Trudno oprzeć się wrażeniu, że do listy tradycyjnych czynników, które mają wpływ na sytuację poszanowania praw człowieka w świecie, takich jak konflikty etniczne i religijne lub interesy państw trzecich, doszły w ostatnim czasie zjawiska nowe: problem tak zwanych państw upadłych, terroryzm w skali dotąd niespotykanej. Czy dostrzega Pan takie fenomeny na pograniczu polityki międzynarodowej i ochrony praw człowieka, które są charakterystyczne dla ostatnich kilku, kilkunastu lat?
Na początku lat 90. świat zaczął się zmieniać w sposób bardzo obiecujący. Panował wówczas ogromny optymizm w kwestii upowszechniania praw człowieka poza zachodnim obszarem kulturowym. Przedtem, główną przeszkodą miał być blok komunistyczny, za którego plecami chowały się niektóre kraje Trzeciego Świata. To wszystko runęło: prezydent Jimmy Carter trafił w dziesiątkę swoją kampanią na rzecz praw człowieka. Przy pomocy kilku zaledwie przemówień zepchnął komunizm do głębokiej defensywy. Ten, w warstwie ideologicznej, nigdy już się nie odrodził. Uznano więc, że wraz z upadkiem żelaznej kurtyny rozpocznie się nowy etap w dziejach rozprzestrzeniania się praw człowieka. Szybko przyjęto kilka ważnych dokumentów: na spotkaniu KBWE w Moskwie, w którym brałem udział, przyjęto klauzulę, iż prawa człowieka „są przedmiotem uzasadnionej troski wszystkich państw członkowskich KBWE”. Później ta zasada została przeniesiona na szczebel uniwersalny: taki sam zapis znalazł się w Deklaracji Wiedeńskiej oraz Programie Działania – dokumentach przyjętych na zakończenie II Światowej Konferencji Praw Człowieka w 1993 roku.
Prawa człowieka były ważnym tematem podczas wszelkiego rodzaju rozmów i spotkań. Na forum Organizacji Narodów Zjednoczonych trwała nieustająca kampania na ich rzecz. Ogromną, pozytywną rolę odegrali Amerykanie: administracja Billa Clintona była wyjątkowo uwrażliwiona na te zagadnienia. Stany Zjednoczone i Europa Zachodnia bardzo wiele uczyniły w tym czasie dla upowszechnienia zasady uniwersalizmu praw człowieka, którą wcześniej kwestionowano z uwagi na podział świata na trzy „Światy”. Choć zasada uniwersalizmu jeszcze w 1948 r. została wpisana do preambuły Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka, de facto jej nie akceptowano. Po upadku komunizmu Zachód wymusił jej uznanie na reszcie świata.
Było to ważne między innymi dlatego, że w owym czasie popularność zyskiwała koncepcja tak zwanych wartości azjatyckich. Rozwijające się w szybkim tempie państwa Azji Wschodniej uznały, że prawa człowieka są używane przez Zachód jako narzędzie dywersji, że przy ich pomocy dąży się do podważenia stabilności społeczeństw państw azjatyckich i zakłócenia ich rozwoju gospodarczego. Za nimi skryły się państwa, które z zasady sprzeciwiały się demokracji i zachodniemu modelowi życia. Z udziałem kilkunastu krajów z Azji, Afryki i Ameryki Łacińskiej powstała tak zwana „light-minded group” – blok państw niechętnych upowszechnianiu praw człowieka.
Czy te państwa proponowały cokolwiek w zamian?Ich dyplomaci uważali, że prawa człowieka mogą być przestrzegane o tyle, o ile istnieją do tego odpowiednie warunki ekonomiczne. Ustaliły priorytety: najpierw rozwój, potem prawa człowieka. Były to państwa nieco zapóźnione w rozwoju, które, próbując nadrobić zaległości, obawiały się, że zachodnie standardy w różnych dziedzinach – nie tylko prawach człowieka, ale też na przykład ochronie środowiska – będą je hamowały. Albo też uważały, że odmienności cywilizacyjne mogą być podstawą odmiennych koncepcji i standardów przestrzegania praw człowieka. Nie proponowały niczego w zamian: chciały jedynie, żeby Zachód dał im spokój z tym uniwersalizmem, który dla nich jawił się między innymi jako przejaw westernizacji świata. Prawa człowieka były postrzegane jako…