70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Chmury nad naszym życiem politycznym

Cykl wydawniczy miesięcznika „Znak” powoduje, że ten komentarz polityczny piszę w pierwszych dniach „afery hazardowej”; nie znam jeszcze również decyzji rzeszowskiej prokuratury w sprawie Mariusza Kamińskiego, który – jak twierdzą media – ma usłyszeć zarzuty prokuratorskie w związku z akcją CBA w Ministerstwie Rolnictwa w czasach koalicji PiS – Samoobrona – LPR. Najbliższe dni mogą w obu tych sprawach przynieść nowe ważne fakty. Pomimo to pozwalam sobie na postawienie tez, które – jak sądzę – zachowają swoją aktualność także wówczas, gdy ten numer „Znaku” trafi do rąk Czytelników.

W sprawie „afery hazardowej” jedno wiadomo na pewno: zachowanie zarówno przewodniczącego klubu parlamentarnego Platformy Obywatelskiej Zbigniewa Chlebowskiego, jak i ministra sportu Mirosława Drzewieckiego sprawiało wrażenie niedostatecznej troski o interes publiczny; można było również mieć poczucie wrażenie, że mamy tutaj do czynienia ze skłonnością do ulegania naciskom znajomych biznesmenów z branży hazardu. Nie ma wprawdzie podstaw do przypuszczeń, że doszło do złamania prawa przez ważnych polityków Platformy Obywatelskiej, ale styl ich działania w tej sprawie, a także sposób tłumaczenia się, gdy materiały CBA ujrzały światło dzienne, musi budzić niesmak. Co więcej, w pierwszych dniach owego kryzysu wyglądało na to, że premier Donald Tusk uzależnia polityczny los Mirosława Drzewieckiego (który należy do grona jego najbliższych współpracowników) od tego, jak jego tłumaczenia przyjmie opinia publiczna. Dochodzimy w tym miejscu do jednego z ważnych schorzeń naszego życia politycznego, na które w szczególności cierpi Platforma Obywatelska: liczy się przede wszystkim wizerunek i odbiór społeczny, a nie stan faktyczny. Polską zaczyna rządzić tyrania słupków sondażowych.

Jest rzeczą oczywistą, że podobanie się opinii publicznej ma znaczenie dla rządzących. To jednak rozeznanie interesu publicznego – a nie słupki popularności – powinno kierować działaniami ludzi sprawujących władzę. W sprawie przyszłości politycznej ministra Drzewieckiego nie powinny zatem decydować wyniki głosowania internautów, sondaże zamawiane przez „Fakty” TVN 24, a zwłaszcza przez kancelarię premiera. Najważniejszą przesłanką powinno być przekonanie samego szefa rządu co do moralnych i profesjonalnych kwalifikacji jego ministra. Jestem pewien, że premier Tusk ma dostatecznie wiele informacji, aby wyrobić sobie pogląd w tej sprawie. Powinien też mieć odwagę „pójścia pod prąd” w obronie swego współpracownika, jeśli on na to zasługuje, i rozstać się z nim, jeśli zawiódł pod względem moralnym lub profesjonalnym. Obawiam się jednak, że to nie te kryteria będą decydujące, lecz wyniki analiz przeprowadzanych przez specjalistów od PR w kancelarii prezesa Rady Ministrów.

Ciężkim schorzeniem życia politycznego w Polsce również jest rola, jaką w ostatnich latach wywierają nań służby specjalne, zwłaszcza CBA. Szokuje relacja ministra sprawiedliwości Andrzeja Czumy z rozmowy z Mariuszem Kamińskim, szefem CBA, domagającym się aresztowania Jolanty Kwaśniewskiej. Trudno nie oburzać się, czytając opis pułapki zastawianej przez agentów CBA na rodzinę Kwaśniewskich; jej elementem był zakup przez agenta CBA domu w Kazimierzu Dolnym, dokonany za pieniądze podatników, z nadzieją na skompromitowanie byłej pary prezydenckiej. Angażowanie przez służby specjalne olbrzymich środków w celu kuszenia obywateli do łamania prawa bez posiadania poważnych poszlak, iż rzeczywiście wkroczyli oni na drogę przestępczą, jest praktyką bardzo wątpliwą. Musi jednak budzić głośny i jednoznaczny sprzeciw, gdy przeradza się w polowanie na osobistości życia publicznego, które mogą okazać się niebezpieczne dla politycznych dysponentów służb specjalnych. W tym zresztą przypadku wiadomo, że to nie premier jest tym dysponentem. CBA powstało jako sztandarowy pomysł PiS-u, mający udowodnić tezy tego ugrupowania co do stanu państwa, a zwłaszcza istnienia patologicznego układu wywierającego przemożny wpływ na życie kraju. Szefem owej instytucji został niezwykle zaangażowany i przejęty PiS-owską ideologią polityk tegoż ugrupowania. Wiele wskazuje na to, iż nie stał się on bezstronnym strażnikiem interesu państwowego, ale dalej uczestniczy w politycznej grze, demonstrując swoje sympatie, antypatie i obsesje.

Premier Donald Tusk powiedział kiedyś, że to dobrze, iż CBA jest bardziej „ich” (to znaczy PiS-u), a ABW bardziej „nasze” (Platformy? rządu?), gdyż szachowanie się tych służb wymusi na wszystkich politycznych stronach przestrzeganie prawa i uwolni je od pokus. Moim zdaniem, prezes Rady Ministrów przyjął tu założenie zdecydowanie błędne. Państwo, w którym służby powołane do strzeżenia prawa dzielą się na „nasze” i „ich”, nie dysponuje już aparatem służącym interesowi publicznemu. Paralelne służby specjalne skazane są na rywalizację i pokusę wiązania się z rywalizującymi ze sobą siłami politycznymi. PO – w okresie, gdy politycznie dominował PiS i wielu Polaków skłaniało się do opinii, iż państwo polskie pogrążone jest w korupcji – przyłożyła rękę do stworzenia potężnej służby specjalnej, łączącej kompetencje policji i NIK i pozostającej właściwie poza kontrolą. Istnieje wiele przesłanek pozwalających przypuszczać, że w okresie rządów PiS-u służba ta była wykorzystywana przeciwko politycznym konkurentom i nieposłusznym sojusznikom rządzącego ugrupowania. Pułapka zastawiona na Andrzeja Leppera, nazywana aferą gruntową, stanowi najbardziej spektakularne potwierdzeniem słuszności tej tezy. Po zwycięstwie wyborczym Platformy Obywatelskiej w 2007 roku premier Tusk nie wyciągnął wniosków z zaistniałej sytuacji. Utrzymał status quo. Konsekwencją tego stanu rzeczy może być to, że służby specjalne staną się jednym z głównych reżyserów toczącej się już prezydenckiej kampanii wyborczej. Oznaczałoby to, iż ciemne chmury na dobre zaciągają się nad polskim życiem politycznym.

4 października 2009

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata