Radykalizm i radykałowie nie mają w naszej pamięci dobrej konotacji: średnie i starsze pokolenie pamięta radykalnych „oszołomów” pierwszej Solidarności, którzy parli do strajków przy lada okazji, usiłowali – jak to wtedy powiadano – „iść w trampkach na Moskwę”. Było trochę radykalizmu w okresie transformacji przełomu lat 80. i 90., ale nie znalazł wyborczego uznania, więc szybko się zmarginalizował i przycichł. Zresztą sukcesy kierunku centrowego – umiarkowanego w hasłach, a konsekwentnego w działaniu – były aż nadto oczywiste. Ale tylko na jakiś czas; nastroje ludzi falują jak ocean, radykalizm ma swoje przypływy i odpływy. Jest barometrem zbiorowej frustracji; nigdy nie wyrasta ze spokoju i zadowolenia. Rodzi go odruch gwałtownego poszukiwania dróg wyjścia z rzeczywistości marniejącej lub tak kruchej, że nawet bliska przyszłość jawi się jako jeszcze większe zagrożenie; wówczas tylko radykalna droga na skróty może przynajmniej dać złudzenie szybkiej i skutecznej poprawy. Jego bazą są rosnące rzesze ludzi uważających się za oszukanych, wykorzystanych, a przynajmniej pominiętych. Politycy powinni bardzo interesować się wskazówkami tego barometru, bo ostrzega przed nadciągającą falą tsunami.
Szanujmy swoich radykałówRadykalizm to nie tylko polityka; istnieje radykalizm moralny, który stawia człowiekowi najwyższe wymagania etyczne, i ewangeliczny, który proponuje naśladowanie Chrystusa, a nie tylko wznoszenie doń modłów. Radykalizm cechuje maksymalizm celów oraz ekstremalność środków działania. Czasem posunięta za daleko: nie zawsze cel uświęca środki, o czym radykałowie nie lubią pamiętać. W polityce encyklopedie definiują radykalizm jako kierunek stawiający sobie za cel szybkie i skuteczne wprowadzenie zasadniczych zmian w życiu społecznym. Tak też jest w praktyce: etykietkę radykałów otrzymują ci, którzy proponują rozwiązania…