy tylko niektóre z nich: zamknięcie „Po Prostu”, procesy Rewskiej, Rudzińskiej, aresztowanie Kornackiego, spór o kościół w Nowej Hucie, rozwiązanie Klubu Krzywego Koła, zamknięcie dwóch kolejnych czasopism kulturalnych (formalnie – ich połączenie, będące w rzeczywistości przyznaniem wyłączności w tym zakresie środowiskom powiązanym z jedną z grup w partii, której przywódcą był Moczar – tj. utworzenie warszawskiej „Kultury”), List 34, aresztowanie Wańkowicza czy wreszcie – marzec 1968.

Dziennik Zawieyskiego pokazuje nam tę epokę z miejsca szczególnego – możemy zobaczyć dynamikę zmian, a przede wszystkim obumieranie nadziei wzbudzonych październikiem 1956 r., w którym pewne osoby proroczo (por. wydane fragmenty dziennika Jana Józefa Lipskiego) widziały „koniec krótkiej wiosny w naszym kraju”. Ówczesna rzeczywistość jawi się nam jako mozaika wielu środowisk, które stopniowo są marginalizowane, jednak jeszcze kilka lat po 1956 r. odgrywają dużą rolę. Niczym średniowieczne królestwa i księstwa przemykają nam przed oczami kolejne grupy „katolików” i istniejące między nimi podziały („Znak”, „Więź” i różnice między Zabłockim a Mazowieckim, PAX…). Jako potencjalny „ideowy koalicjant” widzimy Klub Krzywego Koła – z dziennika Zawieyskiego wynika, jak wielką wagę przywiązywał on do wygłoszonego na spotkaniu Klubu odczytu w lutym 1959 r.

Paradoksy PRL należy osadzić w odpowiednim kontekście – zauważmy, że „następcą” Zawieyskiego jako reprezentanta „katolików” w Radzie Państwa był… przywódca Stowarzyszenia PAX Bolesław Piasecki (dopowiedzmy, że dopiero za czasów Gierka, od 1971 r.). Dziennik pokazuje wiele tych paradoksów. Jak wynika z zachowanych materiałów MSW, Zawieyski – w końcu członek kolegialnej „głowy państwa” – traktowany był nieomal jak każdy obywatel PRL; Andrzej Friszke pisze w przedmowie o podsłuchu w jego mieszkaniu.

Czytając każdy dziennik, staramy się dostrzec w nim epokę; zapiski Zawieyskiego pokazują wiele szczegółów, które rekonstruują nam lata 1955–1969. Szczegóły te z dzisiejszej perspektywy bywają anegdotyczne (wówczas np. kiedy w lutym 1956 r. Zawieyski, sam dramaturg, opisuje rozmowę w gronie przyjaciół, którzy dziwili się, „że mądry, wykształcony, inteligentny ks. Wojtyła napisał sztukę… niemoralną”, por. t. I, s. 201 – mowa o Bracie naszego Boga). Dostrzegamy semiotyczny wymiar rzeczywistości – genius loci, np. usytuowanie budynku kościoła katolickiego w Moskwie, wciśniętego między budynki KGB (t. I, s. 658).

Na plan pierwszy wysuwa się nieustanna obawa; w sferze wewnętrznej był to strach przed powrotem stalinizmu (np. przy okazji zmian w rządzie jesienią 1959 r.) – Zawieyski notuje, że obawia się „zamordyzmu” (t. I, s. 690) „w wydawnictwach, redakcjach, teatrach, w filmie”. To czas kiedy z pracy usuwano wiele osób – wiemy o Janie Józefie Lipskim i Aleksandrze Małachowskim, ale było ich więcej. Z lektury zapisków Zawieyskiego wynika, że jedną z dominujących wśród ludzi w PRL emocji (czy precyzyjniej: wśród warstwy inteligenckiej) był właśnie strach: w sferze wewnętrznej, ale i zewnętrznej: przed wojną (lub wymuszoną zmianą granic). Dzienniki pokazują nam, jak bardzo strach wpływał na odbiór rzeczywistości. Zawieyski wprost werbalizuje swoje odczucia: „podświadomie przeżywam, jak wszyscy, potworny lęk przed wojną” (t. II, s. 128).

Zauważmy, że im silniejszy był ten strach, tym bardziej zacieśniał się węzeł zależności od ZSRR. Sądzę, że wiele osób podpisałoby się pod wyrażoną przez Zawieyskiego w 1959 r. obawą, że „jeżeli dojdzie do przetargów i kompromisów, Związek Radziecki przedmiotem przetargu uczyni ziemie nad Nysą oraz Szczecin (…)” (t. I, s. 630; przypomnijmy, że formalne uznanie polskiej granicy zachodniej nastąpi dopiero w roku 1990!). Strach przed Niemcami czynił PRL zakładnikiem Moskwy – widać to wyraźnie dopiero post factum, natomiast wówczas dostrzegali to tylko nieliczni.

Mediator i piorunochron

Fakt, że Zawieyski był artystą, a nie politykiem, wpływa na jego dziennik, ponieważ notuje on nie tyle fakty, zdarzenia, nazwiska, ile wrażenia. Stąd mamy oczywiście poruszający psychologiczny autoportret samego Zawieyskiego, ale także psychologiczno-emocjonalne portrety Gomułki czy Wyszyńskiego. Dziennik ten stanowi bowiem zapiski osoby, która jako fundamentalny cel postawiła sobie doprowadzenie do porozumienia między oboma wielkimi przeciwnikami; nie-liczne szczęśliwe dni Zawieyskiego to, jak notuje, chwile kiedy wydaje mu się, że do takiego porozumienia może doprowadzić (np. kiedy ksiądz prymas zgadza się na spotkanie z I sekretarzem, którego Zawieyski wcześniej do tego przekonywał). Dni przepełnione depresją zdarzają się wówczas, gdy perspektywa porozumienia się oddala (np. kiedy Wyszyński zmienia swoją decyzję). Warto przywołać w pamięci średniowieczny spór o inwestyturę – w warunkach PRL konflikt ów był oczywiście czysto symboliczny, chodziło tu bowiem o aspekt psychologiczny, zaostrzany przez osobowości zarówno Gomułki, jak i Wyszyńskiego, mniej lub bardziej autokratyczne. Bodaj najbardziej w owym czasie musiały one dotykać człowieka, który chciał być między nimi mediatorem, a bywał piorunochronem zbierającym emocje obu przywódców.

Zawieyski był przy tym bardzo wrażliwy na opinie innych. Chciał być dobrze odbierany przez wszystkich; odczuwał osobistą przykrość, kiedy tak nie było. W zapiskach wciąż powracają dwa bieguny: „wielka radość” (np. po ukazaniu się jego tekstu w „Tygodniku Powszechnym”) i „wielki smutek”. Autorem targały skrajne emocje. Był człowiekiem o wielkiej wrażliwości, często nie widział przy tym pragmatycznego wymiaru rzeczywistości politycznej. (Zauważmy, że zupełnie inne sfery życia i sposób reagowania na rzeczywistość, bardziej „polityczne” – i mimo poczucia realizmu, nonkonformistyczne – mieli choćby tak różni od siebie Stefan Kisielewski i Jan Józef Lipski).

Czytając jego dziennik, trudno mu nie współczuć. I to znacznie wcześniej niż za czasów nagonki zakończonej wylewem krwi do mózgu. Wiele razy pisze o „ciężkich, upiornych godzinach”; jest w sytuacji podwójnie trudnej – jako reprezentant „katolików” traktowany podejrzliwie przez władze, jako osoba w oficjalnych strukturach państwa niezbyt ufnie przez księdza prymasa. Życie Zawieyskiego dodatkowo komplikuje jego sytuacja osobista – wrażliwość społeczna i bliskość tradycji Kościoła otwartego, dawne bliskie stosunki z prymasem, odwołującym się do masowej pobożności; niewiele dowiemy się z dziennika o życiu prywatnym, ale jego sytuacja osobista mogła prowadzić do problemów z samoakceptacją. „Homoseksualna orientacja Zawieyskiego nie była tajemnicą” – napisał we wstępie Andrzej Friszke. Było to jednak wówczas tabu, a homoseksualizm dla niego samego stanowił może najważniejsze – a zapewne jedno z ważniejszych – źródeł wewnętrznego rozdwojenia.

Trzy cytaty: „wróciłem do domu z poczuciem, że dotknąłem dna. Było mi wstyd, było mi tak, jakbym doznał pohańbienia. A że działo się to w Belwederze, właśnie w Belwederze, miało dodatkowe, symboliczne znaczenie” (t. I, s. 652 – rok 1959); „każde posiedzenie Rady Państwa jest dla mnie koszmarem. I zawsze zadaję sobie pytanie: po co tu jestem?” (t. II, s. 184 – rok 1962); „jestem potwornie uwikłany, mam poczucie, że znajduję się w sieci, w niewoli beznadziejnej” (t. II, s. 668 – rok 1967). Po jednej z kolejnych rozmów z Gomułką, sprzeciwiającym się wyjazdowi prymasa na synod do Rzymu, daremnie próbując spotkać się z Wyszyńskim, na drugi dzień czuje się „jak po ciężkiej chorobie” (t. II, s. 690); można przypuszczać, że ten długotrwały stres wpływał także i bezpośrednio na pogarszanie się stanu zdrowia Zawieyskiego.

Dojmujące poczucie wewnętrznego rozdarcia narasta w czasie pacyfikacji protestów studentów w marcu 1968 r. „Te wypadki przyprawiają mnie o rozpacz” – pisał 9 marca. Dzień wcześniej notował, że jest „rozbity moralnie, w rozpaczy. (…) Straszna sytuacja! Nie wiem, co robić. Czy iść do Gomułki, czy do niego napisać, czy od razu podać się do dymisji? Ciężkie, upiorne godziny” (t. II, s. 736). Na posiedzeniach koła „Znak” zastanawiano się, jak reagować – ten częsty dylemat ustalania linii między kompromisem a ideałami! Zawieyski notuje, że „nawala” mu serce. Na pewno nie będzie głosował za rezolucją partii, ale czy przeciw, czy wystarczy wstrzymać się od głosu? W wyniku kryzysu z koła występuje Zabłocki, namawiający wówczas do poparcia deklaracji PZPR. Zawieyski pisze przemówienie, które ma wygłosić na posiedzeniu Sejmu w imieniu koła posłów „Znak”; jednak pod wpływem przemówień krytykujących ich stanowisko (co bardzo plastycznie ukazuje esej Mariana Brandysa poświęcony Zawieyskiemu), „do głębi oburzony, obrażony i wstrząśnięty”, wychodzi na mównicę, przedstawiany jako „resztówka reakcji” – i wygłasza zupełnie inne wystąpienie od przygotowywanego, przerywane głośnymi docinkami wielu posłów. Nawet w dzienniku widać gniew niosący wówczas tego zwykle tak łagodnego człowieka. Nie mógł milczeć, nie mógł być dyplomatą. Na drugi dzień – „sabat czarownic”, notuje. Rezygnuje ze stanowiska w Radzie Państwa. „Moralnie (…) uwolniony od zgryzot”, szwankuje mu zdrowie. „Jestem tak połamany, że ciągle płaczę”. Dowiaduje się o żądaniach usunięcia go z Sejmu – „w ten sposób wykończą mnie całkowicie materialnie”.

Rok później doznaje udaru mózgu, po dalszych dwóch miesiącach umiera, wypadając z balkonu rządowej kliniki.

Uwagi edytorskie

Wydanie dziennika Jerzego Zawieyskiego jest ważnym wydarzeniem i warto dziękować „Karcie” za podjęty wysiłek; niewiele było trzeba, aby edycja ta była jeszcze lepsza. Tradycyjnie, niestety, odnotować trzeba brak żywej paginy, który utrudnia lekturę tekstu takiego jak dziennik, obejmującego kilka lat. Dziennik opatrzony jest indeksem nazwisk oraz, co cenne, słownikiem biograficznym wybranych osób wymienionych w tekście.

Przypisy, choć na ogół stanowią dobre wprowadzenie w kontekst dziennika, czasem sprawiają wrażenie szkicu (np. kiedy czytamy o frakcji „partyzantów”, w t. II, s. 466 – może warto napisać, kiedy zrodziło się to określenie, kto go pierwszy użył, i nieco doprecyzować – „w pierwszej połowie lat 60.”. Moczar był przez większość czasu wiceministrem, ministrem został dopiero jesienią 1964 r.). Czasem zdarza się też zbyt pośpieszna interpretacja – np. czy faktycznie Cyrankiewicz w rozmowie z częścią sygnatariuszy Listu 34 „zademonstrował nastawienie pojednawcze” (przypis w t. II, s. 387), czy wpisywał się w taktykę podziału sygnatariuszy na dobrych, ale „zwiedzionych”, i „złych” („inspiratorów”)?

Wydawcy zaznaczają opuszczenia w tekście, zastanawiam się jednak, czy w takich sytuacjach nie warto informować czytelnika o skali opuszczeń, jak to zrobił Paweł Rodak w edycji Pamiętnika Andrzeja Trzebińskiego – wiedza, czy opuszczono kilka zdań czy stron, jest jednak istotna.

Świadectwo

Ten dziennik to dokument bardzo intymny – mimo nieobecności fragmentów o charakterze zapewne bardziej osobistym nawet to, co zostało, może wzbudzić w czytelniku współczucie: Zawieyski czuł się zmuszony do uczestniczenia w polityce, do której nie miał odpowiednio twardej skóry – zbyt był wyczulony na uczucia innych, zbyt wrażliwy na ich opinie o sobie i swoich działaniach.

Jego aktywność publiczna, „zasiadanie” w Radzie Państwa – które traktował nie jako synekurę, ale jako zobowiązanie – ta „wielka” polityka na pewno skróciła mu życie. Po lekturze dziennika można odnieść wrażenie, że Zawieyski był człowiekiem całkowicie niepolitycznym, któremu politycy imponowali. Był zupełnie inny niż Kisielewski – ale zapewne właśnie przez te swoje cechy, niestety, odpowiedni do roli, która go po prostu zabijała: roli pośrednika między dwoma osobowościami znajdującymi się w czasach PRL na przeciwnych biegunach: Gomułką a Wyszyńskim.

Poza poruszającym świadectwem kosztów bycia takim „łącznikiem” między walczącymi o „rząd dusz” dzienniki Zawieyskiego stanowią ważne źródło wiedzy z zakresu historii PRL – nie tyle dzięki pokazywaniu kulis (ich autor często nie był za nie wpuszczany), ile dzięki zarysowanym portretom psychologicznym i ukazaniu dynamizmu toczących się procesów. Zawieyski był jednym z bohaterów iście szekspirowskiego dramatu toczącego się między „starymi komunistami” typu Gomułki czy Kliszki a prymasem Wyszyńskim.

To lektura obowiązkowa dla wszystkich zainteresowanych historią najnowszą Polski, o której możemy dowiedzieć się o wiele więcej dzięki osadzonym w kontekście szczegółom. Dziennik to także didaskalia do największego dramatu Zawieyskiego: końcowych lat jego życia.

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter