70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Narodziny – cud czy wynalazek?

Nasze problemy z początkiem życia pokazują, że jesteśmy ze swoim człowieczeństwem i wyobraźnią daleko w tyle za możliwościami, które sami sobie stworzyliśmy. I trochę się gubimy, raz twierdząc, że tak naprawdę nic się nie zmieniło i nowe możliwości służą jedynie realizowaniu starych wartości, innym razem, że kreują one przed nami całkiem nowe dylematy. A pewnie trzeba by przyznać, że dzieje się równocześnie i to, i to, choć bardzo trudno się w ich prawdziwym znaczeniu rozeznać.

Czy mieć dziecko? To jedno z najmłodszych egzystencjalnych pytań ludzkości, jakkolwiek dziwacznie to brzmi. Kiedyś się nie pojawiało, a jeśli już, to w ściśle ograniczonym kontekście: wyboru drogi życiowej wiążącej się ze wstrzemięźliwością seksualną lub trudnymi warunkami życia, które taką wstrzemięźliwość czyniły wskazaną. A i w takich okolicznościach obecność tego pytania jest nader ograniczona, o czym najlepiej być może świadczy to, że wiele dzieci rodziło się i rodzi w czasie wojny czy w skrajnej biedzie. Dla wielu ludzi na świecie pytanie to nadal nie istnieje. Dzieci po prostu pojawiają się lub nie – to kwestia losu, naturalnego biegu rzeczy.

Mimo to ranga i wydźwięk wspomnianego pytania uległy diametralnej zmianie, z peryferii ludzkich dylematów przenosząc je w centrum tego, co szumnie zwie się kondycją ludzką. Kiedy to się stało? Po raz pierwszy wraz z powstaniem pigułki antykoncepcyjnej, która oddzieliła współżycie seksualne od płodzenia dzieci. Po raz drugi wraz z rozwojem medycyny i pojawieniem się możliwości sztucznego zapłodnienia, które płodzenie dzieci oddzieliło od aktu seksualnego. Ogromny postęp w wiedzy na temat początków życia, który dokonał się w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat,sprawił, że pytanie to przestało być kwestią marginalną i niesamoistną. Dziś pada ono tam, gdzie wcześniej nigdy by się nie pojawiło. Tam, czyli gdzie?

Rodzice wczoraj i dziś

Przede wszystkim u tych osób, które kiedyś po prostu zostawały rodzicami, którym dziecko „przydarzało się”, w jak najbardziej pozytywnym sensie tego słowa, jako konsekwencja wspólnego życia. A więc pośród kobiet i mężczyzn żyjących ze sobą w trwałych związkach. Dziś powszechne wśród przeważającej ilości par pytanie: „Kiedy zdecydować się na dziecko?”, poprzedza coraz częściej to bardziej fundamentalne: „Czy w ogóle je mieć?”. Ale to możliwość postawienia tego pierwszego wywołała to drugie, nie odwrotnie. Skoro bowiem możemy kontrolować poczęcie, decydować o tym, kiedy ma do niego dojść, to znaczy, że jesteśmy za nie odpowiedzialni, że leży ono w naszych rękach. I już samo to – możliwość wyboru – czyni decyzję o poczęciu dziecka trudniejszą. Nie jest już ono czymś oczywistym, naturalnym, czymś nieuchronnym (przynajmniej nie w takim stopniu jak kiedyś), lecz – jak każda decyzja – potrzebuje uzasadnień. To jednak nie sama możliwość wyboru przesądza o tym, że pozytywna odpowiedź na pytanie o to, czy mieć dziecko, coraz częściej musi mierzyć się ze swoim przeciwieństwem. W pewnym sensie możliwość ta istniała bowiem zawsze. Co innego wcześniej jednak oznaczała i z innego rodzaju odpowiedzialnością się wiązała. Można było zdecydować się na nieposiadanie dziecka, ale wymagało to dużego wysiłku, pociągało za sobą zmianę życia, obranie takiej jego formy, która odróżniała się od formy życia większości ludzi. Zazwyczaj decyzja o nieposiadaniu dziecka nie była podejmowana ze względu na nią samą, lecz podporządkowana innej, ważniejszej sprawie, która przesądzała o słuszności dobrowolnie obranej bezdzietności i w pewnym sensie ją usprawiedliwiała. Dziś bezdzietność nie potrzebuje takich zewnętrznych uzasadnień lub potrzebuje ich coraz mniej. To posiadanie dzieci, a nie rezygnacja z nich, wydaje się wielkim życiowym wyzwaniem, które jeśli się go nie zarzuca w ogóle, to co najmniej odkłada coraz bardziej w czasie.

Koncepcja antynaturalna

Dlaczego? Powodów jest wiele, i to różnorakich. Jednym z najważniejszych jest z pewnością przełom kulturowy, któremu w latach 60. rozpędu nadało wynalezienie pigułki antykoncepcyjnej. Bezdzietność stała się łatwiejsza i niejako bardziej „naturalna”, od kiedy nie wymaga wstrzemięźliwości seksualnej. Nawet nie uciekając się do sztucznej antykoncepcji, przy obecnej i coraz bardziej powszechnej wiedzy na temat cyklu owulacyjnego kobiety oraz procesu zapłodnienia, a także przy równoczesnej większej akceptacji dla innych form współżycia seksualnego niż tylko stosunek dopochwowy, uniknięcie poczęcia nie wiąże się z tak dużymi jak niegdyś „kosztami”, nie wymaga zmiany życia i całkowitej rezygnacji z realizacji potrzeby bliskości fizycznej. Dziś to bezdzietność jest niejako „naturalnym” stanem wyjściowym żyjących ze sobą mężczyzn i kobiet. Dziecko zaś świadomym tego stanu przełamaniem. Na pewno istnieje pewien nacisk społeczny (głównie ze strony rodziny, starszego pokolenia), by młodzi ludzie, osiągnąwszy pewien status społeczny, stabilność finansową, na dziecko się zdecydowali. Ale niepodejmowanie tej decyzji i odwlekanie jej w czasie nie wiąże się z ostracyzmem. Co prawda, życie bez dzieci wciąż nierzadko określa się jako egoistyczne i jałowe, bo nieprzekazujące życia dalej, oraz jako niepełne, bo pozbawione doświadczenia macierzyństwa czy ojcostwa, ale coraz większa jest także świadomość tego, że nie inne pobudki niż egoistyczne ku rodzicielstwu w dużej mierze popychają. Nade wszystko jednak zmienia się kultura, w której żyjemy, i przewartościowaniu ulegają role życiowe. Już samo pozostawanie w związku, nie wspominając o znaczącej dywersyfikacji sposobów, na jakie ludzie dziś ze sobą są, nie jest tak silnym jak niegdyś składnikiem poczucia własnej wartości. Bycie rodzicem przestaje być rolą uprzywilejowaną. Jest tylko jedną z wielu ról, które człowiek powinien w swoim życiu umiejętnie ze sobą łączyć.

Przede wszystkim jednak spojrzenie na rodzicielstwo jako na pewną życiową rolę, którą się dobrowolnie podejmuje, nie zaś jako na sferę życiowej konieczności, czyni coraz silniejszym przeświadczenie, że dziecko nie powinno się w życiu tak po prostu przydarzyć, jego pojawienie się na tym świecie nie powinno być kwestią przypadku, zrządzenia losu, a „przydarzanie się”, jakkolwiek pozytywnie by na nie spojrzeć, element przypadkowości w sobie niesie. Narodziny wciąż bywają odczuwane jako błogosławieństwo i dar Boga, ale nie powinny, niezapowiedziane, spadać z nieba, bez przygotowania ze strony rodziców. Rosnąca nieufność wobec „przydarzania się” dziecka wynika z coraz dogłębniej uświadamianej sobieza nie odpowiedzialności. Ale też odpowiedzialność ta poszerza się o coraz to nowe aspekty. Nie ogranicza się tylko do tego, by dziecko, gdy już się pojawi, było chciane, nawet jeśli nie było wcześniej planowane. Skoro możemy kontrolować poczęcie, to powinno się ono wydarzyć w odpowiednim momencie naszego życia. Przede wszystkim wtedy gdy na dziecko nas stać. I nie chodzi tylko o zaspokojenie podstawowych potrzeb życiowych, ale stworzenie mu materialnych warunków na satysfakcjonujące życie, którego standardy stają się coraz bardziej wyśrubowane (dziś obejmują one na pewno także dobrą edukację oraz możliwość rozwoju pasji i zainteresowań).

Nie tylko aspekt materialny jest ważny, a bycie dobrym, odpowiedzialnym rodzicem do niego się nie ogranicza. Trzeba być także osobą dojrzałą psychicznie, świadomą swoich mocnych i słabych stron, sposobów działania, znać główne filary swojej konstytucji psychicznej i umieć choć w pewnej mierze ocenić, czy będzie się potrafiło zapewnić dziecku także w tym aspekcie warunki do szczęśliwego życia, czy uda nam się z nim stworzyć dobrą i zdrową, wielowymiarową relację, wykraczającą poza same tylko instynkty przywiązania. To niepewność co do podołania temu właśnie aspektowi rodzicielstwa sprawia, że pozytywna odpowiedź na pytanie, czy mieć dziecko, staje się dla wielu ludzi coraz bardziej problematyczna. Tym bardziej że doświadczenie ich własnej relacji z rodzicami naznaczone jest często rozczarowaniem, a niekiedy i poczuciem krzywdy: „Jeśli im nie udało się dobrze wywiązać z tej trudnej roli, to jaką mogę mieć pewność, że ja jej podołam?”. Rosnąca wiedza o tym, że nasza psychika, osobowość, charakter, schematy postępowania w bardzo dużym stopniu kształtują się właśnie w dzieciństwie, w relacji z rodzicami, niepewność tę jedynie potęguje, już o całym chcianym i niechcianym dziedzictwie, jakie otrzymujemy wraz z genami nie wspominając – a nie wspomnieć właśnie nie sposób.

Coraz więcej wiemy dziś o ludzkim genomie jako źródle naszych cech fizycznych, psychicznych i umysłowych (w tym stanowiącej fetysz współczesnego świata inteligencji), ale także potencjalnych chorób i wad. Coraz precyzyjniej potrafimy określić, które geny za co odpowiadają, w jaki sposób działają i łączą się z innymi, dając w efekcie takie, a nie inne rezultaty – niekiedy zachwycająco piękne jak niespotykana uroda, niezwykły głos, wyjątkowe zdolności matematyczne, innym razem przerażająco smutne jak nieznana prowadząca do śmierci lub przysparzająca ogromnego cierpienia choroba czy też trwałe upośledzenie. Nie jest to tylko wiedza. W ślad za nią idą konkretne umiejętności i możliwości, te zaś zdają się wyznaczać kolejne wymiary odpowiedzialności, które odpowiedź na pytanie o to, czy mieć dziecko, czynią jeszcze trudniejszą, jeszcze mniej oczywistą.

Prenatalne rozterki

Kolejny aspekt odpowiedzialności towarzyszącej narodzinom wiąże się z nieobecną wcześniej możliwością diagnostyki prenatalnej. Badania te pozwalają wykryć wady płodu już we wczesnych miesiącach ciąży. Czy można ich zaniechać, powołując się na gotowość przyjęcia dziecka, jakiekolwiek by się ono urodziło? Można. Ale przecież pozwalają one na leczenie wielu wad jeszcze w okresie płodowym. Z drugiej strony wykrywają również wady nieuleczalne. Co zrobić, gdy są one bardzo poważne i oznaczają śmierć dziecka zaraz po urodzeniu albo, co gorsza, życie, ale w ciągłym cierpieniu, którego w żaden sposób nie nazwalibyśmy „satysfakcjonującym”? Jak wtedy, gdy dziecko już jest, gdy już się poczęło, odpowiedzieć sobie na pytanie: czy je mieć? Nie tylko odpowiedź negatywna, która jest równoznaczna z decyzją o aborcji, ale także ta pozytywna, by dziecko urodzić, może budzić duży niepokój i kontrowersje: czy dziecku takiemu po urodzeniu pozwolić umrzeć, czy też starać się je ratować? Można przed takimi dylematami uciec, rezygnując z diagnostyki prenatalnej. Ale nie ucieknie się tym samym od odpowiedzialności. Decyzja taka oznacza bowiem, że bierzemy na siebie wszystkie choroby naszego dziecka, których można mu było dzięki tym badaniom oszczędzić. I może być to decyzja w pełni odpowiedzialna, tak zresztą jak pozostałe z wyżej zarysowanych. Mogą takie być wtedy, gdy podejmowane są ze świadomością konsekwencji, jakie one ze sobą pociągają, a więc także ze świadomością winy, jaką, podejmując każdą z nich, na siebie zaciągamy. Nawet odmowa wyboru jest pewnym wyborem.

Kolejna trudność: co wówczas, gdy w rodzinie pojawiają się choroby genetyczne, które potomstwo może odziedziczyć? Jak wtedy odpowiedzieć na pytanie: czy mieć dziecko? Istnieją badania genetyczne, ale czy należy im się poddawać? Rozsądek opowiada się za nimi, żeby móc ocenić prawdopodobieństwo choroby u dziecka. Ale jeśli nawet się okaże, że jest ono wysokie, to czy powinno się z dziecka zretematzygnować? Czy zaakceptować ryzyko, czy też starać się je wykluczyć, uciekając się do sztucznego zapłodnienia, które umożliwia badanie i selekcję gamet tylko z dobrym, nieuszkodzonym materiałem genetycznym jeszcze przed ich połączeniem się? Ale poddanie się tej procedurze także nie rozwieje wszystkich wątpliwości. Nawet w przypadku zdrowych gamet może dojść do samorzutnych mutacji genetycznych, które stwierdzić można będzie dopiero po zapłodnieniu. Ale i im możemy do pewnego stopnia zaradzić. Badania preimplantacyjne pozwalają wybrać tylko te ze stworzonych metodą in vitro zarodków, które nie są obciążone wadami genetycznymi, i tylko tym pozwolić się rozwinąć w płód w macicy kobiety. Co jednak z pozostałymi zarodkami? A nawet gdyby pozostać tylko przy selekcji najlepszych, najbardziej odpowiadających pod względem genomu gamet, by nie mierzyć się z problemem zbędnych zarodków, to czy taki dobór materiału genetycznego nie jest działaniem przypominającym projektowanie dziecka? Można odpowiedzieć twierdząco, ale w tym przypadku działanie takie jest uzasadnione, gdyż podyktowane jest obawą przed przekazaniem dziedzicznych chorób.

Ruletka naturalnego poczęcia

Czy jednak może się ono do takich przypadków ograniczyć? Wydaje się, że nie. Wystarczy sobie bowiem uświadomić, czym jest naturalne poczęcie w porównaniu z zapłodnieniem kontrolowanym, w którym mamy pewność (nie ostateczną, ale bardzo dużą), jakiej jakości jest materiał genetyczny, z którego powstanie nowe życie. Pryzmat laboratoryjnego szkła nie pozostawia cienia wątpliwości: naturalne poczęcie to czysta ruletka, niekiedy może prawdziwie wirtuozowska, ale jednak gra przypadku. Jeśli zaś jeden z najbardziej dziś znaczących aspektów odpowiedzialności przejawia się w wysiłkach, by przypadkowości się przeciwstawić, to wydaje się tylko kwestią czasu rozpowszechnienie metody in vitro także wśród tych par, które co prawda mogłyby mieć dzieci naturalnie, ale zechcą wyeliminować wiążące się z zapłodnieniem naturalnym ryzyko. Być może naturalne poczęcie będzie w przyszłości traktowane jako „wpadka”, która może się co prawda zdarzyć, ale nie jest dobrze widziana, bo świadczy o niefrasobliwej, nieodpowiedzialnej postawie.

Taka wizja wydaje się na pierwszy rzut oka nieprawdopodobna, przy bliższym wejrzeniu może nawet trochę niesmaczna, ale po namyśle zniewala tkwiącą w niej konsekwencją. Pomijając wszystko inne, przemawia za nią najbardziej prymitywny, a zarazem najsilniejszy „argument”, jaki wymyśliła ludzkość: to po prostu jest możliwe. Czy znajdą się jeszcze jakieś inne, przeciwstawiające się jej? Można by przeciw takiemu scenariuszowi, tak jak przeciw innym technologicznym ingerencjom w początek życia ludzkiego, wysuwać różne argumenty „z natury”. Ale dosyć łatwo jest je odeprzeć, wskazując, że natura nie jest doskonała, pełno w niej niedociągnięć i człowiek od zawsze starał się przekroczyć jej ograniczenia, że na tym właśnie przekraczaniu w pewnym sensie ukształtowało się jego człowieczeństwo.

Można przekonywać, że takie zakrojone na szeroką skalę i podejmowane za wszelką cenę działania, zmierzające do tego, by ryzyko choroby lub upośledzenia uczynić jak najmniejszym, są w pewnym sensie bezcelowe. Nawet bowiem przy ogromnym postępie wiedzy medycznej oraz znaczącym wzroście skuteczności metod pozwalających kontrolować poczęcie i towarzyszące mu procesy i tak nie uda się nam zupełnie wyeliminować cierpienia z ludzkiego życia. To prawda, ale to, że cierpienia nie sposób usunąć całkowicie, nie dezawuuje wysiłków, by jego ryzyko uczynić możliwie jak najmniejszym. Jest to, można by rzec, jak najbardziej naturalna potrzeba człowieka. Jej samej podważać nie sposób, ale w tym przypadku chęć minimalizacji cierpienia szczególnie niepokojąco splata się z dążeniami eugenicznymi.

Czy możemy tu jednak mówić o czymś więcej niż o niepokoju? Przeciw projektowaniu dzieci można wytaczać dwa rodzaje argumentów. Jedne z nich podnosić będą kwestię godności istoty ludzkiej, która powinnastanowić ostateczny limes wszelkich możliwych działań człowieka, a która wydaje się drastycznie naruszana, bo redukowana do statusu przedmiotu wtedy, gdy dziecko sprowadzane jest do zestawu preferowanych cech, w których można przebierać, którymi prawie dosłownie na żywej tkance można tasować. Druga grupa argumentów, z tą pierwszą zresztą w jakimś stopniu powiązana, skupia się przede wszystkim na skutkach takiego podejścia w przyszłości i stara się przekonać, że przyzwolenie na projektowanie dzieci będzie miało katastrofalne skutki dla naszej cywilizacji. Doprowadzi bowiem do niewyobrażalnego pogłębienia istniejących nierówności między ludźmi. Jeśli przyzwolimy na projektowanie ludzi, to ci, których na to stać, będą się z pomocą osiągnięć nauki w zawrotnym tempie udoskonalać, tworząc w efekcie grupę (rasę?) nadludzi. Nie muszą to być ludzie idealni, to jest raczej niemożliwe, ale wystarczy wyobrazić sobie, że będą mieli o jedną trzecią wyższą inteligencję od tej, która obecnie uchodzi za przeciętną, by uświadomić sobie, jakiego kalibru mogą być to nierówności.

Wszystkie te rodzaje argumentów niezależnie od tego, jak dobrze, jak sugestywnie i z zachowaniem jak największej dbałości o spójność wywodu byłyby przeprowadzone, wystawione naprzeciw tego jednego: „to jest możliwe”, i naszych, znających przede wszystkim doraźność, instynktów obnażają ostatecznie swoją słabość. Wszystkie one mają bowiem tak naprawdę przekonać do opowiedzenia się za określonymi wartościami oraz obrazem świata, który za nimi stoi, obrazem, który w dużej mierze odnajdujemy wciąż w otaczającej nas rzeczywistości, ale który może równie dobrze zostać zastąpiony innym.

Ale czy rzeczywiście jest to słabość? O tym ostatecznie rozstrzyga nie logika wywodu, ta jest tylko lepszym lub gorszym narzędziem, które podsuwa nam rozum, i oby zawsze występowała w swej najlepszej postaci, ale wiara w wartości, których rozum gotowy jest bronić. Każdy argument, każde uzasadnienie wyrasta z określonej formy życia. To ona wyznacza uniwersum aksjologiczne i w tym sensie to ona stanowi dla nas ostatecznie odniesienie, to ona okazuje się rozstrzygającym argumentem. A znaczy to właściwie tyle, że pewnych rzeczy nie udowodnimy sobie i nie przekonamy się o nich nawzajem dyskursywnie, lecz możemy się ich od siebie uczyć, jedynie (lub aż) pokazując to, jak żyjemy. W naszej formie życia zanurzone są bowiem wszystkie naprawdę ważne dla nas wartości; jest ona najbardziej wiarygodną i tym samym niewygodną ich ekspozycją.

Globalny rynek narodzin

Pytanie: „czy mieć dziecko?”, które rozwój medycyny pierwszy raz tak wyraźnie postawił, czyniąc jednocześnie odpowiedź nań bardzo problematyczną, pojawia się także tam, gdzie kiedyś pojawić się ono nie miało prawa. Zasadnie pytać o to, czy mieć dziecko, mogą dziś bowiem nie tylko pary dotknięte bezpłodnością, ale również osoby samotne, świadomie pozostające poza związkiem i pragnące tylko dziecka, a także pary homoseksualne. Wcześniej pytanie to w ustach tych ludzi oznaczać mogło w zasadzie jedynie pytanie o możliwość adopcji. Dziś istnienie sztucznego zapłodnienia, banków spermy i komórek jajowych oraz surogacji otwiera cały wachlarz możliwych pozytywnych odpowiedzi na to właśnie pytanie, a jeszcze większy wynikających z nich dylematów, które w niewielkiej tylko części zostały przeze mnie zarysowane powyżej.

Każdy z nich świadczy o tym, że, jak zwykle, jesteśmy ze swoim człowieczeństwem i wyobraźnią daleko w tyle za możliwościami, które sami sobie stworzyliśmy. I trochę się w nich gubimy, raz obstając przy tym, że tak naprawdę nic się nie zmieniło i nowe możliwości służą jedynie realizowaniu starych wartości i potrzeb, innym razem, że kreują one całkiem nowe sytuacje i nowe, wcześniej nieznane drogi zadzierzgania się relacji międzyludzkich, wzbogacając, ale też w jakichś aspektach zubażając, nasze doświadczenie świata. A pewnie trzeba by przyznać, że dzieje się równocześnie i to, i to, choć nieraz bardzo trudno się w tych wyrastających nagle pod naszymi stopami ścieżkach rozeznać.

Najlepiej być może kalejdoskop tych zmian widać właśnie w tym, jak nieraz nieuchwytnym i niekonsekwentnym przeobrażeniom ulega rozumienie tego, co znaczy bycie rodzicem. Wystarczy pomyśleć, że w pewnym sensie to samo pytanie: „czy mieć dziecko?”,mogą zadawać sobie surogatki oraz dawcy i dawczynie komórek rozrodczych, wcale nie w odniesieniu do dzieci, które chcą urodzić i wychować. Ile matek i ojców ma dziecko, powstałe w wyniku połączenia komórki jajowej kobiety np. Polki, która będzie je wychowywać wraz ze swym partnerem, oraz plemnika zakupionego od dawcy z USA, a urodzone zostało przez surogatkę w Indiach? Odpowiedź może się wydawać prosta. Z dumą wynikającą z uświadomienia sobie kierujących nami instynktów i prymitywnych potrzeb często dziś podkreślamy, że to nie ci są prawdziwymi rodzicami, którzy urodzili, ale ci którzy pokochali i wychowali, tym samym dając do zrozumienia, że coraz mniejsze znaczenie ma dla nas biologiczny wymiar rodzicielstwa, że dziś chcemy je rozumieć przede wszystkim jako szczególną relację osób. Ale zarazem między innymi dzięki Freudowi i jego psychoanalizie, która odcisnęła bardzo mocne piętno na naszej zachodniej świadomości, kładziemy bardzo duży nacisk na to, jak ważny dla całego dalszego życia człowieka jest jego najwcześniejszy etap i pierwsze relacje, w jakie dziecko wchodzi z rodzicami. Czy może tu stanowić wyjątek ciąża zastępcza i dziewięć miesięcy życia płodowego, czy w tym akurat przypadku nie ma to takiego znaczenia?

Dawcy spermy, zwłaszcza ci, którzy pragną pozostać anonimowi, tzn. nie chcą, by ich biologiczne potomstwo się z nimi w przyszłości kontaktowało, wysuwają często ten sam argument: że to miłość jest ważniejsza niż geny, i to ona w domyśle rozstrzyga o tym, jaką relację możemy nazwać relacją rodzicielską, a zgodnie z takim kryterium ich dawstwo nie równa się rodzicielstwu. Ale zarazem to przecież właśnie o geny, o możliwość ich doboru toczy się cała gra!

Ci dawcy zaś, którzy nie mają nic przeciwko odszukaniu ich przez swoje biologiczne dzieci, jako motyw oddania swego nasienia (poza finansowym, który jest, myślę, w większości przypadków rozstrzygający) podają powody, które zazwyczaj towarzyszą „tradycyjnemu” ojcostwu, a więc chęć pozostawienia po sobie na świecie śladu, ciekawość, w co obrócą się ich geny, a także najzwyklejsza potrzeba potomstwa, połączona z obawą, że w ich życiu może nie dojść ono do skutku, gdyż np. nie uda im się stworzyć związku, który da szansę na zostanie rodzicem. Choć zatem wszystko może wydawać się jasne i ustalone: tu mamy rodziców, tu surogatki, a tu dawców gamet, to w rzeczywistości rodzicielstwo zaczyna nam migotać nieznanymi dotąd odcieniami tak, że trzeba nieraz mocno mrużyć oczy, by móc widzieć cokolwiek. O tym, jak trudno się w tej nowej sytuacji rozeznać, najlepiej być może świadczą słowa jednego z dawców spermy: „Uważam, że to smutne, gdy dzieci nie mogą poznać prawdziwego [podkr. J. S.], biologicznego ojca. Uznałem, że to dobre dla nich, by mogły zadać mi pytanie o dziedzictwo, korzenie” (K. Domagalska, Gratulacje, to wiking!, „Duży Format”, 17 października 2013, s. 8). Czy mówi to ktoś, kto sprzedaje swoje komórki, czy rodzic? – odpowiedź nie musi być / nie jest jedna.

***

Kwestie związane z początkiem życia budzą wiele emocji, kontrowersji i niejasności, gdyż głęboko zakorzenione w nas wyobrażenia na temat tego, czym jest poczęcie, narodziny i rodzicielstwo, zderzają się dziś z możliwościami, jakie oferuje nam rozwijająca się w zawrotnym tempie nauka. Zmiany cywilizacyjne, którym ten medyczny i technologiczny postęp nadaje rozpędu, mocnym tąpnięciem wkraczają w rozumienie tego, czym jest życie, kiedy może być ono dobre, sensowne i spełnione. Niektóre stare lęki bezpowrotnie znikają, niektóre wracają w jedynie nieco zmienionym przebraniu, ale pojawiają się też zupełnie nowe, które dopiero będziemy musieli nazwać i nauczyć się sobie z nimi radzić. Żyjemy w ciekawym, choć trudnym czasie, kiedy zdaje się kruszeć obraz początku życia jako dzieła natury, kiedy musimy go sobie na nowo konstruować, przemyśliwując wszystkie wartości, jakie chcielibyśmy weń wkomponować. Zawieszeni jesteśmy między myśleniem o narodzinach z jednej strony jako o cudzie, z drugiej – jako o wynalazku. Każdy z tych biegunów to skrajność. Jak ocalić głęboki wymiar duchowy i egzystencjalny narodzin i rodzicielstwa w dobie mocno technicznie rozwiniętej cywilizacji? Jak nie zamykać oczu na nowe możliwości, oferowane przez naukę, w obawie przed odarciem życia ze wszystkich jego tajemnic, które pozwalają widzieć je jako święte? Jak przedwcześnie nie potępiać tego, co rodzi niepokój?

Wielu odpowiedzi nie znamy, wiele z nich powinniśmy sformułować na nowo, ale jedno jest pewne – wszystkie są w naszych rękach. Jak dzieci.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata