70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Batalia o traktat lizboński

Marzec i pierwsze dni kwietnia w polskiej polityce stały pod znakiem sporu o ratyfikację traktatu lizbońskiego. Sporu nieoczekiwanego, gdyż po podpisaniu traktatu reformującego funkcjonowanie Unii Europejskiej wydawało się, że pomiędzy głównymi ugrupowaniami politycznymi panuje w tej sprawie zgoda, a znalezienie większości konstytucyjnej w Sejmie i w Senacie, niezbędnej do upoważnienia prezydenta RP do ratyfikacji dokumentu, nie nastręczy żadnych trudności. Stało się inaczej.

To względy polityki wewnętrznej, a nawet wewnątrzpartyjnej zadecydowały o postawieniu przez Jarosława Kaczyńskiego dodatkowych warunków, od których spełnienia uzależniał poparcie przez PiS ratyfikacji traktatu. Było to tym dziwniejsze, że z polskiej strony traktat był negocjowany przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego i rząd, na czele którego stał prezes PiS-u Jarosław Kaczyński, a obaj politycy ustalenia zawarte w tym dokumencie przedstawiali jako sukces naszego kraju. Warunki stawiane przez lidera głównego opozycyjnego ugrupowania  nie dotyczyły jednak samego traktatu. Nie były one stawiane unijnym partnerom Polski. Miały natomiast utrudnić polskiemu rządowi i parlamentowi wycofanie się z korzystnych dla Polski ustaleń, gdyby kiedyś – w hipotetycznych okolicznościach – sternicy polskiej polityki chcieli zmienić ustalenia wynegocjowane przez ekipę braci Kaczyńskich w Brukseli w czerwcu 2007 roku. Cała polityczna konstrukcja, zaprezentowana przez lidera PiS-u, była karkołomna i nie tylko mogła narazić na szwank procedurę ratyfikacyjną, ale także ośmieszała polityków, którzy swój międzynarodowy sukces zaczęli przedstawiać jako porażkę.

Dlaczego Jarosław Kaczyński zdecydował się na wybranie takiej taktyki? Zapewne przyświecały mu dwa cele. Pierwszym celem było „utarcie nosa” Platformie Obywatelskiej i pokazanie opinii publicznej, że w kwestiach o kluczowym dla Polski znaczeniu trzeba liczyć się z PiS-em. Cel drugi to zachowanie poparcia ojca Tadeusza Rydzyka i lojalności  tych posłów i senatorów PiS-u, którzy dyrektora Radia Maryja uważają za najważniejszy autorytet w sprawach publicznych, a jego poparcie w wyborach – za niezbędny warunek odniesienia sukcesu. Retoryka, jakiej z przyczyn wewnątrzpartyjnych używał Jarosław Kaczyński, który w sejmowym wystąpieniu oświadczył, że Polska może zostać sprowadzona do roli województwa, bez wątpienia wzmocniła antyunijne skrzydło PiS-u i została ochoczo podchwycona przez ojca Rydzyka na falach Radia Maryja.

Dobrze się stało, że prezydent Lech Kaczyński – po nieszczęsnym orędziu zmontowanym przez Jacka Kurskiego – dał znak do zmiany stanowiska w sprawie traktatu lizbońskiego i do zmiany retoryki politycznej. Z perspektywy politycznego obserwatora,  oddalonego od ośrodków władzy, odnoszę wrażenie, że w okresie jego prezydentury był to bodaj pierwszy przypadek, gdy rzeczywiście przejął on polityczną inicjatywę, która do tej pory pozostawała w rękach brata. Dobrze się stało, że prezydent i premier, współpracując ze sobą, odegrali decydującą rolę w przeprowadzeniu przez parlament głównej fazy procedury ratyfikacyjnej. Jest dla mnie oczywiste, że zablokowanie przez Polskę traktatu lizbońskiego oznaczałoby poważny kryzys Unii Europejskiej i znacznie zmniejszyłoby pole manewru polskiej polityki na arenie międzynarodowej.

Zaskoczyło mnie, że tak wielu posłów i senatorów PiS-u zagłosowało przeciw traktatowi lizbońskiemu lub wstrzymało się od głosu (co w przypadku tego głosowania oznaczało opowiedzenie się przeciwko traktatowi). Stało się tak pomimo zdecydowanego stanowiska prezydenta Lecha Kaczyńskiego i Jarosława Kaczyńskiego, który ostatecznie poparł traktat.

Prezes PiS-u bagatelizuje problem, stwierdzając, iż każda duża partia konserwatywna w Europie ma swoje eurosceptyczne skrzydło. Uważa, że PiS-owi nie grozi rozłam, a wewnętrzne zróżnicowanie partii w kwestiach europejskich trzeba uszanować. Wydaje się, że prezes PiS-u robi tu dobrą minę do złej gry. Partia Jarosława Kaczyńskiego nie wyróżniała się do tej pory poszanowaniem wewnętrznego pluralizmu. Głosowanie w sprawie traktatu lizbońskiego pokazało dobitnie siłę antyunijnego skrzydła w PiS-ie i zasięg wpływów w tej partii ojca Rydzyka. Prezes PiS-u mógł prowadzić z ojcem dyrektorem subtelną grę polityczną, której celem było zapewnienie PiS-owi poparcia  zwolenników linii Radia Maryja. Nie zauważył jednak, że przy okazji politycznego flirtu z toruńskim redemptorystą, wpuścił do swego ugrupowania i do parlamentu liczną grupę działaczy, którzy postawieni przed wyborem: Jarosław Kaczyński czy Tadeusz Rydzyk?, wybiorą ojca dyrektora. Czy i kiedy zostaną postawieni przed takim wyborem? Tego nie wiem. Dwie kwestie wydają mi się jednak pewne. (1) W dłuższej perspektywie trudno będzie utrzymać pod jednym politycznym dachem: senatora Bendera i senatora Romaszewskiego, posłankę Sobecką i posła Religę. A jeśli nawet miałoby się to udać, to polityczne przesłanie PiS-u przestanie być czytelne. (2) Jarosław Kaczyński padł ofiarą własnej taktyki politycznej. Chciał zlikwidować polityczne wpływy LPR. Rzeczywiście dzisiaj szyld LPR niewiele znaczy na politycznej giełdzie, ale ludzie o bliskich Lidze poglądach tworzą już potężną frakcję w PiS-ie.

Zmiany zachodzą także na lewicy: SLD wyrzucił Partię Demokratyczną z koalicji LiD. Wojciech Olejniczak uzasadnił to posunięcie rozmywaniem lewicowej tożsamości swojej formacji przez PD. Z przyczyn ideowych nie mogłem mieć cienia sympatii do LiD-u. Wydawało mi się jednak, że w kraju, w którym jeszcze w 2001 roku  SLD zdobyła ponad 40% głosów w wyborach do Sejmu, będzie istniała jakaś licząca się lewicowa formacja i w okresie rządów prawicy poparcie dla niej może rosnąć. Młodzi liderzy SLD wybrali zwrot w lewo: będą potępiać „drapieżny kapitalizm”, straszyć  politycznymi wpływami Kościoła, walczyć o pełną swobodę aborcji i promować organizacje gejowskie. Jednemu z tych liderów marzy się rola „polskiego Zapatero”. Pogratulować idola. Lewicowemu premierowi Hiszpanii udało się podzielić rodaków tak głęboko, jak nigdy dotąd nie miało to miejsca w demokracji, która wyłoniła się po zakończeniu ery frankistowskiej. W Polsce jednak nie wróżę podobnych sukcesów naśladowcom Zapatero. Lewica, wybierając skrajność, będzie się marginalizować. Partia Demokratyczna, która pomimo wielu przeobrażeń może odwoływać się do tradycji zasłużonych dla polskiej demokracji Unii Demokratycznej i Unii Wolności, nie umiała znaleźć swojego miejsca na scenie politycznej. Dawni zwolennicy UD i UW głosują na ogół na Platformę Obywatelską, nawet jeśli nie w pełni z nią się utożsamiają. Platformie dał przecież  początek rozłam w Unii Wolności, dokonany przez środowisko Donalda Tuska, które przegrało rywalizację o przywództwo UW na kongresie tej partii w grudniu 2000 roku. Po powstaniu Platformy UW już się nie podniosła. Nie udało się to także jej spadkobierczyni – Partii Demokratycznej. Można zrozumieć i szanować motywacje ludzi, którzy w okresie politycznej dekoniunktury zdecydowali się pozostać razem i zachować wierność sztandarowi swego ugrupowania. Bywają jednak sytuacje, gdy misja ugrupowania politycznego po prostu się kończy. Wydaje mi się, że środowisko PD lepiej by zrobiło uznając, iż ma do czynienia z taką właśnie sytuacją, niż wchodząc – jako zdecydowanie słabszy partner – w wątpliwe sojusze.

Platforma Obywatelska jest w komfortowej sytuacji: nie ma poważnej alternatywy. Nie stanowi jej ani zagrożony podziałem PiS, ani niemądrze radykalizująca się lewica. Komfortowa sytuacja może jednak rozleniwiać. To właśnie tego powinien obawiać się premier Tusk i liderzy PO.

4 kwietnia 2008

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata