Randall Burns, studentka Uniwersytetu Indiana, ze znakiem przedstawiającym średnią wartość kredytu, jaki absolwent studiów ma do spłacenia po ich ukończeniu, Bloomingtom w stanie Indiana, 11 kwietnia 2013 r. (fot. Jeremy Hogan)
Michał Paweł Markowski marzec 2020

Rozpieszczeni i wykluczeni

Diagnoza o „rozpieszczeniu” amerykańskich studentów przedstawiona przez Lukianoffa i Haidta, choć trafnie postawiona, domaga się poważnej korekty. Większość karykaturalnych przykładów wzięta jest z życia bogatych uczelni, gdzie studenci pochodzą z tej samej, niewielkiej grupy majątkowej.

Artykuł z numeru

Jak mówi prawica?

Jak mówi prawica?

W maju 2014 r. Greg Lukianoff, prawnik, specjalista od pierwszej poprawki do konstytucji (gwarantującej wolność osobistą i wolność słowa), i Jonathan Haidt, psycholog badający różnice w zachowaniach grup społecznych, spotkali się na lunchu, by przedyskutować dręczącą ich obu kwestię. Dlaczego, pytali, coraz częściej na amerykańskich uniwersytetach, zasada, która tkwiła u ich źródeł – wolność słowa – obraca się w swoje przeciwieństwo? Dlaczego studenci nie chcą konfrontować się z odmiennymi poglądami i nie tylko cenzurują wystąpienia osób, których wypowiedzi mogłyby im się nie spodobać, ale uważają wprost, że poglądy innych nie pozwalają im normalnie funkcjonować w życiu? Lukianoff i Haidt doszli do wniosku, że winą należy obarczyć „moralną matrycę”, która zaczęła dominować na wyższych uczelniach, a której istota polega na tym, co psychologia behawioralna nazywa „zniekształceniem poznawczym” (cognitive distortion). Chodzi o to – mówiąc najprościej – by utrzymywać studentów w przekonaniu o ich własnej nieprzystawalności do rzeczywistości i redukowaniu zawczasu wszystkich bodźców, które mogłyby w jakikolwiek sposób „utrudnić” im życie. Według naszych badaczy wiele uniwersytetów amerykańskich uczy skrzywionego myślenia, przyczyniając się do ogromnego spotęgowania już istniejących zachowań depresyjnych i lękowych. Tezę tę zawarli w artykule pt. Arguing Towards Misery: How Campuses Teach Cognitive Distortion (z grubsza: Argumenty prowadzące do nieszczęścia: jak uniwersytety uczą poznawczych zniekształceń) i wysłali do „The Atlantic”, gdzie zmyślny redaktor zmienił tytuł artykułu na The Coddling of the American Mind. Dla wszystkich czytelników aluzja była bardzo czytelna, choć pewnie nie wszyscy pojęli, że fraza o rozpieszczaniu amerykańskiego umysłu odnosiła się do bestsellera sprzed niemal dwóch dekad nie tylko poprzez tytuł.

Elitarne marzenia

W 1987 r. bliżej nieznany szerszej publiczności profesor University of Chicago Allan Bloom opublikował książkę, którą uznano za jeden z głośniejszych wystrzałów armatnich w amerykańskiej wojnie kulturowej, od zarania republiki toczącej się w zmiennym tempie, głównie na wschodnim i zachodnim wybrzeżu. Tytuł oryginalny – The Closing of the American Mind (Zamykanie amerykańskiego umysłu ) – miał w sobie ukryty paradoks, gdyż Bloomowi chodziło o to, że amerykańscy studenci zamykają swoje umysły, zanadto się otwierając na niewspółmierne ze sobą wartości.

Książka Blooma to elementarz konserwatywnego i nostalgicznego elitaryzmu. Ameryka upada, bo nie ma już nadrzędnych zasad intelektualnych, opartych na tradycji i wielkich dziełach zachodniej – białej i męskiej – tradycji, a uniwersytet utracił swoje przywileje wieży z kości słoniowej, która skutecznie odpierałaby napór zbyt szybko zmieniającej się rzeczywistości.

Wszystkiemu winien relatywizm kulturowy: gdy przyznajemy wszystkim rację, racji nie ma nikt. Gdy uznajemy wszystkie wartości na równi, wpadamy w otchłanie względności i sami podcinamy gałąź, na której siedzimy. Dlatego trzeba uznać, że istnieje sfera wydzielona z rzeczywistości – uniwersytet – gdzie starannie wyselekcjonowani kandydaci oddają się kontemplacji idei, odwracając się z pogardą od hałasu codzienności. Bloom w jednym z wywiadów posunął się tak daleko w swej elitarnej gorączce, że zaczął dowodzić, iż występuje w imieniu grup nieuprzywilejowanych. Okazało się, że tą grupą nieuprzywilejowaną byli zdolni młodzi chłopcy, którym odmawia się przywileju odcięcia od świata i spędzenia kilku lat wyzwalających (chodzi bowiem o edukację liberalną) od kłopotów zwyczajnej egzystencji. Czarni? Och, z nimi to tylko kłopot, bo są tak koszmarnie nieprzygotowani do studiów, akcja afirmatywna pozwala im wejść na kampus, co daje fatalne rezultaty, bo gdzież im do tych najzdolniejszych, którzy edukację otrzymali dzięki szczodrości bogatych rodziców. Kobiety? Powinny się cieszyć, że w ogóle studiują, bo przecież ich naturalnym powołaniem jest życie rodzinne. Jak dla każdego konserwatysty, tak i dla Blooma prawo naturalne, które dyktuje człowiekowi swe reguły poprzez stulecia (tym samym wykazując wyjątkową odporność na historyczne perturbacje), było ostatecznym argumentem w walce idei.

Platon i onaniści

W Państwie Platona, które Bloom przetłumaczył i opatrzył komentarzami, Sokrates dokonuje w księdze IV podziału duszy na trzy starannie oddzielone od siebie warstwy mające odpowiadać podziałowi społecznemu. Na samym dole ludzie oddają się zaspokajaniu licznych pragnień: to ci, którzy dobrze czują się, robiąc interesy, a ich pożądanie (epithymia) odpowiada pożądliwej, najpośledniejszej, części duszy. Nad jej posłuszeństwem częściom doskonalszym czuwa thymos, który to termin różnie się wykłada: jest to albo duch, albo gniew (jak rozumiał to Peter Sloterdijk), albo potrzeba uznania (jak chce Francis Fukuyama), słowem, część, która reaguje na niesprawiedliwość i szuka zadośćuczynienia. Dzierżycielami thymos w państwie greckim są strażnicy ładu wewnętrznego i zewnętrznego, w duszy zaś władza trzymająca na smyczy sferę pożądań. I wreszcie na samym szczycie duszy i społeczeństwa znajdują się mędrcy, którzy wiedzą co i jak i którzy rozważają w spokoju, co jest dobre, a co złe, co prawdziwe, a co fałszywe. To, rzecz jasna, intelekt (logismos), który z góry spogląda na pozostałe części duszy, podobnie jak ustawodawcy mówią wszystkim kmiotkom, na czym życie społeczne polega.

Bloom w sposób ukryty odwołuje się do tej gradacji, by uzasadnić status quo, które na jego oczach się rozpada. Niezmienny podział społeczny, w którym nie tylko nie ma żadnych przejść między grupami społecznymi, ale w którym jedna grupa społeczna – niewolnicy – nie ma żadnych praw obywatelskich, odpowiada radykalnemu separatyzmowi intelektualnemu, wspartemu na ukrytej aksjologii. Kto umiłował wieczne prawdy, ten jest lepszy od tego, kogo zajmuje praca w pocie czoła. Kto czyta w zacisznym gabinecie na 55 Ulicy w Chicago klasyków, ten wie o życiu więcej niż samotna kobieta wychowująca czworo dzieci albo czarny chłopak, który – w sąsiadującym o miedzę getcie – nie może znaleźć zatrudnienia, bo ciąży nad nim odsiadka za posiadanie niewielkiej ilości narkotyków i z musu przystaje do gangu. Zresztą sami oni sobie winni, bo przecież bogactwa zachodniej kultury stoją przed wszystkimi otwarte na oścież, wystarczy tylko sięgnąć ręką. Ale nikt nie chce tego zrobić, bo nikogo już nie interesuje czytanie Szekspira ani słuchanie Mozarta i nastolatkowie w słuchawkach na uszach jedynie podrygują w rytm muzyki rockowej jak oszalali onaniści. Jak brzmi słynne, cytowane przez Alfreda Kazina zdanie Saula Bellowa, kolegi Blooma z chicagowskiego kampusu, który zachęcał profesora do rozwinięcia w książkę tez artykułu opublikowanego w 1982 r. w „National Review”, „Kto jest Tołstojem Zulusów? Proustem Papuasów?” Nie ma takich, prawda? Wojna i pokój jest dziełem wyrażającym ludzką naturę, skoro więc prymitywne plemiona jej nie wyprodukowały, jasne jest, że z ludzką naturą u nich krucho.

Wyzwolenie na wsi

Marzenie o tym, by uniwersytet był intelektualną enklawą w świecie zaprzątniętym zaspokajaniem elementarnych potrzeb, tkwi u podstaw tego, co nazywa się w Ameryce liberal education. Oczywisty jest kłopot z tłumaczeniem tego określenia. Przekład na „edukację liberalną” nie ma żadnego sensu, gdyż słowo liberal odnosi się do starej europejskiej tradycji artes liberales, czyli sztuk wyzwolonych. Wyzwolonych od czego? Od trudu rąk, od nierozumowego wysiłku istnienia, ale także od wszelkich kłopotów, jakie życie współczesne ze sobą niesie. W tradycji amerykańskiego szkolnictwa liberal education jest częścią wyższego wykształcenia i każdy uniwersytet, który dzieli się na colleges, ma coś w rodzaju College of Liberal Arts, najczęściej pożeniony z Sciences. Ale poza uniwersytetami – prywatnymi i publicznymi – charakterystyczną cechą amerykańskiego szkolnictwa wyższego są tzw. Liberal Arts Colleges, których jest ok. 500: rozsiane po całej Ameryce niewielkie, bardzo wypielęgnowane, bogate kampusy, w których edukacja kończy się na licencjacie (B.A). Oberlin w Ohio, Williams w Massachussetts, Pomona w Kalifornii, Middlebury w Vermont, Carleton w Minnesocie, Colgate w Nowym Jorku to tylko parę z kilku setek ekskluzywnych, przytulnych szkół, w których uczy się 1–2 tys. studentów, a czesne waha się między 50 i 60 tys. $ rocznie, czyli więcej niż na Harvardzie czy Princeton. Studiują tam dzieci z bogatych rodzin, które nie chcą iść na bardziej znany, prywatny uniwersytet (Ivy League czy University of California), bo albo nie chcą robić magisterki, albo się nie dostaną, albo uważają, że milej i bezpieczniej jest spędzić czas gdzieś na pięknej wsi, w atmosferze wolnej od stresu i kompetencji, na dodatek celebrując z powodzeniem swoją nieograniczoną indywidualność. Moi wschodnioeuropejscy studenci, którzy dostają pracę na takich uczelniach, są z reguły zszokowani: przeskok od poważnego studiowania do bardzo rozluźnionych wymogów kompetencyjnych jest trudny. Nie ma wątpliwości, że działa tu rynkowa zasada „klient nasz pan”: chodzi generalnie o to, żeby zbiegły się cztery niezwykle istotne marzenia: (1) studiowania na elitarnej uczelni, która (2) nie będzie zanadto wymagająca i (3) uchroni dziecko od szaleńczego biegu szczurów, a jednocześnie (4) pozwoli swobodnie rozwinąć się wszystkim posiadanym i nieposiadanym talentom. Za takie efekty stawka minimum 50 tys. $ nie wydaje się wygórowana, choć oczywiście nie w oczach tych, u których suma ta przewyższa roczny dochód na rodzinę.

Kupa kasy

W Ameryce jest ponad 5 tys. szkół wyższych, nadających jakiś rodzaj dyplomów, od szkół kosmetycznych do najlepszych uniwersytetów na świecie. Prywatnych i publicznych jest tyle samo, ok. 1600 w każdej kategorii. Lokalne colleges (community colleges, county colleges) dają wykształcenie podstawowe przez dwa lata, college daje wykształcenie na poziomie licencjatu (undergraduate), uniwersytet przedłuża studia dzięki tzw. graduate studies, czyli studiom magisterskim i doktoranckim. Oczywiście szkoła wyższa szkole wyższej nierówna i dlatego studenci bacznie obserwują wszystkie możliwe rankingi, szukając swoich uczelni, blisko domu albo daleko, ze świetnymi profesorami albo interesującym programem. Ale o wyborze decydują ostatecznie pieniądze. Jeśli czesne w maleńkim elitarnym college’u wynosi 50 tys. $, to do tego trzeba doliczyć tzw. wikt i opierunek plus podręczniki (ok. 20 tys. dodatkowo), co daje 70 tys. rocznie. Średni dochód na rodzinę w Stanach wynosi ok. 60 tys. $. Lecz dochody klasy średniej definiuje się od 2/3 tej sumy do jej dwukrotności, czyli od 40 do 120 tys. $ rocznie. Nawet przy maksimum tej sumy wysłanie dziecka do Oberlin, Pomony albo Williams nie wchodzi w rachubę, co oznacza, że najbardziej elitarne studia (wysokie czesne plus mała liczba studentów) przekraczają możliwości finansowe większości Amerykanów. Tylko 8,5% gospodarstw ma dochód większy niż 200 tys. rocznie, a to jest poziom, na którym dziecko (ale tylko jedno) wysyła się do najlepszych szkół. By skutecznie zadbać o kariery większej liczby dzieci, rodzina musi zarabiać znacznie powyżej 300 tys. rocznie. I tu zaczyna się uprzywilejowanie, którego nie mają dzieci z biednych rodzin, niezależnie od koloru skóry. 40% amerykańskich rodzin nie zarabia więcej niż 50 tys. rocznie. W 2018 r. próg ubóstwa dla czteroosobowej rodziny wyznaczono na 25 tys. $. I tu zaczyna się różnicowanie rasowe. Wśród dzieci żyjących w ubóstwie jest 50% czarnych i 15% białych. Od 300 tys. w górę kolor twojej skóry w Ameryce nie ma żadnego znaczenia. O ile oczywiście nie przechadzasz się po ulicy przy

większego miasta, ale przy takiej sumie większości Amerykanom to nie grozi. Nie grozi to również ich dzieciom wysłanym do najlepszych uczelni.

Cena edukacji

Żeby jeszcze dokładniej wyjaśnić, w czym rzecz, kilka słów trzeba powiedzieć o zasadach rekrutacji na amerykańskie uczelnie. Niezależnie od tego, czy uniwersytet jest prywatny czy publiczny (finansowany przez stan, nie przez państwo), obowiązuje czesne. Każda uczelnia oferuje dwie ceny. Pierwsza, tzw. sticker price, pokazuje, ile wynosi koszt studiowania na studiach licencjackich, druga, tzw. net price, ile – po odliczeniu rozmaitych subwencji federalnych, stypendiów i innych bonusów – będzie płaciła dana osoba. Ta druga cena zależy od dochodów rodziny: im niższe widełki (najniższe to dochód na rodzinę poniżej 30 tys., najwyższe ponad 100 tys.), tym mniejsze czesne. Na przykład sticker price na Yale University wynosi – łącznie z utrzymaniem – ok. 80 tys. $ rocznie i 50% studentów stać na jej opłacenie. Ale net price przy najniższych dochodach to już tylko niecałe 6 tys. (podobnie z innymi uniwersytetami z Ivy League). Niby wspaniale, bo taka cena zapewniałaby biedniejszym licealistom dostęp do wspaniałej uczelni. Problem jednak polega na tym, że tzw. acceptance rate, czyli procent przyjętych na studia ze wszystkich aplikacji, wynosi na Yale jedynie 4%. A na studia przyjmuje się wedle konkursu, zaś jego integralną częścią jest wynik krajowego egzaminu SAT (Scholastic Aptitude Test), do którego przygotować mogą tylko dobre licea, do jakich biedni nie mają dostępu.

Preselekcja odbywa się bardzo wcześnie i nie ma znaczenia rasowego, gdyż jest oparta na różnicach klasowych. Wybitnie zdolne kolorowe dzieci są wyławiane przez system – zarówno prywatny, jak i publiczny – i następnie kierowane na studia, gdzie przyjmuje się je chętnie, gdyż pozwalają zdywersyfikować kulturę uniwersytecką. Z tego powodu na Yale np. uświadczy się wielu kolorowych studentów, ale nie spotka się studentów z biednych rodzin, bo Yale nie jest uczelnią, której misją byłoby stwarzanie warunków kulturowego awansu dla ogromnej części amerykańskiego społeczeństwa.

Misją każdego bogatego uniwersytetu jest reprodukcja klasowego przywileju. California Institute for of the Arts np. ustala net price dla rodziny o dochodzie mniejszym niż 30 tys. na 43 tys. $. Rzecz jasna, sztuka dużo kosztuje.

Oczywiście są też i inne furtki. Jedną z nich jest wzięcie kredytu, na co decyduje się ogromna liczba studentów, których rodzin nie stać na opłacenie czesnego i utrzymania. (Pamiętajmy, że przez ostatnich 20 lat nawet na publicznych uniwersytetach czesne i koszty utrzymania wzrosły niemal o 70% przy zerowej niemal progresji dochodów ogromnej liczby Amerykanów). Kto jednak zgadnie, ile wynosi ogólna suma kredytów zaciągniętych przez amerykańskich studentów (większość studentów zadłuża się w federalnych instytucjach, mniejszość u prywatnych kredytodawców)? Jeden trylion sześćset miliardów dolarów!!! W 2018 r. 65% wszystkich absolwentów ukończyło studia z długiem średnio ok. 30 tys. na głowę. Ale jeśli tylko ktoś zechce studiować medycynę, to dług zbliża się do 200 tys. $, a pasjonatów stomatologii obarcza kwotą bliską 300 tys. $. Proszę pokazać mi kogoś, kto będzie bez lęku brał kredyt, który spłacać będzie całe życie do spółki z kredytem na dom i wykształcenie dzieci. Na taką pożyczkę decydują się ci, którzy przyjęci są na wyższą uczelnię, ale nie mają kasy, by opłacić studia. Jeden z moich amerykańskich kolegów, którego znam od 20 lat, absolwent wyśmienitego uniwersytetu, do jakiego dostęp dał mu kredyt, spłaca go do dziś razem z tym za dom i wizytami u terapeuty kilka razy w tygodniu. Kogo przyjęto, lecz ów nie wziął na siebie ryzyka kredytu, wiedząc, że będzie miał kłopot z jego spłaceniem, sfrustrowany pozostanie do końca życia.

Beznadzieja

Lukianoff i Haidt opisują zjawisko rozpieszczania amerykańskiego umysłu z psychologicznego punktu widzenia, co bierze się stąd, że jeden z autorów (Lukianoff) przez wiele lat cierpiał na depresję i dostrzegł wiele podobieństw między własną dolegliwością i zachowaniem coraz liczniejszej grupy. Książka, jaką napisali w 2018 r. na podstawie prezentowanego w tym numerze artykułu, jest w gruncie rzeczy podręcznikiem z praktycznej psychologii kognitywnej i zawiera zarówno diagnozę, jak i środki zaradcze. Nie sposób przecenić jej wartości i jak najszybciej należałoby ją przetłumaczyć na język polski, gdyż pomogłaby ona wielu rodzicom, których dzieci wpadły w zgubną spiralę ambicji i konkurencji. Jak podaje raport za 2018 r. organizacji monitorującej zdrowie psychiczne studentów (American College Health Association), 53% studentów przyznało, że w ciągu ostatniego roku czuło, że sprawy „mają się beznadziejnie”, 84% doznało / doświadczyło wyczerpania (psychicznego), 62% odczuwało samotność, 69% smutek, dojmujący lęk przeżywało 63%, gniew zaś 42%. Ten sam raport podaje, że niemal 42% studentów było w tak głębokiej depresji, że nie potrafiło normalnie funkcjonować. Tak, to prawda, odporność psychiczna amerykańskich studentów jest coraz słabsza, ale pytanie zasadnicze brzmi: gdzie szukać przyczyn?

Gdy dochodziły do nas, wychowanków PRL-u, pierwsze głosy o eksplozji amerykańskiej nerwicowości, nie chciało nam się wierzyć. Mają tak dobrze i jeszcze im źle? Jeśli tam jest im tak źle, to co my tutaj mamy powiedzieć, w krainie biedy i niemożliwości? Mało kto z nas rozumiał, że znacznie gorsza jest nieadekwatność marzenia wobec rzeczywistości niż brak jakichkolwiek marzeń. Wszyscyśmy szli na studia, bo skoro i tak jedyna kariera otwierała się przed członkami partii, to przynajmniej można było spędzić pięć lat bez oglądania się na jakiekolwiek konsekwencje. I tak będę zarabiał grosze, ale przecież niemal wszyscy dzielą tę mizerię, więc co z tego? Nigdy nie będę miał własnego domu z ogródkiem, bo nie jestem badylarzem, i szczytem sukcesu będzie dla mnie mieszkanie w wielkiej płycie. Wszyscy jednakże wiedzieli, że taka właśnie jest rzeczywistość i nic innego się z niej nie wyciśnie. Gdybyśmy jednak tylko wiedzieli, że blok sowiecki runie i że świat mógłby już znacznie wcześniej wyglądać inaczej, zaczęłaby się ustawiać masowa kolejka do psychiatry.

Tezę o rozkapryszeniu amerykańskich studentów w latach 60. skutecznie propagował gubernator Reagan i slogan ten na stałe zagościł w repertuarze konserwatywnego republikanizmu, który chętnie przesuwa odpowiedzialność za mentalne problemy obywateli z niewydolności systemu na słabość jednostek. Tymczasem nie ulega żadnej wątpliwości, że amerykański system psychospołeczny oparty na nieposkromionej konkurencji jednostek wystawia ludzi do wiatru, sugerując – wciąż! – istnienie amerykańskiego marzenia i nie dając tym, którym to marzenie wbija się do głowy, żadnych zabezpieczeń koniecznych do jego realizacji. Jednym z takich zabezpieczeń jest edukacja, którą amerykańska prawica traktuje wyłącznie w kategoriach biznesowych. Tak zwany upward mobility, czyli ruch w górę na drabinie społecznej, nie może być widziany pozytywnie przez ideologię i władzę, która odcina kupony od naiwności swoich ubogich i niewykształconych zwolenników. Z tego powodu diagnoza o „rozpieszczeniu” amerykańskich studentów przedstawiona przez Lukianoffa i Haidta, choć trafnie postawiona , domaga się poważnej korekty, albowiem w gruncie rzeczy przemilcza ona jeden zasadniczy fakt.

Nieoczekiwana zmiana miejsc

Mało kto, średnio lub słabo znający się na realiach życia amerykańskiego, zauważy, że większość karykaturalnych przykładów, zarówno w artykule, jak książce, wzięta jest z życia bogatych uczelni, w których – tak brzmiałaby moja teza – doszło do interesującego odwrócenia tego, o czym mówił w The Closing of the American Mind Allan Bloom. Przypomnę, że rysował on taką oto sytuację: profesorowie, wierni swoim kontemplacyjnym potrzebom, muszą w gruncie rzeczy odgrodzić się od studentów, gdyż ci, otwierając się na wielokulturowość i negując istnienie wiecznej ludzkiej natury, przynoszą na uniwersytet potworny zgiełk życia codziennego, kultury popularnej i czego tam jeszcze, niczym barbarzyńcy najeżdżający święte mury akademii, we wnętrzu których toczy się adoracja wysokich wartości. Tylko nieliczni z całego tego tłumu nadają się, by ich w te mury wpuścić. Gdyby bramy otworzyć dla wszystkich – cywilizacja padłaby w gruzach. Niech więc motłoch siedzi, gdzie jego miejsce, byśmy mogli ocalić własne pragnienia.

Tyle Bloom, którego książka (jedynie w twardej okładce, a więc nie licząc paperback’u) sprzedała się w półmilionowym nakładzie, autor zaś z lubością pokazywał się w telewizji w garniturach Armaniego, wystawiając na pokaz dwa złote sygnety i odpalając histerycznie jednego marlboro od drugiego. Sukces ten, który zdziwił wszystkich zainteresowanych, miał jednak swoje łatwe wytłumaczenie. Rysował on wizję uniwersytetu jako miniatury społeczeństwa, w którym elita, jaka sama powstała dzięki szczęśliwym okolicznościom (Bloom pochodzący z niezbyt bogatej żydowskiej rodziny mógł studiować na University of Chicago ze względu na powojenne otwarcie murów amerykańskiej akademii dla bardzo zróżnicowanej klienteli), ustanawia reguły życia społecznego w taki sposób, by jej własne przywileje nie uległy nadwątleniu. Wizja ta trwa w najlepsze do dziś, tyle że obecnie elitą zamykającą się w murach kosztownej akademii, nie są profesorowie, lecz studenci, którzy najchętniej poza mury akademii wyrzuciliby profesorów przypominających im, że istnieje coś takiego jak zasada rzeczywistości. Wszystkie niemal dziwaczne żądania „rozpieszczonych” studentów, o jakich rozpisują się amerykańskie media, dotyczą jednej kwestii: ochrony jednostkowych przywilejów i poszanowania dla innych kultur. W żadnych z tych roszczeń nie słychać podtekstu klasowego, co bardzo zrozumiałe. Studenci amerykańscy będą mówić o poszanowaniu dla innych kultur głównie dlatego, że jest to jedyna różnica, którą znają, albowiem wyrugowane z ich świadomości są różnice majątkowe, jako że wszyscy, na uniwersytetach, na których studenci nie muszą pracować na opłacenie swojego czesnego, pochodzą z tej samej, niewielkiej grupy majątkowej. Nie ma sprzeczności między dbaniem o ochronę jednostkowego ego i fetyszyzowaniem wielokulturowości, gdyż w obu wypadkach chodzi o umacnianie osobności. Relacyjność, światowość, konfrontacyjność: wszystko to zostaje wygnane poza mury akademii, gdzie studenci, których rodziny stać na opłacanie full sticker price, zamykają się i biorą zakładników w postaci lękliwej administracji. Paradoks polega na tym, że idee Blooma były konserwatywne, choć on sam odwoływał się do wzorców liberalnych, podczas gdy studenci liberalnych college’ów jawnie manifestują swoją postępowość. W obu wypadkach jednak panuje ta sama, nieubłagana logika wykluczenia, oparta na ochronie przywilejów jednej klasy. Skłania mnie to do wygłoszenia poglądu, że liberalny progresywizm amerykański niewiele różni się od amerykańskiego konserwatyzmu, czego dowodem jest powolność, z jaką do amerykańskich umysłów trafiają lewicowe roszczenia.

Polityka, nie psychologia

Jak należałoby to najważniejsze chyba roszczenie nazwać? Roszczenie, które pojawia się u wszystkich bardziej na lewo zorientowanych kandydatów Demokratów w wyborach 2020? Tak oto. Trzeba nieustannie poszerzać dostęp do kulturowego awansu dla tych, których dotychczasowy system trzyma na bezpieczny dystans, mamiąc zużytymi kliszami o amerykańskim marzeniu. Trzeba wybierać: albo dostęp do prawdziwej edukacji dla wszystkich zdolnych i chętnych, albo powielanie klasowych przywilejów dla nielicznych. Lukianoff i Haidt opisują jedną tylko część amerykańskich uniwersytetów, tych mianowicie, które działają na podstawie tzw. selective enrollment, czyli bardzo wysokich kryteriów przyjęcia na studia. Nie mówią jednak wiele o tych, w których, jak na moim uniwersytecie, procent zaakceptowanych aplikacji wynosi nie 4% (jak na Yale), ale 77%, z nich zaś następnie 70% musi korzystać z programów federalnych dopłat albo pracować na wieczornej zmianie. W Polsce trudno to wszystko pojąć, gdyż nigdy nie było u nas tak ogromnej przepaści między najbogatszymi i najbiedniejszymi, jak w Stanach Zjednoczonych i wciąż myśli się o edukacji jako apolitycznej przygodzie jednostek troszczących się o jak najlepszy rozwój duchowy. Tymczasem Ameryka uczy jednego: nic nie jest wolne od polityki, nawet ogromne poczucie lęku i osamotnienia, które zbyt pochopnie bierze się wyłącznie za objawy psychologicznego niedostosowania.

Kup numer