Kiedy 9 października Komitet Noblowski oficjalnie ogłaszał, że laureatem tegorocznej nagrody pokojowej został Barack Obama, wyraźnie słychać było, jak zgromadzeni na sali w Oslo goście i dziennikarze aż zachłystują się ze zdumienia. Decyzja z pewnością zaskakiwała, gdyż – mimo najszczerszych nawet chęci – polityce zagranicznej nowej administracji w Waszyngtonie raczej trudno przypisać konkretne osiągnięcia. „Tak szybko?” – komentował werdykt noblowskiego jury Lech Wałęsa (Nagroda Nobla 1983) z charakterystyczną dosadnością: „Za wcześnie!”. Sceptycyzm Wałęsy, skrzętnie odnotowany przez redakcję londyńskiego „Timesa”, nie był wcale odosobniony.
Owszem, liczni entuzjaści prezydentury Obamy podkreślali, że dokonano dalekowzrocznego wyboru, wspierając politykę multilateralizmu i „nowej ery zaangażowania” w najważniejsze problemy współczesności (od Bliskiego Wschodu i de-nuklearyzacji po zapobieganie zmianom klimatycznym), o czym tak elokwentnie zapewnia sam laureat. Ale w medialnych ocenach częściej słyszało się uwagi o wishful thinking, ilustrowane niekiedy akademickimi wyjaśnieniami, że po pierwszym semestrze nie przyznaje się studentom dyplomów tylko dlatego, że z jakichś powodów mogą nie dobrnąć…
Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum
- Pełny dostęp do wszystkich artykułów
- Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
- Archiwum numerów zawsze pod ręką
Artykuł pojawił się w numerze:
Ja, Afryka