Zmuszam się do picia wody. Piję mało. Zapominam o nawodnieniu, a przecież wiem, że to ważne, wychowały mnie nagłówki: „Pij minimum dwa litry wody dziennie”. Woda mi nie smakuje. Nie czuję pragnienia. Moja skóra traci jędrność, mocz zmienia kolor na ciemniejszy – to oznaka lekkiego odwodnienia. Piszę do przyjaciółki: „Picie wody jest dla mnie ostatnio jedną z najtrudniejszych rzeczy”. Odpowiada, że też często czuje się odwodniona. Szukamy pomysłów, jak to zmienić.
Mój telefon płonie od reklam aplikacji pomagających się nawadniać (budzik z przypomnieniem nie wystarczy), produktów, które dodają wodzie smaku (ekologiczna mięta z dowozem do domu), wreszcie pojawia się asortyment butelek. Butelek motywacyjnych! Tak, butelka motywacyjna na pewno pomoże mi utrzymać rygor nawadniania. Sprawdzę, która jest najlepsza, która pomoże zadbać o moją skórę, o nerki, o właściwy jasnożółty kolor moczu.
Research trwał trzy godziny, znalazłam ją (nie muszę dodawać, że podczas poszukiwań nie wypiłam ani kropli wody). Kosztuje 189 zł, tę uroczą słomkę dobiorę osobno za 75 zł i jeszcze koszt przesyłki – 11 zł i oczywiście 99 groszy. Przechodzi mi przez myśl, że to przesada, ale przecież inwestuję w moje zdrowie – w butelkę wykonaną ze szkła borokrzemowego, trwałą, bezpieczną (widzę listę atestów), łatwą w utrzymaniu, higieniczną i jeszcze (to dla mnie też ważne) bardzo ładną. Zamawiam 720 ml motywacji.
„Jesteś sumą noworocznych postanowień”
Butelka spełniała swoje zadanie przez pierwsze dwa tygodnie. Nalewałam wodę rano, do pierwszej miarki pokazującej godz. 10 wypijałam odpowiednią ilość, później – w południe – napełniałam ją ponownie. W ten sposób do zakończenia pracy o 16 moje nerki filtrowały 1440 ml wody. Sukces! Aż nastał ten moment, który przychodzi zawsze. Kiedy pracowałam zdalnie, butelka stała w szafce, bo „jestem w domu, mam szklanki, z których mogę pić” (nie piłam). Albo gdy szłam do biura i zapominałam ją ze sobą…