Zbliża się koniec kadencji obecnego parlamentu – jak Pan ocenia te cztery ostatnie lata?Uważam, że wszystko należy mierzyć względem czegoś, dlatego też ocena Polski AD 2011 musi uwzględniać pewien kontekst. Chcę tylko przypomnieć, że w momencie startu w 1989 roku Polska mimo ogromnych zasług w obalaniu komunizmu nie należała do grona państw, którym wróżono wielką karierę. Kiedy jeździłem wtedy do różnych ośrodków naukowych na Zachodzie, to zawsze mi powtarzano, że trzy rzeczy staną nam na przeszkodzie: zaściankowość polskiego kościoła, ogromne wręcz masy zacofanego chłopstwa i najistotniejsze – problem nadmiaru mobilizacji w stosunku do instytucjonalizacji; twierdzono mianowicie, że „Solidarność” jako wielki ruch społeczny będzie miała ogromne kłopoty z dostosowaniem się do warunków normalnej demokratycznej polityki. Historia – jak się okazało – była nieco inna, a ostatnie cztery lata to paradoksalnie okres najszybszego rozwoju Polski. Za PiS-u gdy rozwijaliśmy się w tempie 6% PKB rocznie, nasze otoczenie notowało ok. 4–5%. Nikogo specjalnie nie goniliśmy, raz było troszkę lepiej, raz gorzej. Ale w momencie kiedy wszystkie kraje wokół miały po minus kilkanaście albo minus parę procent, a my byliśmy tą zieloną wyspą z 1,7% wzrostu PKB – wtedy naprawdę doganialiśmy innych z Europy Środkowo-Wschodniej i nie tylko. Właśnie dowiedzieliśmy się, że jesteśmy uważani za jedną z kilku najbardziej pożądanych gospodarek dla światowych inwestorów; przegoniliśmy Singapur, USA i parę innych krajów, z którymi porównania jeszcze kilka lat…