Byłam pewna: każdej z nich więcej niż raz. Co najmniej półtora raza. To gwarantowało, że przyjemność – mówiąc wprost – uderzy w żyły. Czasem jednak nieunikniona okazywała się dwukrotna, a nawet trzykrotna konsumpcja.
Najbardziej lubiłam te gęste, mocne, o pełnym bukiecie. Czytałam ich etykiety, szybko nauczyłam się rozpoznawać skład. Bez żalu rezygnowałam z lekkich i słodkawych. Zazwyczaj mnie…