70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Problemy z solidarnością

Spór o emerytury pomostowe był ważnym wydarzeniem. Jego przebieg dostarczył wiele cennego materiału, pozwalającego na określenie postawy rządu, prezydenta i związków zawodowych. Wydawało się, że po długich negocjacjach odbywających się w komisji trójstronnej, rząd przedstawił ustawę, która powinna zyskać akceptację związków zawodowych.

Tymczasem jedyną propozycją, którą przedstawiły związki zawodowe, zjednoczone we wspólnym froncie, przekraczającym historyczne podziały, było odsunięcie rozwiązań o rok i dalsze prowadzenie negocjacji. Towarzyszyły temu słowa o solidarności, prawach ludzi pracy i sprawiedliwości społecznej, wbrew oczywistej niesprawiedliwości systemu wymuszającego na każdym podatniku sporą daninę na rzecz młodych emerytów. Działo się to w sytuacji, w której Polska odczuwa już wyraźnie skutki światowego kryzysu finansowo-gospodarczego, co musi skłaniać do oszczędności i racjonalizacji wydatków czynionych z publicznych pieniędzy.

Jest smutnym faktem, że prezydent Lech Kaczyński zawetował ustawę bardzo potrzebną państwu i zgodną z wymogami zdrowego rozsądku. Do rozwiązania kwestii emerytur pomostowych przygotowywał się przecież także rząd PiS-u kierowany przez Jarosława Kaczyńskiego. Jeśli są sprawy, w których interes ogółu i dobro państwa, są w sposób oczywisty poświęcane na rzecz partyjnych, partykularnych racji, to zawetowanie przez prezydenta ustawy o emeryturach pomostowych, było właśnie przykładem takiej sprawy. Dziś NSZZ „Solidarność” jest ściśle związana z PiS-em. Liderzy „Solidarności” bardzo zaangażowali się obronę dotychczasowych przywilejów emerytalnych i apelowali do prezydenta o weto. Prezydent Kaczyński pielęgnuje swój wizerunek polityka wrażliwości społecznej (co zresztą jest zgodne z prawdą). Jednak obrona prawa do przechodzenia na wcześniejsze emerytury ludzi znajdujących się w pełni sił nie ma nic wspólnego ze społeczną wrażliwością. Znacznie więcej – jest społeczną niesprawiedliwością. Jest przykładem polityki „dojutrkowania” – odkładania na później spraw trudnych, których podjęcie wiąże się z narażeniem dobrze zorganizowanym grupom interesu.

Znamy finał sprawy. Nieoczekiwany zwrot dokonany przez SLD pozwolił Sejmowi na odrzucenie prezydenckiego weta. Nie powinniśmy jednak zapomnieć o tej sprawie. Pokazuje ona bowiem jak niewiele już znaczy kategoria dobra wspólnego w polityce rozgrywającej się na głównej scenie politycznej. Gdyby było inaczej, PiS zamiast zwalczać ustawę o emeryturach pomostowych, poparłby ją i chlubił się tym, że ma udział w rozwiązaniu sprawy ważnej dla państwa. A prezydent oczywiście nie wetowałby ustawy. Nie sposób także nie zauważyć degrengolady NSZZ „Solidarność”. Związek wywodzący się z największego i najważniejszego ruchu narodowego i społecznego w historii Polski rozmienia na drobne swój kapitał. Stał się związkiem obrony „status quo”, niemal wyłącznie rewindykacyjnym. A jeszcze niedawno: w latach 1997-2001 stanowił oparcie dla rządu Jerzego Buzka, który miał odwagę podejmowania reform potrzebnych Polsce. Dał także temu rządowi grupę ludzi, którzy – w większości – sprawdzili się w pracy państwowej. Logo „Solidarności” i tradycja, do której może odwołać się Związek, są jego największym kapitałem. Miał jednak rację Lech Wałęsa mówiąc, że po zwycięstwie: odzyskaniu przez Polskę wolności należało odłożyć sztandary. Transparenty, które widywaliśmy na wielkich patriotycznych manifestacjach w czasach, gdy byliśmy jednością i upominaliśmy się o sprawy czyste i wielkie, dziś widujemy na związkowych ulicznych przemarszach przez Warszawę, odbywających się w huku petard i nierzadko przy akompaniamencie obraźliwych wyzwisk, czy na blokadach torów kolejowych, utrudniających życie podróżnym.

***

Tuż przed Świętami Bożego Narodzenia poruszył mnie sondaż przeprowadzony wśród młodzieży i opublikowany na łamach „Gazety Wyborczej” pod tytułem „Dobro wspólne? Nie istnieje”. 79% ankietowanych poczuwa się do obowiązku wobec rodziny, 45% wobec siebie, a jedynie 10% wobec kraju, miejscowości, czy regionu. Profesor Janusz Czapiński skomentował wyniki badania słowami: „Wśród młodych ludzi przeważa grupa materialistycznych hedonistów”. Gdyby ten obraz był prawdziwy, stanowiłby powód do wielkiego zmartwienia. Oznaczałby, że radykalnie słabnie w nas poczucie narodowej solidarności, poczucie wspólnoty, a więc i szansa na przeniesienie jej w przyszłość. Nic przecież nie straciło ze swej aktualności sformułowanie Ernesta Renana – XIX-wiecznego francuskiego pisarza – że „naród to codzienny plebiscyt”. Czyżby rację mieli ci, którzy przestrzegali, że gospodarka rynkowa, otwarcie granic, procesy globalizacji i integracji europejskiej unicestwią z czasem tradycyjne wspólnoty, w których żyliśmy i z którymi identyfikowaliśmy się? Sądzę jednak, że z młodym pokoleniem jest znacznie lepiej, niż wynikałoby z sondażu zamieszczonego w „Gazecie Wyborczej”. Skłaniają mnie do tego, nie tylko moje obserwacje z pracy ze studentami i przekonanie – także wsparte empirycznymi dowodami – iż procesy globalizacji wzmacniają potrzebę zakorzenienia. Mam nadzieję, że w odpowiedziach młodych ludzi do głosu dochodzi często przekora. Mam też wrażenie, że wynik sondażu mógłby być inny, gdyby dość zimne pojęcie kraj, zostało zastąpione pojęciami mającymi silniejszy ładunek emocjonalny, takimi jak ojczyzna i naród. Wiem także, że poczucie obowiązku wobec ojczyzny i narodu często dochodzi do głosu w momencie próby, gdy trzeba dokonywać zasadniczych, niekiedy dramatycznych wyborów.

Sądzę, że nie ma powodów do załamywania rąk nad młodym pokoleniem, ale omawiany sondaż powinien skłaniać do refleksji. Wspólnota, poczucie więzi i solidarności nie są nam dane raz na zawsze. Wymagają pielęgnowania i troski.

 1 stycznia 2009 r.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata