Demokracja to – jak uczą filozofowie polityki – władza ludu. Znamy wszyscy tę formułę, choć niewielu z nas zdaje sobie sprawę z konsekwencji wprowadzenia w życie jej zasad. Bo co to właściwie znaczy, że rządzi lud? Samo słowo przywodzi na myśl raczej lud spod Racławic, co z Kościuszką i kosami walczył o wolność, niektórym kojarzy się może też z ludem Paryża stawiającym barykady, ewentualnie ludem germańskim czy galijskim. Ale co „lud” może mieć wspólnego z nami? A do tego z naszym codziennym życiem we współczesnych demokracjach, z parlamentem, rządem i kłótnią w programie publicystycznym Każda z możliwych odpowiedzi mnoży sposoby wyjaśnienia – jedni, jak teoretyczka polityki Margaret Canovan, tłumaczą, że „lud” zawsze pozostaje jedynie „w rezerwie”, trzeba więc myśleć o nim raczej jako symbolu naszej władzy aniżeli czymś, co można określić bardziej realistycznie lub wymiernie, np. w słupkach poparcia dla poszczególnych partii politycznych. Inni z kolei – jak filozof polityki, Marcin Król…