70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Kulturę tworzą naukowcy

W naukach ścisłych mamy do czynienia z najłatwiejszym typem racjonalności, gdyż istnieją ustalone i w miarę jednoznaczne środki kontroli. W naukach humanistycznych jest o wiele trudniej, bo kryteria racjonalności są o wiele bardziej rozmyte, silniej ingerują w nie kryteria innego typu, np. estetyczne.

Czy dziś, kiedy wielu proklamuje nadejście epoki postsekularnej, można mówić o ponownym zaczarowaniu świata, tym razem już nie przez religię, ale przez naukę? I czy w związku z tym religia coraz częściej nie przegrywa w starciu z nauką?

Ks. Michał Heller: Jeśli popatrzymy na współczesny świat statystycznie, czyli pod kątem liczb, to myślę, że nauka nie wygrywa z religią ani w ogóle z innymi poglądami z prostego powodu: jest bardzo elitarna. Ludzi, na których nauka oddziałuje, jest bardzo mało, garstka wśród samej tylko inteligencji, nie mówiąc już o szerszych kręgach. Społeczeństwo ma wyobrażenie nauki ukształtowane przez media, absolutnie nieprawdziwe, bliskie mistyczno-fetyszystycznemu. I można powiedzieć przewrotnie, że to nauka jest zaczarowana przez płytkość i zniekształcenie codziennych ujęć. Nie dotyczy to tylko ludzi niewykształconych. Nauka ma wielki autorytet, ale jest też wielką nieznajomą. Bardzo niewiele osób w społeczeństwie wie, czym ona tak naprawdę jest.

Czy nauka nie wykazuje w tym względzie swego podobieństwa do religii? Również w religii można przecież wyróżnić sferę bardziej powierzchowną, która często staje się źródłem wypaczeń prawdy religijnej, i głęboką, która wydaje się właściwym wyrazem duchowości.

W nauce nie ma „sfery powierzchownej” , bo wtedy nie jest to już nauka.

Zatem to nie nauka nas zaczarowuje, ale my ją, używając jeszcze do tego jej fałszywego obrazu?
Osobiście niezbyt lubię słowo „zaczarowanie”, bo zbyt silnie pobrzmiewa przez nie aspekt romantyczny, a gdy media mówią o nauce, to właściwie nie mamy do czynienia z zaczarowaniem, lecz zwykłym zniekształcaniem. Tym zdeformowanym obrazem ludzie żyją i przez to wyrabiają sobie całkowicie fałszywe pojęcie autorytetu nauki.

Dlaczego zatem z taką łatwością przychodzi nam zniekształcanie nauki? Skąd bierze się tak duża fascynacja nią, że prowadzi nawet do zniekształcania, usensacyjniania jej obrazu?

Musimy zadać sobie podstawowe pytanie: co to jest nauka? Nasuwa mi się takie porównanie: Ludzie często krytykują Kościół. A co to jest Kościół? W krytyce ludzi Kościół to jest jakiś biskup czy ksiądz, mądrzejszy lub mniej. Natomiast Kościół to coś innego. Podobnie jest z nauką. Kiedy mówi się, że: nauka stwierdza pewien fakt, nauka jest za coś odpowiedzialna, nauka niszczy środowisko, to jak się rozumie naukę? Czy można ją utożsamiać z konkretnym technicznym zastosowaniem, które wypuszcza niepotrzebnie w atmosferę dwutlenek węgla lub też ze statkiem, który się rozbił i zanieczyścił zatokę mazutem? Nauka może być rozumiana na wiele sposobów. Najprostszy to taki, który w refleksji nad Kościołem prowadzi do utożsamiania go z biskupami, a zatem najkrócej: nauka to uczeni. Z tym że uczonych jest masa, różnego autoramentu i kalibru. Są dobrzy, wspaniali, genialni, ale także głupi, nieodpowiedzialni, małostkowi. Bardzo często – moim zdaniem trafniej – określa się też naukę jako zbiór wyników, osiągnięć. Ale nauka to przede wszystkim metoda. Myślę, że to ona najpełniej objaśnia to wieloznaczne słowo „nauka” (bo tej wieloznaczności nie da się zredukować).

W tej rozmowie mamy oczywiście na myśli przede wszystkim nauki ścisłe…

Czyli takie, które wykorzystują kontrolowane doświadczenie, tj. empirię oraz matematykę. I jeżeli tak sprawę postawimy, to grono ludzi, którzy mają najwyżej minimalnie zniekształcony wgląd w to, co się w nauce obecnie dzieje, staje się bardzo wąskie. Dlaczego tak jest? Myślę, że jest to wynik bardzo skomplikowanego procesu społeczno-historycznego. Historię kształtują zarówno głębokie prądy, jak i rozmaite przypadkowe okoliczności. Dziś niewątpliwie ważnym czynnikiem kształtującym miejsce nauki w społeczeństwie jest polityka medialna. Media gonią za sensacją, więc w ich interesie nie jest informować ludzi o tym, co się dzieje w laboratoriach na co dzień, lecz nagłaśniać błędy, mnożyć podejrzenia czy wywoływać lęk w związku z najbardziej sensacyjnymi, a w istocie zazwyczaj niezrozumianymi odkryciami naukowców. Myślę, że bardzo ważną składową metody naukowej jest racjonalność. To niesamowita wartość, wokół której także narosło wiele mitów. Niektórzy błędnie uważają, że racjonalność odpowiada za konflikt z religią. W tym przypadku powinno się używać raczej słowa „racjonalizm” (w znaczeniu pewnego prądu umysłowego). Racjonalność to w nauce coś bardzo pozytywnego i to ona, wbrew pozorom, najbardziej zbliża do siebie naukę i religię.

Czy nauka ma wyjątkowy, uprzywilejowany dostęp do racjonalności?

W naukach ścisłych mamy do czynienia z najłatwiejszym typem racjonalności, gdyż istnieją ustalone i w miarę jednoznaczne środki kontroli. W naukach humanistycznych jest o wiele trudniej, bo kryteria racjonalności są o wiele bardziej rozmyte, silniej ingerują w nie kryteria innego typu, np. estetyczne. Dam prosty przykład. Rozważmy sylogizm o następujących przesłankach: „Wszyscy ludzie są śmiertelni, Adam jest człowiekiem.” Jaki wniosek wyciągnie z tego literat czy poeta, a jaki przedstawiciel nauk ścisłych? Ten drugi powie krótko, że z przesłanek wynika, iż Adam jest śmiertelny. A co powie typowy humanista? Wszyscy ludzie są śmiertelni i Adam jest człowiekiem – to jest egzystencjalna charakterystyka człowieka, dramat istnienia, któremu śmierć wyznacza kierunek zdążania itd. I tutaj otwiera się całe pole do racjonalnych, ale rządzonych całkowicie inną logiką myśli. To są właśnie różne pojęcia racjonalności. Dlatego też nic dziwnego, że istnieją konflikty między nauką a religią, a także konflikty między naukami humanistycznymi i ścisłymi. Te ostatnie mają do czynienia ze specjalnie łatwym sposobem racjonalności, bo posiadają w gruncie rzeczy bardzo proste, a w praktyce wymagające wiele wysiłku dwa kryteria racjonalności. Pierwsze z nich to ścisłość matematyczna, tzn. rozumowania są przekładane na związki formalne, matematyczne, tak że możliwość wdarcia się do nich błędu jest stosunkowo niewielka, a jeśli nawet jakiś błąd się tam znajdzie, to natychmiast inni go łatwo wychwycą. Drugie kryterium głosi, że wnioski dotyczące świata empirycznego muszą być sprawdzane empirycznie. A empiria jest bezlitosna. Jeśli coś się z nią nie zgadza, zostaje odrzucone. W naukach humanistycznych nie ma tak bezpośredniego odniesienia do empirii, w religii też nie. Nie znaczy to jednak, że te obszary są nieracjonalne, a jedynie, że mają do czynienia z trudniejszym obszarem racjonalności.

Czy racjonalność jest jedna?

Myślę, że to jest trochę kwestia konwencji, czy powiemy, że jest jedna czy wiele. Ja byłbym skłonny jednak uważać, że rzeczywiście jest jedna racjonalność, choć ma wiele rozmaitych wcieleń.

Czy racjonalność można badać w sposób ścisły? Jaka jest jej natura? Czy stanowi ona cechę ludzi, czy raczej pewien fenomen powstały z zetknięcia umysłu człowieka ze światem?

Myślę, że to jest jeszcze coś innego, że mamy do czynienia z trzema obszarami rzeczywistości. Pani wymieniła dwa: wszechświat i człowiek, ale jest jeszcze świat trzeci. Nie obawiałbym się go nazwać światem podobnym do świata idei platońskich. Jest to rzeczywistość praw rządzących rozumowaniem, wartości dobra i zła, pewnych norm postępowania etc., wśród których są także normy postępowania racjonalnego. Oczywiście, nie wszyscy myśliciele zgodziliby się z takim postawieniem sprawy. Wielu chce redukować ten „świat platoński” bądź do świata materialnego, bądź utożsamiać go z decyzją człowieka, ale wydaje mi się, że to jest krótkowzroczna strategia, nieprawdziwa po prostu.
Na pewno redukcję taką trudno jest obronić, bo stosowanie się do praw logiki czy postępowanie zgodnie z racjonalnością skutkuje wymiernymi korzyściami, a przede wszystkim jest powtarzalne i sprawdzalne intersubiektywnie.

Niekiedy to przełożenie na rzeczywistość staje się niezwykle spektakularne. Niewątpliwie świat wymusza na nas postępowanie zgodne z prawami logiki. Jeśli budujemy most, to musi on spełniać kryteria dyktowane zasadami dynamiki i statyki, bo inaczej się zawali. W trochę mniej oczywisty sposób prawa logiczne panują w świecie ekonomii. Tam już występuje bowiem poważny czynnik zaburzający, jakim jest człowiek czy dokładnie – jego wolność, a niekiedy i głupota… Mimo to tam też pewne prawa logiki działają. Gospodarka oparta na nonsensach logicznych prędzej czy później się zawali.

Pytam o racjonalność w związku z coraz częściej dziś wysuwanym wobec nauki zarzutem, że uprawia ona nieprawnie i często niezauważalnie metafizykę, co wynika z jej ambicji, by uczynić przedmiotem swego badania te obszary, które wcześniej zarezerwowane były dla filozofii i religii.

W tym miejscu trzeba by wyraźnie rozróżnić naukę (jeśli już decydujemy się używać tego ogólnego terminu) od jej odbioru w kulturze. Nauka w ścisłym znaczeniu, czyli jeśli tylko ograniczyć ją do metody, w ramach której prowadzi się badania, w zasadzie nie musi korzystać z metafizyki i większość uczonych tak właśnie postępuje. Jednak równocześnie nauka, oddziałuje ze środowiskiem kulturowym. Ludzie kultury często nie zdają sobie sprawy, że w 90% jest ona kształtowana przez naukę, oczywiście zazwyczaj nie wprost. W kulturowym odbiorze przyjmuje się od nauki sygnały, które nie wynikają z jej istoty; są dla niej niejako uboczne. W wyniku tego zetknięcia nauki i kultury powstaje przestrzeń dla odniesień metafizycznych. Nikomu, kto pisze pracę naukową, nie przyszłoby do głowy odwoływać się do pojęć metafizycznych. Natomiast, pisząc książkę popularną czy popularnonaukową, jest to uprawnione z tego względu, że nauka stanowi istotny czynnik kulturotwórczy. I nie da się tego uniknąć, a gdyby tak się stało, byłoby to wielkim zubożeniem kultury. Choć oczywiście należy to robić w miarę odpowiedzialnie, żeby z nauki docierały do społeczeństwa sygnały właściwe, a nie obce duchowi nauki, ale to już jest inna kwestia.

Jednak, jak wspominał Ksiądz Profesor w swojej książce Ostateczne wyjaśnienia wszechświata, istnieje w nauce stała tendencja do przechodzenia z metodologii w ontologię. W człowieku, w naukowcu tkwi pokusa, aby nie zatrzymywać się na pewnych założeniach jako konstruktach teoretycznych, ale projektować je na rzeczywistość. Czy nie jest to przejaw tej skłonności, którą na początku naszej rozmowy określiłam mianem zaczarowywania świata przez naukę? Czy nie mamy tu do czynienia z jakimś potencjałem postaw religijnych, które nauka może wyzwalać?

Przede wszystkim trzeba zdać sobie sprawę, że mówiąc o tendencji metodologicznej i tendencji do ontologizowania, znajdujemy się już na poziomie refleksji nad nauką, poruszamy po obszarze metanauki czy filozofii nauki. Trzeba wziąć też pod uwagę ten oczywisty fakt, że naukę uprawiają ludzie. I to, co z czysto formalnego punktu widzenia należałoby wyraźnie rozgraniczyć: płaszczyznę naukową, metanaukową, ontologiczną czy metodologiczną, w człowieku dzieje się równocześnie i z konieczności miesza ze sobą, czy też nakłada na siebie. Jeśli chcemy mówić o tendencjach, o których Pani wspomniała, musimy pamiętać, że nie tyle mamy na myśli samą naukę, co człowieka, który ją uprawia lub nad nią się zastanawia. Z tej perspektywy rzeczywiście jest tak, że nauka dla wielu stanowi ogromny autorytet i często staje się czymś na kształt religii. Sądzę jednak, że taka tendencja do traktowania nauki jako rodzaju wyznania była większa 50 lat temu. Wtedy wpływy pozytywizmu i neopozytywizmu były znacznie silniejsze i rzeczywiście zakładano w ramach tych formacji myślowych, że nauka jest jedynym wartościowym sposobem poznania. Tendencja ta, choć i dziś nie brakuje ludzi o nastawieniu neopozytywistycznym, zmniejsza się i obecnie jest o wiele słabsza. Wpływ na taki stan rzeczy mają zmieniające się mody intelektualne. Obecnie dominują różnego rodzaju prądy myślowe określane jako postmodernistyczne (w filozofii poprzedził je m.in. egzystencjalizm), które wprowadzają do kultury silne elementy irracjonalistyczne i czynią to na tyle skutecznie, że naukowcy czują się dziś często zagrożeni.

Skąd to poczucie zagrożenia?

Wynika ono z silnego i uzasadnionego przeświadczenia, że zwiększający się wpływ irracjonalności może zniszczyć naukę. Dzisiejsza nauka jest w dużej mierze o wiele bardziej zależna od społeczeństwa niż na przykład w XVIII, a nawet XIX stuleciu, chociażby ze względów finansowych. Gdy buduje się dzisiaj wielki akcelerator cząstek elementarnych, w grę wchodzą sumy, których nie jest w stanie pokryć jedno państwo. Współcześnie eksperymenty wymagają takich nakładów finansowych, że łożyć na nie muszą szerokie masy społeczeństwa. W ten sposób nauka jako struktura staje się uwikłana w różnego rodzaju społeczno-ekonomiczne uwarunkowania. I jeśli społeczeństwo będzie rządzone irracjonalistycznymi zasadami, to taka sytuacja zależności realnie zagrozi nauce, co więcej, ma to miejsce już teraz. Najlepszym przykładem jest ogromny wzrost, czy raczej przerost biurokracji, która bardzo głęboko wniknęła w struktury nauki. Moim zdaniem jest to bardzo wymowny przejaw irracjonalizmu w organizacji pracy, który realnie nauce zagraża. Bez pieniędzy nie można prowadzić dziś badań, przeprowadzać doświadczeń, ale żeby uzyskać niezbędne fundusze, trzeba tracić masę czasu na nonsensowne rzeczy, które okazują się kosztowne w innym, bardziej podstawowym sensie. Sądzę zatem, że nauka jest w dzisiejszych czasach znacznie bardziej zagrożona i społecznie uwarunkowana niż dawniej.

Religia zdaje się w tej walce wspierać stronę irracjonalizmu.

Jest rzeczą ciekawą, że w niektórych krajach uczeni właśnie w religii szukają wsparcia przeciw irracjonalizmowi, gdyż wbrew pozorom irracjonalność jest wspólnym wrogiem nauki i religii. Po upadku komunizmu w Rosji nauka była obarczana przez szerokie kręgi społeczeństwa odpowiedzialnością za komunizm, ponieważ uprzednio wmawiano ludziom, że jest on światopoglądem naukowym. Dlatego też uczeni rosyjscy bardzo często zwracają się do Cerkwi, szukając w niej wsparcia i ochrony. I nie można tego tłumaczyć wyłącznie oportunizmem. Gdy mówimy o tym, że nauka może być zagrożona przez społeczeństwo, możemy się również odwołać do bardzo drastycznego przykładu z historii. W starożytnej Grecji, a następnie w zhellenizowanym Rzymie nauka cieszyła się bardzo dużym szacunkiem w społeczeństwie. Wysoki poziom rozwoju nie przeszkodził jednak temu, by w czasie najazdów plemion barbarzyńskich nauka zaginęła całkowicie. I potem z trudem odradzała się aż po wiek XII, kiedy zdołała w miarę dojść do siebie, by dopiero w nowożytności nabrać znacznego przyśpieszenia. Co właściwie stało się na przełomie starożytności i średniowiecza? Otóż owych agresorskich najazdów nie przeżył ani jeden człowiek, który byłby w stanie zrozumieć Elementy Euklidesa. Była to książka o geometrii, napisana językiem matematycznym i ona, co prawda, ocalała, przepisywano ją, ale nikt jej nie rozumiał, aż do XII w., kiedy to odzyskano świadomość tego, co w niej się znajduje. Podobnie rzecz się miała z Almagestem Ptolemeusza, książką wysoce zmatematyzowaną. Nie było nikogo, kto potrafiłby ją przeczytać ze zrozumieniem. W ten sposób nauka uległa irracjonalizmowi. I teraz pytanie: czy taka historia może się powtórzyć?

Współcześnie jesteśmy chyba zbyt dużymi beneficjentami nauki, by taka sytuacja, przynajmniej w tej samej co wtedy skali, mogła mieć miejsce.

Wydaje się, że historia nie zatoczy koła. Chociażby dlatego, że dziś jest o wiele więcej ludzi, którzy rozumieją dzieła Einsteina i po prostu trudniej byłoby ich wszystkich unicestwić, ale hipotetycznie wystarczy jedna dobra bomba wodorowa, by zaczynać historię od nowa. Tę hipotezę możemy na razie wykluczyć, w nadziei, że nigdy się nie zrealizuje. Natomiast są rozmaite inne zagrożenia, które nie tyle mogą zniszczyć naukę w ten sposób, żeby jej w ogóle nie było, ale wpędzić ją w jakiś ślepy zaułek. Może się nim stać naukowy konsumpcjonizm, coś w rodzaju racjonalności instrumentalnej. Wiele rządów nie chce dziś bowiem dawać pieniędzy na badania podstawowe, a jedynie na zastosowania. Jeśli ograniczymy się do udoskonalania nowego rodzaju telefonu komórkowego czy twardego dysku kosztem badań podstawowych, to nauka się zdegeneruje. Zamieni się w bardziej wyrafinowane rzemiosło. Te procesy już mają miejsce. Wiele osób wie, jaki klawisz nacisnąć, żeby wykonać działanie matematyczne na kalkulatorze, natomiast coraz mniej rozumie, na czym to działanie naprawdę polega. Takie konsumpcyjne nastawienie może oznaczać śmierć nauki. Jeszcze inną rzeczą jest obecność komputerów. Są one czymś wspaniałym i dziś nie można już bez nich pracować naukowo, ale jednocześnie paradoksalnie stanowią one dla nauki jedno z największych zagrożeń. Wielu zdolnych młodych naukowców zdegenerowało się i godziny przeznaczone na pracę naukową spędzają wyłącznie przed ekranami monitora, uprawiając bardzo wyrafinowaną zabawę, która nie ma nic wspólnego z badaniem naukowym. Nie mówię, że powinno się wystrzegać używania komputerów, przeciwnie, należy je umiejętnie stosować, ale jest też tak, że wielu ludzi zaprzepaściło swoje badania naukowe,, bezkrytycznie posługując się tymi skądinąd wspaniałymi maszynami. To jest również moje własne codzienne doświadczenie. Najlepszymi godzinami do pracy naukowej są godziny poranne, kiedy umysł jest najświeższy, a codziennie dużą ich część zabiera mi sprawdzanie poczty internetowej, stanowiącej uciążliwy obowiązek, którego jednak nie mogę zaniechać.

Czy wspomniane przez Księdza Profesora zagrożenia, jakie spotyka nauka ze strony społeczeństwa, nie pochodzą w jakiejś mierze z lęku, który ona zawsze wzbudzała i nadal wzbudza w wielu ludziach?

Pewnie tak jest rzeczywiście, że u wielu ludzi nauka lub jej wytwory budzą lęk i nieraz jest on usprawiedliwiony. Zwłaszcza że wyniki badań naukowych często nie leżą w rękach naukowców, tylko ludzi, którzy je wykorzystują dla własnych, nieraz mało szczytnych celów. Oczywiście, także wśród naukowców są tacy, którzy zaprzedają swoją pracę dla nieetycznych zastosowań. Więc ten strach, jaki wzbudzają badania naukowe, jest na pewno w jakimś stopniu uzasadniony. Tylko że znowu trzeba by rozróżnić lęk przed nauką od lęku przed jej zastosowaniami i sposobem ich wykorzystania.

Czy nauce powinno się narzucać ograniczenia etyczne?

Niewątpliwie mogą istnieć takie sytuacje, kiedy należy zaniechać jakichś badań ze względów etycznych, ale chciałbym zwrócić uwagę, że nauka także generuje nowe, bardzo ciekawe problemy etyczne. Ostatnio zetknąłem się z następującą kwestią złożoną ze splotu zagadnień etycznych. Bezzałogowy samolot ma zniszczyć kryjówkę terrorystów w Afganistanie. Takich automatycznych urządzeń jest już teraz sporo. Są one wyposażone w odpowiednie programy i w wielu przypadkach w oparciu o nie muszą podejmować decyzje samodzielnie. Powiedzmy, że taki samolot, zbliżając się do obiektu, który ma zniszczyć, otrzymał sygnał, że są w nim nie tylko terroryści, lecz także cywile i załóżmy, że musi podjąć decyzję w ułamkach sekundy, a więc nie ma czasu na konsultowanie się z bazą. Samolot musi być wyposażony w program, żeby w takiej sytuacji mógł sam zdecydować, bo inaczej będzie za późno. A więc konstruktorzy, którzy programują taki samolot, stają przed zespołem problemów etycznych: czy jeśli będzie 10 cywilów wśród terrorystów, to ma zaniechać ataku, a co w przypadku, gdy będzie ich 9? W ten sposób rodzą się problemy o charakterze etycznym, których wcześniej nie było. Samoloty takie nazywa się autonomicznymi automatami. W ich programowanie musi być zaangażowana etyka. Przykład ten wymownie pokazuje związek etyki z badaniami naukowymi. Chciałbym jednak zwrócić uwagę także na związek zwykłych badań laboratoryjnych czy teoretycznych z etyką. Badanie ma na pewno wymiar etyczny, bo jest pewną wartością, a gdy człowiek staje wobec wartości, możemy już mówić o problemie etycznym. Pod tym względem nauka nie różni się bardzo od innych obszarów działania człowieka, w których spotyka się on z wartościami. Z tą tylko różnicą, że w nauce wartości pełnią bardziej poznawczą funkcję.

Wymóg etycznej kontroli nauki zdaje się wskazywać, że wartość poznania nie jest bezwzględną wartością, co pozostaje w konflikcie z fundującą naszą współczesność ideą postępu, który stał się możliwy dzięki rozwojowi nauk ścisłych. Czy jest do pomyślenia nauka, w której wartość poznania nie jest wartością absolutną?

Znów dokonałbym rozróżnienia pomiędzy postawą pojedynczego człowieka, badacza a nauką w sensie metody. Jeśli rozpatrujemy tę kwestię z ludzkiej perspektywy, to niewątpliwie są sytuacje, kiedy poznanie musi ustąpić innym wartościom, zejść na drugi plan. Drastycznym przykładem takiego konfliktu między nauką a etyką są lekarze nazistowscy, którzy w obozach koncentracyjnych przeprowadzali swoje eksperymenty na więźniach. Można powiedzieć, że kierowała nimi wartość poznania, że stawiali ją na pierwszym miejscu. Mieli jednak obowiązek się wstrzymać. W tym przypadku decyzja, jaką należało podjąć, była oczywista. Inne wybory są zazwyczaj mniej jasne. Niemniej jednak, gdy chodzi o grupy społeczne czy pojedynczych ludzi, istnieją sytuacje, w których poznaniu trzeba powiedzieć: „nie”. I historia zna przykłady uczonych, którzy zawieszali swoje badania. Jeden z nich, którego osobiście znałem, to Jakow Borysowicz Zeldowicz, wybitny kosmolog, który najpierw był fizykiem cząstek elementarnych, ale w pewnym momencie swojej kariery naukowej postanowił porzucić dotychczasową dziedzinę badań i poświęcić się kosmologii, na której się wtedy w ogóle nie znał, żeby tylko nie brać udziału w programie bomby wodorowej. Przyczynił się znacząco do rozwoju kosmologii, bo przeniósł do tej nowej dla siebie dziedziny wiedzę z zakresu cząstek elementarnych. Innym przykładem takich osobistych wyborów pomiędzy nauką a etyką jest bardzo tajemnicza historia zniknięcia wybitnego, świetnie się zapowiadającego włoskiego fizyka Ettore Majorany. Jego osiągnięcia w fizyce cząstek elementarnych były ogromne. Pewnego dnia po prostu zniknął. Wsiadł na statek płynący na Sycylię, ale nigdy do wyspy nie dopłynął. Istnieją dwie wersje wydarzeń. Jedna mówi, że wyskoczył za burtę i popełnił samobójstwo, druga, że je tylko upozorował i zamknął się w klasztorze, aby nie uprawiać dalej fizyki, z tego względu, że może być wykorzystana do celów niszczycielskich. Gdy natomiast mówimy o nauce jako metodzie badania świata, to musimy mieć świadomość, że w tej metodzie zakodowana jest pewna agresywność…

Czy ma Ksiądz Profesor na myśli jej ekspansywność?

Owszem, ale – chcę to wyraźnie podkreślić – ekspansywność bardzo agresywną, która każe nigdy się nie poddawać, nie ustawać w dążeniu do poznania. Jeśli staję przed jakimś zagadnieniem i nie potrafię go rozwiązać, to nigdy nie mogę powiedzieć, że to cud, ewenement, z którym nic się nie da zrobić. W postawie tej tkwi również aspekt etyczny, który wynika z założenia, że świat to byt racjonalny, nie zaś irracjonalny zlepek jakichś nonsensów – daje się poznawać, więc jeżeli stoję wobec czegoś, czego nie potrafię rozwiązać, to widocznie moje środki są w tym momencie niewystarczające.

Druga część rozmowy ukaże się w kolejnym numerze miesięcznika „Znak”.


KS. MICHAŁ HELLER – profesor filozofii, teolog, fizyk, kosmolog, pracownik Watykańskiego Obserwatorium Astronomicznego. Fundator i dyrektor Centrum Kopernika Badań Interdysplinarnych (UPJP2-UJ), członek Papieskiej Akademii Nauk. Laureat Nagrody Templetona przyznawanej za pokonywanie barier między nauką a religią

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata