70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Próba podsumowania roku

Dla polskiego życia publicznego rok ten był wyraźnie lepszy od poprzedniego. Wybory (jesień 2007) stanowiły w istocie plebiscyt, w którym wyraźna większość odrzuciła metodę rządzenia realizowaną przez PiS (zwłaszcza po objęciu stanowiska premiera przez Jarosława Kaczyńskiego).

Polacy odrzucili sposób rządzenia oparty na permanentnym napięciu, często przechodzącym w awanturę. Dali też wyraźnie do zrozumienia, że mają dość dusznego klimatu wytwarzanego przez polityków, wykorzystujących służby państwa do politycznych rozgrywek. To nie oczekiwanie na cud gospodarczy na miarę Irlandii przyniosło władzę PO, ale chęć położenia kresu rządom PiS.

Pomimo że minął już ponad rok działalności rządu koalicji PO-PSL nie jest łatwo ocenić jego metodę rządzenia. Początkowo odnieść można było wrażenie, że dla premiera Tuska sprawami najważniejszymi są: zmiany w polityce zagranicznej i zmiana klimatu politycznego w Polsce. Te pierwsze polegały na odbudowaniu dobrych stosunków z państwami „starej” Unii, na zademonstrowaniu, że – po okresie jednostronnej polityki, zorientowanej przede wszystkim na USA – nadszedł czas dowartościowania Unii Europejskiej. Podjęta została także próba poprawienia relacji z Rosją. Zmiany te szybko przyniosły zauważalne i korzystne dla Polski efekty, zaś opozycja (i część komentatorów) wkrótce zaczęła sobie podkpiwać z „polityki miłości” rzekomo proklamowanej przez premiera. Niesłusznie. Poziom napięcia konfliktu politycznego w Polsce został w ubiegłym roku znacząco obniżony – było to bardzo potrzebne.
Nie było natomiast jasne, czy – w ciągu trzech lat, które pozostały do wyborów prezydenckich – premier zamierza energicznie reformować Polskę, czy też do tego czasu będzie unikał posunięć niepopularnych, które mogłyby wywołać sprzeciw silnych grup społecznych. Wiele wskazywało na to, że Tusk odkłada istotne reformy na okres po wyborach prezydenckich, w których bez wątpienia chciałby kandydować. Ale ostatnie miesiące i tygodnie zdają się pokazywać coś innego: że obrał on kierunek na wprowadzanie reform już teraz. Świadczy o tym twarde stanowisko w sprawie emerytur pomostowych (Polski naprawdę nie stać na to, aby mieć najmłodszych emerytów w Europie), determinacja w kwestii reformy służby zdrowia i zapowiedź reformy edukacji – pomimo ostrej krytyki PiS. Także światowy kryzys finansowy, z oczywistymi konsekwencjami gospodarczymi, wymusza energiczne działania rządu. W tak niepewnej sytuacji Polska nie może sobie pozwolić na marnowanie czasu.

Koalicji rządzącej sprzyja słabość opozycji. PiS zakrzepł w postawie demonstrowanej w czasach, gdy miał władzę. Jarosław Kaczyński opracował podobno nowy program partii, ale nie wierzę, aby był zdolny do pokazania „nowej twarzy PiS”. Jego ugrupowanie, które jeszcze bardziej niż poprzednio przypomina drużynę wodza, będzie posłusznie podążać za swoim liderem. Ten zaś nie jest zdolny do rewizji swych poglądów, metody uprawiania polityki i charakteru. PiS, gromadząc ludzi niezadowolonych z realiów współczesnej Polski i sfrustrowanych, jeszcze długo może pozostawać znaczącą partią polityczną, niezdolną jednak do odzyskania władzy. Z kolei opozycyjna lewica jest w rozsypce. Potencjalnie istnieje wprawdzie przestrzeń dla politycznej obecności lewicy czy centrolewicy. Powinna jej sprzyjać dominacja na scenie politycznej dwóch partii prawicowych i ich ostra rywalizacja, a także kryzys finansowy, skłaniający wielu do poszukiwania etatystycznych i interwencjonistycznych recept na wyjście z obecnej sytuacji. Wydawałoby się, że w takim momencie powinno wzrastać zainteresowanie lewicą. O to, że tak się nie dzieje, jej liderzy (przede wszystkim SLD) powinni mieć pretensje przede wszystkim do siebie. Zamiast bowiem konstruować centrolewicową alternatywę, wybrali kurs na licytowanie się w radykalizmie. Tymczasem polscy „zapateryści” nie mogą liczyć na szerokie poparcie społeczne. Pokazują to także badania poglądów aktywistów SLD. Przybierając pozę radykałów, liderzy SLD mogą zająć polityczną niszę, ale z pewnością nie zbudują liczącej się społecznie bazy dla lewicowego ugrupowania.

Niewątpliwą zaletą polskiego życia publicznego jest nieobecność w Sejmie Samoobrony i LPR. (Pierwsze z tych ugrupowań nie powróci już, moim zdaniem, na główną scenę polityczną; wyborców LPR przejął PiS, który systematycznie przesuwa się na pozycje skrajne). Niewątpliwą porażką jest natomiast praktyka naszej koabitacji. (Można było się tego spodziewać, zważywszy że prezydent wybrał rolę rzecznika opozycyjnego PiS-u, rezygnując w ten sposób z możliwości wypełniania ważnej roli arbitra. Poprawnej współpracy prezydenta i premiera zdecydowanie nie służy też perspektywa ich rywalizacji w przyszłych wyborach prezydenckich). Odpowiedzialność za to ponoszą obie strony. Jednak odpowiedzialność prezydenta jest większa, gdyż wypływa ze świadomie przyjętej roli: prezydenta całkowicie – i to emocjonalnie – identyfikującego się z ugrupowaniem, któremu przewodzi jego brat. Lech Kaczyński nie potrafił skorzystać z doświadczeń swego poprzednika. Aleksander Kwaśniewski w okresie rządów AWS-UW  ani na chwilę nie przestał być politykiem lewicy, mającym poważne wpływy w SLD. Potrafił na przykład wetować ustawy ważne dla rządzącej koalicji. Nigdy jednak nie pozwolił na to, by powstało wrażenie, że jego stosunek do rządu Jerzego Buzka nosi charakter systematycznej opozycji. W sprawach nadrzędnych dla państwa umiał współpracować z premierem. Taka postawa przynosiła mu wymierne polityczne korzyści i pozwoliła na reelekcję w pierwszej turze wyborów. Lech Kaczyński do przyjęcia takiej postawy – zgodnej zresztą z  jego politycznym interesem – nie jest zdolny.

Ale Donald Tusk także nie ma tu czystego sumienia. Obciąża go odmowa udostępnienia głowie państwa samolotu na lot do Brukseli i styl, w jakim ona nastąpiła, a także  tolerowanie skandalicznych zaczepek posła Palikota wymierzonych w prezydenta. W tej sprawie nie jestem optymistą. Do najbliższych wyborów prezydenckich na szczytach władzy będzie trwał konflikt. Mam nadzieję, że ze względu na nacisk opinii publicznej nie zniży się on do poziomu prezentowanego na Ukrainie przez Wiktora Juszczenkę i Julię Tymoszenko.

2 grudnia 2008

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata