To było w Królewcu. Można wyobrazić sobie ranek jesiennego dnia, kiedy za oknami majaczą we mgle drzewa, a na pokojach szmer zegarów pogłębia ciszę. Kant doszedł właśnie do połowy pracy nad pierwszą „Krytyką”, i niespiesznie układa zwrotny rozdział o fenomenach i noumenach. Przywołuje zarazem z nostalgią to, co ma już za sobą: prostą wędrówkę przez ląd czystego rozumu, gdzie rzecz każda poddawała się troskliwemu oglądowi i znajdowała właściwe sobie miejsce. Teraz wszakże trzeba było podjąć trudną decyzję, krok w nieznane. Bo już przebyty kraj jawił mu się jako zbyt mały, za ciasny. „Kraj ten jest jednak wyspą” – pisał. Dieses Land aber ist eine Insel und durch die Natur selbst in unveränderliche Grenzen eingeschlossen – „wyspą przez samą przyrodę zamkniętą w niezmiennych granicach”, a noszącą ponętną nazwę (ein reizender Name): Es ist das Land der Wahrheit. Lecz ów kraj prawdy „otacza szeroki i burzliwy ocean – pisał dalej – właściwa siedziba ułudy, gdzie niejedna ławica mgły i niejeden rychło topniejący lód kłamliwie udaje nowe lądy, a żeglarza błądzącego za odkryciem, nieustannie łudząc próżną nadzieją, wikła w przygody, z których on nigdy nie może wycofać się, ani też ich nigdy do końca doprowadzić”. Kant jest w pełni świadomy trudów, jakie na nowej drodze będzie musiał pokonać. Mocno więc daje tu znać o sobie wahanie, opór przed wyruszeniem w taką podróż. Bo czytamy jeszcze: „Zanim odważymy się jednak puścić na to…