Zaczęło się od Komisji Wyborczej nr 95 w Krakowie. Zaraz po wyborach zauważono, że wystąpiła tam dziwna anomalia.
W pierwszej turze Rafał Trzaskowski zwyciężył w niej wyraźnie, uzyskując 550 głosów wobec 221 oddanych na Sławomira Mentzena i 218 na Karola Nawrockiego. Tymczasem w drugiej turze komisja podała, że to właśnie Nawrocki zdobył aż 1132 głosy – ponad dwukrotnie więcej niż Trzaskowski, który miał ich 540. Tak rażąca zmiana szybko zyskała w mediach ironiczne miano „wyborczego cudu”. Czy to możliwe, że wyborcy w dwa tygodnie tak bardzo zmienili preferencje?
Jak się okazało, głosy oddane na jednego kandydata komisja przypisała błędnie drugiemu. Co ważne – a co w dużej mierze umknęło w późniejszej dyskusji – o pomyłce donieśli urzędowi miasta sami członkowie komisji nr 95.
Natychmiast zaczęły się pojawiać pytania: w ilu jeszcze miejscach doszło do podobnych anomalii? I czy były one wynikiem pomyłki, czy też świadomego działania? Wioletta Paprocka, szefowa sztabu Trzaskowskiego, wystosowała 5 czerwca apel na portalu X (dawnym Twitterze): „Jeśli widzicie nieprawidłowości – zgłaszajcie je na stronie protestwyborczy2025.pl, a my zwrócimy się do Państwowej Komisji Wyborczej, aby każdy z tych przypadków wyjaśniła”. Dzień później premier Donald Tusk zapewniał: „Każdy zgłoszony przypadek nieprawidłowości w liczeniu głosów jest sprawdzany i analizowany. Ewentualne fałszerstwa są badane i będą ukarane. Protesty trafią do Sądu Najwyższego”.
Nadal jednak przeważała opinia, że to pojedyncze incydenty, bez większego znaczenia dla wyniku wyborów. „Do takich błędów musiałoby dojść w tysiącu lub nawet kilku tysiącach obwodowych komisji wyborczych. Pomyłki musiałyby być systemowe – na korzyść jednego kandydata” – tłumaczył Adam Gendźwiłł, ekspert ds. procesów wyborczych, w rozmowie z OKO.press.
Sprawy nabrały rozpędu 20 czerwca. Tego dnia „Gazeta Wyborcza” opublikowała analizę Krzysztofa Kontka nt. anomalii w wynikach drugiej tury wyborów prezydenckich. Postawił on bardzo mocną tezę: do nieprawidłowości mogło dojść aż w 1482 obwodowych komisjach, co przekładałoby się na 315–487 tys. dodatkowych głosów dla Nawrockiego, które niesłusznie zostały mu przypisane. Zwolennicy Trzaskowskiego natychmiast zrozumieli, do jakich wniosków to prowadzi: wybory mógł tak naprawdę wygrać ich kandydat, a nie Nawrocki. Ogłoszone wyniki są niewiarygodne.
Temat podjęli politycy i najważniejsze osoby w państwie. Adam Bodnar, ówczesny minister sprawiedliwości, poinformował 25 czerwca, że wystąpił do Sądu Najwyższego z „wnioskiem o przeprowadzenie oględzin kart do głosowania w 1472 komisjach wyborczych”. Tego samego dnia Roman Giertych stwierdził w programie Kropka nad i, że „mamy do czynienia z sytuacją, w której obwodowe komisje wyborcze zostały w sposób nielegalny w większości przejęte”, choć nie potrafił precyzyjnie wyjaśnić, co to znaczy w praktyce. Dwa dni później Bartosz Arłukowicz, europoseł Platformy Obywatelskiej, napisał na platformie X, że „nie znamy realnego wyniku wyborów”, a „PKW ogłosiła nieprawdziwy wynik”.

