70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

100 dni Tuska

Pierwsze sto dni rządu Donalda Tuska, uroczyście i pompatycznie obchodzone przez sam rząd i w dziwaczny sposób odnotowane przez główne opozycyjne ugrupowania PiS i LiD (zorganizowano z tej okazji konferencje prasowe, na których politycy odgrywali kiepsko zainscenizowane scenki kabaretowe, świadczące o infantylizacji polityki), doczekały się także licznych analiz publicystycznych. I ja spróbuję odpowiedzieć na pytanie, jak wygląda polska polityka po wstępnej fazie rządów koalicji PO-PSL.

Dwie zmiany są wyraźnie dostrzegalne i stanowią bezdyskusyjną zasługę rządu, a zwłaszcza jego premiera. Pierwsza dotyczy atmosfery panującej w życiu publicznym. Konflikty społeczne nie znikły, a nawet zaostrzyły się na początku roku w związku z rewindykacjami płacowymi różnych grup zawodowych i różnicami, co do koncepcji reformy służby zdrowia, występującymi nie tylko pomiędzy rządem a opozycją, ale i w samym środowisku pracowników służby zdrowia. A jednak klimat życia publicznego jest pozbawiony tego napięcia i wyczekiwania na kolejne spektakularne akcje prokuratury, CBA i ABW, jakie charakteryzowały rządy PiS w drugiej ich fazie, gdy premierem był Jarosław Kaczyński. Obniżył się znacznie poziom agresji w debatach i sporach politycznych. Opozycja zarzuca Tuskowi, że wpadł w manierę mówienia o miłości, zaufaniu i życzliwości, co ma – jej zdaniem – zastąpić brak programu. Jednak, jeśli porównać obecny klimat życia publicznego z duszną atmosferą miesięcy poprzedzających wybory, zmiana jest pozytywna, i niemała w tym zasługa obecnego premiera.

Widoczna jest także zmiana stylu prowadzenia polityki zagranicznej na zdecydowanie bardziej przyjazny i otwarty wobec partnerów Polski. Za wcześnie, by prognozować, czy jest to tylko zmiana stylu, czy także treści polityki. Z dwoma wyraźnymi wyjątkami, gdzie widać także zmianę polityki. Dotyczy to relacji z  USA i Rosją. W rokowaniach dotyczących amerykańskiej  „tarczy” Polska zachowuje zdecydowanie twardszą postawę niż poprzedni rząd. Stawia warunki amerykańskiemu sojusznikowi, od którego oczekuje pomocy w modernizacji naszych sił zbrojnych. Politycy PiS wiele mówili o tym, że ich rząd zerwał z polityką prowadzoną „na kolanach”, zdecydowanie broniąc naszych narodowych interesów. Jednak w stosunkach ze Stanami Zjednoczonymi nie było tego widać. Rząd PiS wyraźnie patrzył na USA jak na „starszego brata”. Radosław Sikorski, obecny minister spraw zagranicznych, najwyraźniej nie ma tego rodzaju kompleksów. W stosunkach z Rosją premier Tusk poprzez swą wizytę w Moskwie dał wyraźny sygnał, że Polska chce otworzyć nowy, lepszy rozdział we wzajemnych stosunkach. Obecnie nie wiadomo jeszcze, czy tak się stanie. Pewne jest natomiast, że rząd PiS takiego gestu nie chciał wykonać. Wydaje się, że nie tylko ze względu na pojmowanie przezeń zewnętrznych interesów Polski, ale i z przyczyn wewnętrznych. Twardość wobec Rosji miała przyczynić się do skupienia wokół polityki rządu i PiS tradycyjnych, patriotycznych wyborców, skłonnych traktować postkomunistyczną, autorytarną i imperialną Rosję jako niezmienne zagrożenie dla Polski.

Stawiam tezę: bardzo wysokie poparcie, jakim cieszą się obecnie premier Tusk i Platforma Obywatelska, wynika w zdecydowanie większej mierze z umiejętności zmiany klimatu politycznego w kraju i ze zmiany stylu prowadzenia polityki zagranicznej niż z programowych dokonań rządu i oczekiwań na rychłe ziszczenie się „irlandzkiego cudu” nad Wisłą. Program rządu nie rysuje się bowiem przejrzyście, pomimo rekordowo długiego exposé premiera i jego wystąpienia z okazji stu dni rządu. Nie jest jasne, czy wynika to z faktu, iż PO nie spodziewała się, że tak szybko uzyska władzę i nie była do niej dostatecznie przygotowana (wiele za tym przemawia), czy też z niechęci do odkrywania kart, by nie utracić szerokiego obecnie poparcia społecznego. Rozmiary tego poparcia w dalszym ciągu wynikają z plebiscytarnego charakteru ostatnich wyborów. Plebiscyt dotyczył  sposobu rządzenia państwem przez PiS. Beneficjentem tego plebiscytu była Platforma, jako zdecydowanie najsilniejsze opozycyjne ugrupowanie. Wyborcy, którzy „zainwestowali” w PO, a także nowi sympatycy, których zwykle przybywa zwycięskiemu ugrupowaniu, mają jednak nierzadko sprzeczne oczekiwania. Są wśród nich liczni sympatycy prawicy i centroprawicy, ale także ludzie, którzy w kwestiach moralno-obyczajowych czy relacji między Państwem i Kościołem są bliscy lewicy. Wyraźniejsze zarysowanie ideowych i programowych wyborów PO i rządu, w którym PO gra pierwsze skrzypce, mogłoby rozsadzić tę zawiązaną przy urnach wyborczych „koalicję”, często bardzo różniących się w poglądach na Polskę obywateli.

Nie wiadomo  czy dość pospiesznie zgłoszone przez premiera propozycje  głębokich zmian w konstytucji, takich jak: położenie kresu podziału władzy wykonawczej pomiędzy rząd i prezydenta, zniesienie senatu i wprowadzenie wyborów większościowych do sejmu, są realnym programem, który PO będzie próbowała zrealizować w obecnym parlamencie, czy też są programową manifestacją, która swe rozwinięcie znajdzie dopiero w kampanii prezydenckiej w 2010 roku.

W gruncie rzeczy nie wiemy, czy Donald Tusk chce aby jego rząd był rządem radykalnych reform, tak jak były nimi rządy Tadeusza Mazowieckiego, Jana K. Bieleckiego i Jerzego Buzka, czy też ma być rządem spokojnego, ewolucyjnego zmieniania Polski, bez narażania się na głębokie konflikty społeczne, związane z  reformatorskim radykalizmem.  Nie zdziwiłbym się, gdyby okazało się, że ten wybór nie został jeszcze przez premiera dokonany. Wiele zależy od tego, czy myśli on o prezydenturze jako o sprawie, która może, ale nie musi wydarzyć się w jego życiu, czy też zdecydowanie traktuje ją jako swój priorytet. Pierwszy wybór sprzyjałby polityce rządu, odciskającej silne, reformatorskie piętno w historii Polski po 1989 roku. Drugi wybór zapewne zachęcałby do prowadzenia polityki ostrożniejszej, unikającej dokonywania radykalnych wyborów.

Wydaje się, że premier Tusk, jego rząd i PO dysponują wartością niezmiernie cenną w polityce: czasem. Napięcia społeczne, które zapewne będą występować, nie zapowiadają się na jakiś masowy ruch protestu, który mógłby zdestabilizować rząd. Opozycja jest w marnej formie. Po odejściu grupy Kazimierza Ujazdowskiego, Jarosławowi Kaczyńskiemu udało się powstrzymać tendencje odśrodkowe w PiS. Partia ta pozostaje  nadal – i chyba już pozostanie – partią wodzowską swego twórcy i  jedynego lidera. Jarosław Kaczyński nie zmienia swej oceny rzeczywistości, polityki ani języka. I zapewne, pomimo wezwań do mobilizacji intelektualistów podzielających jego wizję Polski, już nie zmieni swego przesłania ani wizerunku. Taki PiS może pozostać liczącą się opozycją, ale raczej kurczącą się niż poszerzającą obszar swych wpływów. I niezdolną do odzyskania władzy. Jedynym groźnym politycznym orężem, jakim w istocie rozporządza Jarosław Kaczyński, jest prezydenckie weto, w które wyposażony jest jego brat. O ile można założyć, że będzie ono odrzucane przy pomocy LiD w kwestiach dotyczących demontażu instytucjonalnych pozostałości „pisowskiej” władzy, to z całą pewnością koalicja rządząca nie będzie mogła liczyć na to poparcie w kwestiach reform potrzebnych, ale mogących wywołać niezadowolenie, jakichś grup społecznych. Perspektywy LiD na przyszłość wyglądają wysoce niepewnie. Ma ono dwie podstawowe słabości. Pierwszą stanowi ewidentny brak lidera, mającego siłę wewnętrzną i wyraźne przekonania. Osobiście sympatyczny Wojciech Olejniczak taką osobowością nie jest. Nic nie wskazuje na to, aby był nią Grzegorz Napieralski. Jeszcze większą słabością jest jałowość programowa. Wydaje się, że w sferze programu gospodarczego i społecznego SLD, SDPL i Unia Pracy wyraźnie przesuwają się na lewo w stosunku do pozycji zajmowanych przez postkomunistyczną formację w III Rzeczypospolitej, zwłaszcza w okresach, kiedy sprawowała ona władzę. Tak jak na początku lat 90., lewica zamierza straszyć Polaków wizją państwa wyznaniowego. Nie wydaje się jednak, by w naszym kraju, pomimo zachodzących w niej zmian obyczajowych i osłabienia autorytetu Kościoła w sprawach publicznych, udało się wzbudzić religijną „zimną wojnę”. Rzeczywistość tak jaskrawo odbiega od wizji lansowanej przez lewicę, że politykom tej formacji bardzo trudno będzie zmobilizować zwolenników walki z rzekomą „klerykalizacją państwa”. Trudno bowiem walczyć z fikcyjnym zagrożeniem. Moim zdaniem, ta ewolucja, która dotyczy głównie SLD, stawia pod znakiem zapytania przyszłość LiD. Wyobrażam sobie, jak źle muszą się nim czuć politycy Partii Demokratycznej, wywodzącej się przecież z Unii Demokratycznej i Unii Wolności. Jeśli tkwią w tym sojuszu, to tylko z powodu braku politycznej alternatywy. Nie pasują do niego. Zapewne, gdyby nie ich obecność w LiD, szybko mogłaby się dokonać fuzja pozostałych ugrupowań tworzących tę koalicję. Wydaje się jednak, że lewicę czeka jednak jeszcze długa droga, zanim wydobędzie się z głębokiego kryzysu. Z pewnością LiD nie wykorzystał szansy, jaką były dla niego przyspieszone wybory.

Dla nowej inicjatywy politycznej w centroprawicowym spektrum politycznym nie ma teraz miejsca. Sondaże wskazują, na godne uwagi poparcie społeczne, jakim mogłaby się cieszyć partia Kazimierza Marcinkiewicza, ale to ułuda. Szanse polityczne dla nowej inicjatywy politycznej na centroprawicy mogłyby się pojawić jedynie w przypadku erozji PO lub PiS, a zwłaszcza obu tych ugrupowań. Obecnie na to się nie zanosi. Nowa inicjatywa polityczna musiałaby być niesiona wielkimi nadziejami i poczuciem zawodu w stosunku do obecnego układu sił na prawicy. Tak jak to się zdarzyło z PO i PiS w 2001 roku, kiedy było oczywiste, że AWS nie jest zdolna do zmiany sposobu funkcjonowania i odnowy. Nie ma żadnej  analogii pomiędzy tamtą a obecną sytuacją. Trzeba też pamiętać o olbrzymiej dysproporcji w środkach finansowych, jakimi dysponują istniejące partie polityczne, finansowane z budżetu państwa, i nowe inicjatywy polityczne. Tę dysproporcję mogłoby zrekompensować jedynie wielkie poparcie społeczne dla nowej partii. Ta okoliczność w oczywisty sposób obecnie nie zachodzi.

Koalicja PO-PSL i premier Tusk znajdują się w bardzo korzystnej sytuacji. Mają czas i nie muszą się liczyć z presją opozycji. Jak wykorzystają te atuty?

4 marca 2008 r.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata