70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Ten zły w nas

Agresja przy obecnych komfortowych warunkach bytowania nie jest już zasadniczo potrzebna i z mechanizmu przystosowawczego przeobraziła się w destruktywny. Rozmawiamy jako intelektualiści XXI w., a w głowach mamy jeszcze zbieracza-łowcę z paleolitu. To jest ten zły w nas, któremu czasami udaje się wyjść na zewnątrz.

Kto ma nam więcej do powiedzenia na temat takich eskalacji zła jak masakra na wyspie Utoya czy niedawne strzelaniny w USA: filozof, psycholog, socjolog czy neurobiolog?
Wszyscy. Przypadki masowej agresji to tak złożone fenomeny, że każda ze wspomnianych profesji za pomocą własnych metod i sposobów analizy przyczynia się do stworzenia jak najbardziej wszechstronnego i całościowego obrazu tych zjawisk. Ze swojej strony będę jednak podkreślał, że ogromną rolę w dotarciu do wiedzy na ich temat gra może nawet nie tyle sama neurobiologia, ile neuropsychologia. Zarówno bowiem rzetelny psycholog, jak i socjolog powinien w swojej pracy uwzględniać ten dziś już chyba oczywisty fakt, że zachowania człowieka – także te zbiorowe – są związane z mechanizmami funkcjonowania jego mózgu.

A filozof?
Na temat przyczyn zła filozof ma dziś do powiedzenia najmniej. Filozofia nie jest nauką, gdyż jej tez nie da się eksperymentalnie obalić. Dane twierdzenie może uchodzić za naukowe tylko wtedy, gdy można sobie pomyśleć doświadczenie, które je potwierdzi lub zaneguje w jednoznaczny sposób. Filozofowie mają do odegrania ważną rolę o tyle, że umieją spojrzeć na problemy naukowe z szerszej, ogólniejszej perspektywy i próbują dokonywać pewnych syntez. Jest to potrzebne jako przeciwwaga dla drobiazgowego, nastawionego na szczegół podejścia naukowego. Naukowcy bowiem często bardzo zawężają swoje spojrzenie. Dla przeciętnego uczonego o wiele ciekawsze są zachowania szczura niż analiza wielkich katastrof. Miejsce filozofii widzę obok wybitnych dzieł literatury i sztuki, bez których bylibyśmy ubożsi w rozumieniu zła.

Do czasu gdy złem zajmowała się filozofia i religia, przynależało ono bezsprzecznie do jednych z najbardziej tajemniczych i mrocznych spraw duchowych. Czy coś z tej metafizycznej aury ostało się pod bezwzględną lupą nauki?
Rzeczywiście, nauka w pewnym momencie zaczęła intensywnie zajmować się kwestiami dobra i zła. Próbowano sprawdzić, czy te pojęcia, tak silnie zakorzenione w kulturze zachodniej, są uniwersalne, czy też nie. Badania potwierdziły, że we wszystkich kulturach na świecie ludzie wiedzą, że rzeczy dzielą się na dobre i złe, że należy robić te dobre, a unikać złych, a więc, iż jako gatunek jesteśmy wyposażeni w pewien zmysł moralny. W jaki sposób on działa? By na to pytanie odpowiedzieć Mark Hauser i jego współpracownicy z Zakładu Psychologii Uniwersytetu Harvarda, przeprowadzili szeroko zakrojone badania nad wyborami moralnymi wśród internautów. Opracowali testy, które polegały na rozwiązywaniu dylematów moralnych – dokonaniu wyboru między dwoma możliwościami w sytuacji, w której żadna z nich nie może być uznana za dobrą. Okazało się, że większość ludzi rozwiązuje je w analogiczny sposób. Najciekawsze było jednak to, że wybory te są podobne w różnych kulturach niezależnie od cywilizacji, religii, wykształcenia, rasy czy płci i pomimo tego, że badani dawali bardzo różne ich uzasadnienia! Hauser wysunął przypuszczenie, że podobnie do „gramatyki języka”, umożliwiającej nauczenie się mowy, mózg jest wyposażony w „gramatykę moralności”, odpowiedzialną za powstanie systemów moralnych, w oparciu o które budujemy nasze więzi społeczne.

Zatem religia i duchowość zostają odsunięte na dalszy plan?
Nauka na pewno nie może uwzględniać proponowanej przez nie perspektywy, ale bada zarówno je same, jak i związki łączące je z moralnością. Religie są powszechne tak samo jak normy moralne. Fakt ten każe przypuszczać, że powstały one w toku ewolucji na skutek działania określonych systemów neuronalnych. Struktury odpowiedzialne za religijność i moralność są ze sobą silnie sprzęgnięte i występują w mózgach wszystkich normalnych osobników naszego gatunku. A więc zło i dobro także na poziomie neurobiologii pozostaje w związku z religijnością, choć przypuszczam, że nie takiej odpowiedzi Pani oczekiwała. Ciekawa, bo sprzeczna z naszymi intuicjami na temat relacji religii i moralności, jest hipoteza „lewopółkulowego objaśniacza świata” wysunięta przez Michaela Gazzaniga. Mówi ona, że choć wiele aktywności naszego mózgu zachodzi nieświadomie, to te, którym uda się przebić do poziomu świadomości, koniecznie musimy sobie wytłumaczyć i w wytłumaczenia te mocno wierzymy. Dlatego z naukowego punktu widzenia to moralność poprzedza religię, a nie na odwrót! Na pewnym etapie nasz mózg musiał sobie wytłumaczyć istnienie moralności i stworzył w tym celu systemy religijne. Co nie oznacza, że wierzenia religijne nie objawiają nam jakiejś prawdy. Te kwestie pozostają jednak poza zasięgiem zainteresowania nauki.

Wierzenia ludzi, choć powszechne, niekiedy bardzo się jednak od siebie różnią, podobnie jak wyznawane wartości moralne. Jak to więc możliwe, że badania, o których Pan wspominał, ujawniły przede wszystkim podobieństwa a nie różnice w wyborach moralnych?
Zmysł moralny jest pewną dyspozycją. Może się ona wypełnić różną treścią tak, jak różnymi językami możemy nauczyć się mówić w zależności od tego, gdzie się urodzimy. Dlatego też zdarza się, że to co w jednej kulturze uchodzi za dobre, w innej jest przejawem zła. Sama jednak umiejętność rozróżniania dobra i zła jest wrodzona, tak samo jak zdolność mówienia, a nawet więcej, bo nie tylko sama ta dyspozycja, lecz również pewne konkretne jej treści. Pierwsza część testów, o których wspominałem, sprowadzała się w istocie do pytania: czy można poświęcić życie jednej osoby, żeby uratować pięć? W zależności od przedstawionej sytuacji odpowiedzi na to pytanie, jak zresztą zakładano, były różne, ale niezwykle konsekwentne. W teście tym wykorzystano klasyczne już dylematy zwrotnicy i mostka, w których by uratować pięć osób, trzeba zabić jedną, a cała różnica sprowadza się do tego, że raz (dylemat mostka) trzeba dokonać tego własnoręcznie, spychając człowieka pod pociąg, a raz (dylemat zwrotnicy) przesuwając dźwignię tak, by rozpędzony tabor wjechał na boczny tor i uderzył w stojącą na nim jedną osobę. Choć ostateczny skutek w obu sytuacjach jest taki sam, istnieje między nimi zasadnicza różnica. Pierwszy przypadek wymusza bowiem pogwałcenie osobowych norm moralnych, drugi bezosobowych. Jak istotne jest to rozróżnienie pokazały reakcje osób badanych, które w większości nie decydowały się na własnoręczne zabicie człowieka, choć na przestawienie dźwigni już tak. Mamy w sobie więc wrodzony sprzeciw wobec pogwałcenia osobowych norm moralnych, są one uniwersalne. Jednak kontekst kulturowy gra niezwykle istotną rolę w kształtowaniu się moralności tak, że może w pewien sposób ukierunkowywać i modyfikować także ten głęboko zakorzeniony w naturze imperatyw. Wystarczy prosty, już teraz może nawet śmieszny, ale wiele mówiący przykład: jako dziecko byłem uczony, że dobry Niemiec to martwy Niemiec. To, że dziś mówię o tym z całkiem zewnętrznej perspektywy, pokazuje tylko jak bardzo zmienne jest to, co uważamy za dobro i zło, pomimo trwale istniejących w nas wrodzonych dyspozycji i jak wielką wagę posiada tu kultura i wychowanie.

Czy to oznacza, że z natury jesteśmy dobrzy i nieskorzy do krzywdzenia innych ludzi, a kultura tę skłonność do dobra w nas osłabia?

Nie. Zło tak jak dobro ma źródło w naszych instynktach. Kultura może je przeobrażać, tłumiąc jedne z nich, a wzmacniając inne, ale one same już w nas tkwią.

A więc jednak jesteśmy źli z natury?
Agresywni. A to nie to samo.

Agresja nie jest zła?
Co to znaczy zła agresja?

Czy to nie tautologia? Każdy przejaw agresji jest czymś złym, pomimo tego, że niektóre z jej form jesteśmy skłonni usprawiedliwiać, jak np. agresję w obronie własnej.
A uprawianie sportu czy sztuki nazwałaby Pani złem? Z pewnością nie. A są to zrytualizowane, wysublimowane formy agresji. Zapewniam Panią, że jest ich o wiele więcej. Zwykliśmy utożsamiać agresję ze złem, ale skądinąd wiemy – przekonują o tym badania naukowe – jest ona często czymś bardzo dobrym, pełni wiele ważnych, pozytywnych funkcji tak w życiu jednostek, jak i w obrębie całych grup, także gatunku. Nauka nie zajmuje się złem jako takim, bo nie wartościuje moralnie, choć sama moralność, o czym wspominaliśmy, może być przedmiotem jej badań. Ale nie jest też tak, że zło i agresja nie mają ze sobą nic wspólnego – mają – bardzo wiele. Dobrze tę niejednoznaczną zależność obu terminów oddaje tytuł książki wybitnego etologa Konrada Lorenza Tak zwane zło (2003). Poszukując odpowiedzi na pytanie o zło w nauce, trzeba o tej niejednoznaczności pamiętać. Człowieka obojętnego na krzywdę komuś wyrządzaną, a psychicznie i fizycznie zdolnego do stanięcia w obronie ofiary, nazwiemy złym, ale agresywnym – żadną miarą. Definicja agresji jako świadomego działania mającego na celu skrzywdzenie lub uszkodzenie przedmiotu działania pokrywa się jednak z tym, co najczęściej mamy na myśli, mówiąc o złu w sensie moralnym.

By nawiązać do słynnego filozoficznego pytania: skąd agresja?
Agresja pełni w świecie zwierząt szereg ważnych funkcji przystosowawczych i zazwyczaj związana jest z konkurencją o środki do życia, a więc pokarm i terytorium, a także z obroną potomstwa oraz reprodukcją. Człowiek także jest gatunkiem agresywnym. Gdyby nim nie był, już by nie istniał, gdyż dawno zostałby wyparty przez konkurencję lub w najlepszym razie nadal skakałby z gałęzi na gałąź gdzieś w Afryce. Agresja okazała się w naszym przypadku nie tylko najlepszym sposobem obrony, lecz także, odpowiednio przeformułowana, niebywałym motorem rozwoju. Dlatego też skłonności agresywne wzmacniane przez dobór naturalny do dziś przetrwały w naszych genach. Problem w tym, że agresja nastawiona na ochronę życia i zdobycie pożywienia, przy obecnych komfortowych warunkach bytowania we współczesnym cywilizowanym społeczeństwie, nie jest już zasadniczo potrzebna i z mechanizmu przystosowawczego przeobraziła się w destruktywny. Rozmawiamy tu jako intelektualiści XXI w., a w głowach mamy jeszcze zbieracza-łowcę z paleolitu, który rozumuje prymitywnie i wie, że jeśli pod ręką jest jedzenie, to trzeba się najeść, jeśli ktoś zagraża życiu, to należy go zabić, a jak nadarza się szansa na kopulację, to nie można przejść obok niej obojętnie, bo następnym razem partnerki lub partnera może już nie być. To jest ten zły w nas – Mr. Hyde – któremu czasami udaje się wyjść na zewnątrz.

A zazwyczaj gdzie się ukrywa?

Ponieważ agresja występuje nawet u najbardziej prymitywnych zwierząt, główne jej ośrodki znajdują się w najstarszych i najbardziej prymitywnych obszarach mózgu, tzw. archipalium. Ważnym jej ośrodkiem jest także układ limbiczny w paleopalium (starej korze), odpowiedzialny za emocje. Ale nie bez znaczenia jest także kora mózgowa (neopalium), która pozwala zaplanować działania agresywne. Jeśli jednak uprzeć się, by wskazać, gdzie bije źródło agresji w naszym mózgu, gdzie leży „układ zła”, byłoby to jądro migdałowate (amygdala), część układu limbicznego. Reakcje tego układu są hamowane przez korę mózgową. W uproszczeniu można więc powiedzieć, że podkorze to nasz Mr. Hyde, a kora mózgowa to Dr. Jekyll.

Kiedy Mr. Hyde bierze górę nad Dr. Jekyllem?
Przede wszystkim zawsze wtedy, gdy osłabione zostanie działanie kory mózgowej, np. za pomocą alkoholu. W kontrolowanych ilościach pozwala się on po prostu rozluźnić, gdyż blokuje odpowiadającą za kontrolę korę mózgową. Ale to rozluźnienie oznacza również osłabienie mechanizmów hamujących agresję, dlatego większość przemocy domowej w Polsce jest pochodną nadmiernego spożycia alkoholu. Jedną z metod, za pomocą której najłatwiej wywołać agresję, jest jednak również – mowa. Dlaczego? Bo jeśli prześledzimy szlaki, które idą ze ślimaka w uchu do kory mózgowej, to okaże się, że na wysokości wzgórza część z nich się rozdziela i trafia od razu do jądra migdałowatego, odpowiedzialnego za reakcje emocjonalne. Z tego powodu nie tyle sama treść wypowiedzi, ale ton głosu i sposób mówienia może łatwo wywołać w innych zachowania agresywne. Ale mowa aktywuje także korę mózgową, która z kolei bardzo hamuje amygdalę. Dzieje się tak, ponieważ inny szlak wychodzący ze ślimaka kończy się dopiero w korze. Rzymskie przysłowie, które mówiło, że będąc w gniewie, należy przed podjęciem decyzji policzyć do dziesięciu, w języku neurobiologii znaczy: uruchom korę mózgową, to zablokujesz reakcje emocjonalne. Na tym polega w zasadzie praca mediatorów policyjnych, którzy wkraczają np. kiedy człowiek usiłuje popełnić samobójstwo. Wtedy nie jest tak naprawdę ważne co taki mediator mówi, ważne jest, że pobudzona zostaje kora słuchowa, która wysyła hamujące sygnały do jądra migdałowatego, i w ten sposób obniża poziom agresywności, w tym patologicznym przypadku skierowanej wobec samego siebie.

Czy chce Pan powiedzieć, że zło, nawet to wielkie, jest wynikiem działania w nas pierwotnych, prymitywnych instynktów?
Tak, ale zazwyczaj by mogły się one uwolnić na wielką skalę, trzeba wydrążyć do nich dziurę, a w takiej roli świetnie sprawdzają się wszelkie ideologie. O tym, że zło ujawnia się w sprzyjających ku temu warunkach, przekonują eksperymenty Philipa G. Zimbardo i Stanleya Milgrama. Ten ostatni zanim przeprowadził swoje doświadczenie, poprosił czterdziestu psychiatrów, by przewidzieli, jak będą zachowywać się jego uczestnicy. Szacowali oni, że przemocy wypływającej z posłuszeństwa autorytetowi, którą w tym przypadku było karanie drugiej osoby wstrząsem elektrycznym, dopuszczą się tylko nieliczne jednostki, pod jakimś względem anormalne, sadyści. Według ich oceny większość badanych, karząc innych na rozkaz, nie użyje bodźca przekraczającego 150 V, mniej niż 4 % będzie wykonywać rozkaz jeszcze przy użyciu napięcia 300 V, a tylko 0,1% dojdzie do 450 V. Jak bardzo się mylili! Większość uczestników była posłuszna do końca. Żaden nie przestał wymierzać wstrząsów, zanim nie osiągnął 300 V, a aż 60% uczestników doszło do 450 V. Choć w większości czuli się z tym źle i protestowali słownie, nie przestali wykonywać poleceń. W taki sposób działa każda dobra ideologia. Przekonuje nas, że dla dobra sprawy musi dopuścić niekiedy rzeczy, które normalnie uznalibyśmy za złe. Pawka Morozow zadenuncjował NKWD rodziców jako wrogów ustroju socjalistycznego, nie dlatego że miał wyjątkowo szkaradny charakter, lecz dlatego że wmówiono mu, że to, co robi, jest słuszne. Tak działa każda dobra organizacja – sprawia, że człowiek całkowicie się w niej odnajduje, przyjmując postawę wyznawcy. Sam coś o tym wiem, bo w wieku 12 lat zapisałem się na przekór rodzicom do Związku Młodzieży Polskiej. Zanim odszedłem po kilku latach, na własnej skórze przekonałem się, jak olbrzymia jest moc ideologii. Zawsze staramy się znaleźć usprawiedliwienie dla naszej agresji, czyli zdajemy sobie sprawę, że ona sama jest czymś złym, a z drugiej strony tak łatwo przychodzi ją nam „uzdrowić”, racjonalizując ją.

Czy ostatecznie u źródeł agresji leżą emocje, a to, co nazywamy potocznie rozumem, ma udział w złu o tyle, o ile dostarcza nam racjonalizacji dla działań agresywnych?

Emocje rzeczywiście są bardziej prymitywne, odpowiadają za nie starsze struktury mózgu, które bezpośrednio służyły przeżyciu, a więc głównie sterowały reakcjami typu „walka lub ucieczka”, zatem par excellence agresywnymi. Istnieją jednak dwa rodzaje agresji i mają one odmienne podłoże neuronalne. Jedna z nich jest emocjonalna, druga chłodna.

Badał je na kotach z wykorzystaniem metod kontrolowanego pobudzania odpowiednich struktur elektrodami Allan Siegel. W przypadku tej pierwszej mamy do czynienia z tzw. wściekłą obroną. Kot walczący z psem czy innym kotem syczy i warczy, wymachuje pazurami, stroszy sierść. Ofiara takiej agresji jest gryziona po całym ciele, a jeśli napastnikowi uda się ją uśmiercić, to także maltretowana. Całkiem inaczej przebiega natomiast chłodny atak drapieżczy. Kot cicho skrada się do ofiary i jednym chwytem ją zabija. Tak poluje na myszy, żaby czy ptaki. Zwłoki nigdy nie są maltretowane. Kot domowy, który nie żywi się upolowaną zdobyczą, zazwyczaj przynosi ją w darze swoim właścicielom. Takie dwa typy agresji występują też oczywiście u innych zwierząt, a także u człowieka. Jak różne formy potrafi przybierać agresja najlepiej widać w rozwoju dziecka. Trzylatkiem targają napady wściekłości, rzuca się na podłogę, wrzeszczy, krzyczy, kopie. Wtedy dominują te najbardziej prymitywne mechanizmy. Potem układ limbiczny lepiej się wykształca i już siedmiolatek, choć może być tak samo wściekły jak dawniej, umie się hamować. Wie, że niekiedy, żeby coś dostać, lepiej jest się uśmiechnąć niż krzyczeć. Natomiast gdy w pełni rozwinie się nasza kora mózgowa, możemy doprowadzić naszą agresję do niebywałych poziomów wysublimowania i uczynić niezwykle skuteczną. W pamiętnikach Rudolfa Hössa, komendanta obozu w Oświęcimiu, uderza, jak bardzo był dumny, że udało mu się cały proces od wejścia transportu do komory gazowej po dym z pieców krematoryjnych zamknąć pod jednym dachem. To jest przecież intelektualna robota!

Przerażająca jest umiejętność odseparowania się od ofiary.
To prawda, bo wtedy też agresja przestaje być odczuwana jako zło. Jest to też moje doświadczenie. Kiedy rozpoczynałem pracę w Zakładzie Farmakologii, przeprowadzano tam eksperymenty wiwisekcyjne na kotach. A ja zawsze byłem wrażliwy na los zwierząt, a już szczególnie te domowe darzyłem sympatią. Koty łapał na ulicy i przynosił do Zakładu pan Konarek. Więc jak tylko go widziałem, wykupywałem od niego po kryjomu zwierzaka i obdarowywałem nim jedną ze znajomych mi osób. W końcu jednak znajomości się skończyły, a wiedziałem, że wykupienie kota i wypuszczenie go na ulicę nie miało sensu, bo i tak za kilka dni najprawdopodobniej wróciłby do Zakładu. I w końcu musiałem po raz pierwszy dać kotu śmiertelny zastrzyk. O, jak się głupio czułem! Potem drugi raz, też głupio! Trzeci, niedobrze. Czwarty, nie było mi specjalnie miło. Następnie przyszedł piąty, szósty, siódmy raz i stało się to dla mnie rutyną. Potem doszły doświadczenia na myszach i szczurach. Ale to było już nic, gdy wcześniej zabijało się koty. Miałem jednak przecież w dalszym ciągu jakiś wzgląd na cierpienie zwierząt. Gdy byłem w Ameryce skradłem nawet taką małą gilotynę, by nie uśmiercać szczurów klasyczną metodą rozciągania rdzenia kręgowego. Pomimo to zwierzęta te stały się dla mnie zwykłymi odczynnikami laboratoryjnymi.

Niekiedy jednak w dostawie szczurów trafiała się samiczka w ciąży. A jak się rodziły takie małe szczurki, to w Instytucie mieliśmy zwyczaj, by ich jako wybrańców losu nie uśmiercać. W taki sposób któregoś razu przypadł mi w udziale mały szczurek, a raczej szczurzyczka. Wziąłem ją do domu. To był mój ukochany szczur! Daliśmy jej na imię Maksysia i stała się prawdziwym członkiem rodziny. Do dziś pamiętam, jak bawiła się z moimi synami, ściągając im z kanapy karty, w które grali z kolegami i chowała je za poduszki. Więc gdy ona potem zachorowała na nowotwór, nie miałem serca jej sam uśmiercić. Dałem ją ze łzami w oczach koleżance, żeby zrobiła to za mnie.

Tak już jest, że mózg tak bardzo łatwo się adaptuje, że zachowując wszystkie swoje emocje co do tego, co określimy jako „nasze”, potrafimy sobie powiedzieć, że dana kategoria, w tym przypadku szczur laboratoryjny, jest odczynnikiem. Co wcale nie wyklucza humanitarnego traktowania i uśmiercania tych zwierząt. W warunkach laboratoryjnych jest ono rzeczą podstawową, przede wszystkim z bardzo praktycznego punktu widzenia. Jeśli bowiem chcemy jakiekolwiek wyniki badań przenosić na człowieka, to musimy stwarzać zwierzętom jak najbardziej zbliżone do ludzkich warunki. Mimo to uważam, że plakaty mówiące, iż ludzie są nazistami dla zwierząt są w pewnym sensie prawdziwe.

Bo to podejście utylitarne pokrywa się z agresją chłodną, która cechowała także hitlerowskie metody eksterminacji. Która z tych dwóch form agresji występuje częściej? Agresja emocjonalna czy chłodna?
Trudno na to pytanie jednoznacznie odpowiedzieć. Agresja bardzo często wyrasta z naszej empatii. Dlaczego chcemy ukarać zbrodniarza? Bo współczujemy ofierze. Cały nasz wymiar sprawiedliwości oparty jest na agresji powodowanej empatią. A ona ma swoje źródło, jak mi się wydaje, w miłości macierzyńskiej. Jest to najbardziej pierwotny przejaw tego, kiedy właśnie empatia i chęć chronienia potomstwa budzi gwałtowne uczucia agresywne. Choć potrafimy wydzielić w mózgu dwa różne ośrodki agresji i w patologicznych przypadkach działa się na nie różnymi substancjami farmakologicznymi, to jednak zazwyczaj obie te sfery, emocjonalna i racjonalna, ze sobą współdziałają. Co więcej współdziałanie to zazwyczaj chroni przed wystąpieniem patologicznych przejawów agresji, choć dla nas jest ono często nieprzyjemne, gdyż emocje jako silniej w nas zakorzenione, często nie dają się łatwo opanować przez rozum, a więc z perspektywy neurobiologii przez korę mózgową. Instynktownie stajemy zazwyczaj po stronie emocji. Świetnie konflikt ten pokazała w swojej książce Pamięć dopisze Erica Jong. Opisuje w niej pogrom Żydów w jakiejś rosyjskiej wiosce. Część z nich ukrywa się. Jest wśród nich Sara z małym synkiem na rękach. Nagle dziecko zaczyna płakać. Co robi Sara? Tak mocno i długo przyciska je do piersi, że mały się dusi. A Pani jak by postąpiła? Pytanie takie postawiono uczestnikom badania, w którym obserwowano reakcje poszczególnych rejonów mózgu. Gdy padała decyzja: „uduszę dziecko”, kora mózgowa, a zwłaszcza ta jej część, która odpowiada za funkcje wykonawcze, była w stanie maksymalnego pobudzenia, bo musiała stłumić emocje. Natomiast, gdy podjęto decyzję emocjonalną: „dam odetchnąć dziecku”, działanie kory drastycznie spadało. Taka decyzja w tamtej sytuacji byłaby oczywiście całkowicie irracjonalna, bo płacz dziecka niechybnie zwróciłby uwagę oprawców i wszyscy, także dziecko, by zginęli. Gdy rozmawiam ze studentkami, często młodymi matkami, stanowczo zaprzeczają temu, by były zdolne udusić swoje dziecko, nawet w takiej sytuacji bez wyboru. Kiedy zaś opowiadałem o tym w Centrum Kultury Żydowskiej, to starsze osoby mówiły: „Myśmy tak przecież robili”.

To przypadek analogiczny do dylematów moralnych, o których Pan wcześniej wspominał.
To prawda, pokazuje on, że to, co za św. Tomaszem z Akwinu możemy uznać za uzasadniony wybór moralny, bo spełnia kryteria dopuszczalnego zła, jest niekiedy również pewną formą agresji. Chociaż w moim rozumieniu, w dylemacie z duszeniem dziecka doktryna podwójnego skutku by nie zadziałała i uduszenie dziecka uznane byłoby za czyn niedopuszczalny.

Stara się Pan ciągle pokazać zasadność różnych form agresji, wyjaśnić, dlaczego się pojawiają, a także dlaczego w pewien sposób muszą się pojawiać. Jednak w przypadku okrucieństwa mamy, zdaje się, do czynienia z czystym przejawem zła, bo dokonywanym bez powodu, jedynie ze względu na nie samo.
Niekiedy okrucieństwo może być racjonalne, np. wtedy, gdy chcemy kogoś zastraszyć. Mówi o tym dylemat, w którym łamanie ręki synka terrorysty przed kamerami telewizji ma skłonić ojca do zaniechania ataku nuklearnego na miasto. Dlaczego jednak okrucieństwo może przechodzić w przyjemność?
To pytanie przede wszystkim do psychiatry. Z pewnością jednak za zachowania takie odpowiada nieadekwatne funkcjonowanie obwodów mózgowych. Badania nad seryjnymi mordercami wykazały, że w powstawaniu patologicznych form agresji istotną rolę grają zaburzone poziomy serotoniny i testosteronu. Im niższy poziom serotoniny i im wyższy testosteronu, tym większa agresywność. A równocześnie obniżony poziom serotoniny, jak twierdzą niektórzy, wyostrza zmysł moralny. Pokazano to na zasadzie gry zwanej „ultimatum”. Biorą w niej udział dwie osoby. Jedna dostaje 100 zł pod warunkiem, że podzieli się przy zachowaniu dowolnych proporcji z drugą osobą, która podział może zaakceptować lub odrzucić, jeśli uważa go za zbyt niesprawiedliwy. Jednak w przypadku odmowy przyjęcia zaproponowanego podziału nikt nie dostaje pieniędzy. Okazało się, że osoby z obniżonym poziomem serotoniny są bardziej bezwzględne w przyjmowaniu warunków, bardziej harde i częściej odrzucają oferty niesprawiedliwe. Agresywność wywołana spadkiem serotoniny okazała się wzmacniać poczucie honoru! Ale wiemy też, że poziom serotoniny spada z wiekiem, dlatego często starsi ludzie są nieprzyjemni dla otoczenia.

Jednak okrucieństwo to szczególnie perfidny przejaw agresji. Ludzi okrutnych nazywa się niekiedy bestiami czy zwierzętami. Czy jest to rzeczywiście jakaś atawistyczna forma agresji, którą odziedziczyliśmy po naszych przodkach, czy nasz czysto ludzki „wynalazek”? Czy zwierzęta także mogą być okrutne?
Okrucieństwo to postępowanie zmierzające do zadania maksymalnych cierpień ofierze, a zatem jest silnie związane z empatią. Przez długi czas wydawało się, że empatia u zwierząt jest bardzo ograniczona i nie przekracza rodziny, a w zasadzie potomstwa. A skoro ich współodczuwanie jest tak ograniczone, iż w zasadzie nie wiedzą, co to jest cierpienie, to nie mogą dopuszczać się agresji, której celem byłoby jego wyrządzenie. W jednym z eksperymentów okazało się jednak, że szczur, jeśli tylko ma szansę, próbuje uwolnić z pułapki innego, nieznanego sobie szczura. Pokazuje to, jak bardzo nie doceniamy zwierząt. Czy kot bawiący się myszą dosłownie znęca się nad nią? Czy jest to działanie konieczne, w jakimś celu mu potrzebne? Moja mama, która była biologiem, mówiła, że męczona mysz straszliwie się stresuje i wydziela bardzo dużo adrenaliny, która z kolei powoduje zwiększoną glikogenolizę. Z glikogenu tworzy się glukoza i w efekcie mięso takiej myszy jest po prostu smaczniejsze, słodsze. Kot w ten sposób przyprawia sobie mysz. Czy to jest już okrucieństwo? Trudno powiedzieć. Nie mamy dostępu do świadomości zwierząt, nie umiemy zbadać ich „myśli”. Nazwanie okrutnego człowieka „bestią” wzięło się stąd, że zwierzęta nie dbają o to, by zlikwidować cierpienia ofiary, ale też, jak się wydaje, nie czerpią satysfakcji z jego zadawania. Prawdopodobnie więc, okrutni mogą być tylko ludzie.

Eksperymenty takie jak te autorstwa Zimbardo i Milgrama, które miały na celu wyjaśnić, dlaczego zwykli ludzie czynią zło, ujawniły pewną prawidłowość: rozkład agresji w populacji przyjmuje kształt krzywej dzwonowej. To znaczy, że większość ludzi pod presją dopuszcza się zła, niewielka ich część czerpie nawet z tego przyjemność, ale jest też ok. 5% ludzi, którzy niezależnie od sytuacji nie podejmują agresji. Czy stoją za tym jakieś różnice w budowie mózgu? I czy można mieć nadzieję, że kiedyś ta mniejszość stanie się większością?
Na pewno różnice te mają swoje podłoże neuronalne. Jakie dokładnie są to różnice, jednak nie wiadomo. Kiedy Zimbardo i Milgram robili swoje badania nie było jeszcze rozwiniętych metod obrazowania mózgu. Na pewno wiedza taka mogłaby nam wiele powiedzieć o mechanizmach agresji i lepiej przeciwdziałać także na drodze farmakologicznej jej patologicznym formom. Taki a nie inny rozkład agresji w populacji jest jednak związany z funkcjami przystosowawczymi zachowań agresywnych, o których już wspominaliśmy. Z perspektywy ewolucji zarówno te 5% procent jednostek nieagresywnych, jak i tych agresywnych nad wyraz, to anomalia. I nic nie wskazuje na to, by proporcje te miały ulec zmianie. Może się jednak przesunąć cała krzywa w kierunku mniejszej agresywności.

To znaczy, że nie da się żyć bez agresji?
Nie, pewna doza agresji jest potrzebna i stanowi ona stałą część naszego charakteru. Aby ją wyeliminować, trzeba by zastosować ostre metody eugeniczne, które same w sobie są bardzo wyrafinowaną formą agresji. Wybitny neuropsycholog i neurobiolog José M. R. Delgado w książce Physical Control of the Mind: Toward a Psychocivilized Society (1969) przedstawił wizję psychocywilizacji – społeczeństwa żyjącego szczęśliwie, ale całkowicie sterowanego za pomocą wszczepionych do mózgu elektrod. Mnie ta wizja nie przekonuje. Człowiek jest bowiem jednym z tych gatunków zwierząt, które niezwykle cenią sobie wolność. Orzeł, symbol wolności, może całe życie spędzić w klatce i jeśli tylko zapewni musi się funt mięsa dziennie, to nawet przez chwilę nie za tęskni za lotem w przestworzach. Będzie spokojnie żył, dobrze się czuł i rozmnażał. Natomiast szczur zamknięty w klatce będzie się starał za wszelką cenę z niej uciec, podobnie jak człowiek. Dlatego żaden z ustrojów niewolniczych nie przetrwał długo, nawet wtedy, gdy pomiędzy właścicielami i niewolnikami istniała prawdziwa przepaść. Przede wszystkim jednak uważam, że człowiek jest z natury pluripotentny, tzn. może się rozwijać w bardzo różnych kierunkach, ale by mogło tak być nadal, trzeba zostawić jak najwięcej swobody ewolucji. Dlatego klonowanie człowieka, pomijając już różne względy etyczne, jest niedobre przede wszystkim z tego powodu, iż mogłoby zahamować procesy ewolucji. Nie ma rozwoju tam, gdzie nie ma różnorodności. Potwierdzają to wieloletnie obserwacje różnych obszarów globu, wśród których są takie, gdzie mózg człowieka ewoluuje szybko, ale też takie, gdzie zmiany te są w zasadzie niedostrzegalne.

Jakie są to obszary i w jaki sposób można w ogóle śledzić procesy ewolucyjne z dzisiejszej perspektywy?
Szybkie zmiany ewolucyjne zachodzą np. w Ameryce Południowej, bardzo umiarkowane w Europie, a najwolniejsze w Afryce subsaharyjskiej. Możemy je monitorować, obserwując częstość mutacji genu mikroencefaliny. Prawidłowości są widoczne gołym okiem. Ewolucja najszybciej postępuje tam, gdzie miało miejsce wielkie mieszanie się ras. W Ameryce Południowej żyli obok siebie natywni Indianie, czarni niewolnicy, biali konkwistadorzy –zrobiła się z tego piękna mieszanka. Oczywiście koncepcje sterowania rozwojem społeczeństwa już nieraz się pojawiały i jeszcze nieraz pewnie będą, ale czy mają one wiele wspólnego z wizją zaprogramowanego społeczeństwa? W Polsce już w 1935 r. na szeroką skalę i skutecznie dopuszczono się sterowania chemicznego. Wtedy mianowicie, gdy na terenach endemicznego występowania wola wprowadzono do spożycia sól jodowaną, żeby uniknąć kretynizmu. Po wojnie zaniechano wprowadzania soli jodowanej, od 1989 r. zaczęto jodowanie nieobligatoryjne, a od 1 stycznia 1997 na terenie państwa polskiego nie wolno produkować i sprzedawać soli bez dodatku jodku potasu. O tym, jak słuszne było to posunięcie, świadczy fakt, że w okolicach podgórskich zniknęły częste tam ongiś wole i kretynizm. Choć słyszałem kiedyś i o tym, że z pewnej wsi pod Limanową, w której większość stanowili osobnicy dotknięci kretynizmem, pochodziło jednocześnie kilku wybitnych profesorów AGH. Ten „zbieg okoliczności” nie wystąpił już po jodowaniu soli.

Czy możliwy jest postęp moralny?
Oczywiście, że tak. Proszę zwrócić uwagę w jak dramatyczny sposób spadła agresywność rodzaju ludzkiego w ciągu kilku stuleci! Coraz większym szacunkiem darzymy życie i godność osoby ludzkiej. Gdzież te czasy, kiedy jechało się gościńcem wśród nabitych na pal buntowników? Gdzież palenie czarownic i zdrajców na wolnym ogniu? Gdzież kwalifikowana kara śmieci? A i niekwalifikowana jest coraz rzadziej wykonywana i z coraz mniejszym dyskomfortem fizycznym dla skazanego. Nie widziała Pani nigdy publicznego biczowania czy wieszania. Choć co jakiś czas świat obiega wiadomość o złu dokonanym na większą skalę, jesteśmy dziś świadkami zmniejszania się poziomu agresji wśród ludzi. Jest to wyraźny trend. Nie wiadomo tylko, jak bardzo trwały i czy za chwilę się nie załamie.

Skąd ta niepewność?
Jest to bowiem przede wszystkim trend kulturowy. Agresji nie da się na trwałe wyeliminować, usuwając jej biologiczne podłoże. Można ją jednak łatwo odpowiednim wychowaniem stłumić lub zmodyfikować, ale także niestety co najmniej równie łatwo wyuczyć. Tak trenujemy psy obronne, a u ludzi wymownym przykładem może być w tym przypadku malajskie plemię Samangów. Było to najłagodniejsze z badanych plemion. Nie mieli oni w swym języku nawet słowa na określenie czynności zabijania, choć żywili się także mięsem. Wszystko zmieniło się diametralnie w czasie II wojny światowej, gdy Anglicy postanowili wykorzystać ich w walce przeciwko Japończykom. Zaczęli ich szkolić. Po odpowiednim treningu okazało się, że stali się najokrutniejszymi i najbardziej żądnymi krwi żołnierzami, którzy w przeciwieństwie do pozostałych w czasie walki nie zatrzymywali się nawet na chwilę przy zwłokach w celach rabunkowych, lecz szli dalej skupieni wyłącznie na zabijaniu.

Co w naszej kulturze, może przyczyniać się do wzrostu agresji?
Pewnie można by wymienić kilka aspektów kultury zachodniej, które w szczególny sposób zagrażają postępowi moralnemu. Na pewno takim zagrożeniem mogą być wszelkie dostępne formy agresji, których podjęcie nie wiąże się dla człowieka z żadnym niebezpieczeństwem. Mam tu na myśli np. oparte na wyrządzaniu przemocy gry komputerowe. Niosą one ze sobą bardzo duże ryzyko uzależnienia. Ponieważ agresja na pewnym poziomie ewolucyjnym była niezwykle korzystna, a zarazem bardzo ryzykowna dla osobnika, została wzmocniona przez system nagrody obecny w mózgu, jako czynność przyjemna. Dlatego też od agresji można się uzależnić tak, jak od kokainy czy alkoholu, tym mocniej i szybciej, im mniejsze bariery się po drodze napotyka. Ale nie można też wykluczyć, że agresja komputerowa może rozładować pewne napięcia i zmniejszyć zachowania agresywne w realnym świecie. Czy tak jest w istocie, może rozstrzygnąć tylko doświadczenie lub badania epidemiologiczne.

We współczesnej refleksji nad różnymi przejawami zła wyrządzanego na masową skalę, przerażające jest chyba jednak najbardziej to, że wielka katastrofa, która pochłonąć może setki istnień, wcale nie musi być skutkiem działania agresywnego.
Ma Pani rację. Żeby wziąć dziecko za rączkę i rozbić je o ścianę, trzeba pokonać sporo barier, natomiast nacisnąć guzik, który wysadzi pół Pekinu i zabije mieszkających tam 10 milionów ludzi, w tym 800 tysięcy małych dzieci, jest znacznie łatwiej. Z jednej strony nasze emocje promują agresję, ale z drugiej strony ją hamują. Cała sztuka polega teraz na tym, by umieć dobrze na nich grać, a to bardzo wymagający instrument. Cały ciężar spoczywa na mądrym, rozwijającym empatię i wrażliwość wychowaniu. Jest to jedyny probierz postępu moralnego ludzkości.

JERZY VETULANI – profesor nauk przyrodniczych, psychofarmakolog, neurobiolog, biochemik, członek licznych towarzystw naukowych, m.in. Polskiej Akademii Nauk i Polskiej Akademii Umiejętności. Autor wielu ważnych odkryć z zakresu psychofarmakologii oraz ponad 200 prac badawczych o międzynarodowym zasięgu. Prowadzi blog naukowy „Piękno Neurobiologii” (vetulani.wordpress.com)

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter