70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Niewiele o przyjaźni

Przyjaciel pozwala przyjacielowi stawać się sobą i być sobą. W przyjaźni nie ma miejsca na grę, na udawanie. I właśnie dlatego w przyjaźni się tak swobodnie oddycha.

„Masz przyjaciół?”
– „Tak. Wielu”.
Albo:
„Masz przyjaciela?”– „Tak. Jednego”.
„A Ty masz przyjaciół?”– „Nie. Żadnego”.
„Dlaczego?”[1].

Niezdolność do przyjaźni jest, moim zdaniem, jeszcze większym defektem niż niezdolność do miłości. Kochać można bez wzajemności. Przyjaźń jest ze swej istoty wzajemnością. Kochający cierpi z powodu braku wzajemności, ale kocha. Ten niekochany, ale kochający, jest jednak w dużo szczęśliwszej sytuacji niż niekochany i niekochający. Ostatni żyje poza miłością, tzn. niemal nie żyje. Uskarżając się na to, że jest niekochany, nie rozumie, że problemem pierwotniejszym jest to, iż to on nie potrafi kochać. Nie potrafi, bo nie umie się otworzyć i zobaczyć ludzi miłości godnych, bo nie umie się zaofiarować i zbyt boi się ryzyka czy nawet śmieszności. Poza tym bywa, iż na tyle jest zaprzątnięty swą karierą czy choćby tzw. robieniem pieniędzy (nigdy nie rozumiałem tego marzenia, by umrzeć możliwie najbogatszym), że w jego życiu nie ma miejsca na miłość.

A przyjaźń? Przyjaźń nie jest koleżeństwem, nie jest wspólnotą interesów ani też nie jest stowarzyszeniem rozrywkowym. Przyjaźń nie jest też „słodka”. Czymś naturalnym jest w niej spór, a wręcz obowiązkiem surowość oceny. „Karć, poprawiaj, skoro tylko zostaniesz przyjacielem”[2] – pouczał już jeden z siedmiu mędrców greckich. Właśnie dlatego że jesteś przyjacielem, masz prawo i obowiązek mówienia gorzkiej prawdy. Przyjaciel się nie obrazi, bo wie, że mu sprzyjasz. Kto przyjacielem nie jest, prawa takiego nie ma. Wtedy owo wygarnianie prawdy pozostaje bez usprawiedliwienia, jest czystą złośliwością bądź wywyższaniem się.

Tak jak warunkiem szanowania drugiego człowieka jest szanowanie siebie samego, a z kolei szacunek do siebie samego jest warunkiem dla szacunku wobec drugiego, tak i przyjacielem może być tylko ten, kto pozostaje przyjacielem samego siebie. Kto wrogiem sam sobie jest, nie będzie godny przyjaźni. Kto zdradza sam siebie, zdradzi i przyjaciela. Choć zdrada w przyjaźni czymś innym jest niż zdrada w miłości. Tu nie zawsze trzeba „tego trzeciego”. Przyjaciela najczęściej nie tyle zdradza się z kimś, ile wobec kogoś. Pascal uważał, iż „niewiele ostałoby się z przyjaźni, gdyby każdy wiedział, co przyjaciel mówi o nim, kiedy go nie ma”[3]. Zdradzony nie musi jednak o zdradzie wiedzieć, by zdrada była faktem. A wtedy przyjaźni już nie ma, jest fałsz.

Również rozłąka w przyjaźni czymś innym jest niż rozłąka w miłości. Ta ostatnia bywa dotkliwym cierpieniem z powodu fizycznej nieobecności osoby ukochanej. W przyjaźni natomiast, gdzie bliskość fizyczna nie odgrywa tak istotnej roli, oddalenie przyjaciela nie musi powodować tego rodzaju cierpienia.

Potrafimy zadowolić się jego duchową obecnością. Do przyjaciela inaczej się bowiem przytulamy niż do ukochanej czy ukochanego.

Ta różnica widoczna jest też w tak dramatycznych sytuacjach jak wspólne samobójstwo pary kochanków. Znamy takie przypadki i niekiedy potrafimy zrozumieć ich motywy. Trudno mi natomiast wyobrazić sobie wspólne samobójstwo pary przyjaciół. Wydaje się, iż w przyjaźni nie ma miejsca na tak drastyczny krok.

 

*

Odnosząc się do naszych początkowych pytań, powiedzieć trzeba, iż ów przyjaciel „jeden z wielu” jest zgoła czymś innym niż ten jedyny. Nie twierdzę, iż przyjaźń jak miłość domaga się wyłączności, ale jako relacja może nie intymna, lecz głęboka, angażująca całą naszą osobowość, nie może być relacją z wieloma. Kto wielu „ma” przyjaciół, nie „ma” przyjaciela. Owo grono, w którym czujemy się dobrze, w którym z przyjemnością spędzamy czas, to towarzysze czasu wolnego, to często schronienie przed samotnością czy pustką. Potrzebujemy tych ludzi, ale pamiętajmy, że „wśród serdecznych przyjaciół psy zająca zjadły”[4].

Tymczasem, parafrazując formułę Ericha Fromma, przyjaciel nie jest przyjacielem, dlatego że go potrzebuję, lecz potrzebuję go, bo jest przyjacielem. Żadna potrzeba życiowa, żaden „interes” nie mogą być fundamentem przyjaźni. Dlatego myli się Khalil Gibran, kiedy przypowieść o przyjaźni zaczyna od twierdzenia: „Twój przyjaciel jest odpowiedzią na Twoje potrzeby”[5].

Zawiązanie się przyjaźni jest tajemnicą. Platoński Sokrates, rozważając, czy przyjaciół pociąga ich podobieństwo czy też może odwrotnie, ich różnienie się i dopełnianie, ostatecznie konkluduje: „Więc ani podobne z podobnym, ani przeciwne z przeciwnym nie będzie żyło w przyjaźni. (…) Przyjaźń prawdziwa nie ma z tymi rzeczami nic wspólnego”[6]. Zazwyczaj jesteśmy w czymś do kogoś podobni i zazwyczaj zarazem stanowczo się różnimy, ale z tego powodu nie zostajemy jeszcze przyjaciółmi.

Wracając do problemu „wielu przyjaciół”, mówi się też o przyjaźni między narodami. Starsi Polacy pamiętają wszechobecną „przyjaźń” polsko-radziecką. Panie Boże, chroń nas od takiej przyjaźni. Prócz przyjaźni dekretowanej przez polityków istnieją jeszcze usankcjonowane tradycją stereotypy przyjaźni narodowych, np. między Polakami a Węgrami. W mojej ocenie to abstrakcja.

W jakim sensie przyjaciel sprzyja przyjacielowi? Czy chodzi o sprzyjanie w sprawach życiowych? Nie sądzę. Przyjaciel pozwala przyjacielowi stawać się sobą i być sobą.

W przyjaźni nie ma miejsca na grę, na udawanie. I właśnie dlatego w przyjaźni się tak swobodnie oddycha. Nie oznacza to jednak, iż jest ona miejscem egzystencjalnego wypoczynku. Często podnosi się korzyści, jakie płyną z przyjaźni, wychodząc z założenia, że przyjaźń się opłaca. Zarażenie naszego myślenia myśleniem biznesowym sięga już tak daleko, że egzystencję traktuje się jak biznes, a przyjaźń jako inwestycję.

„Otwarcie własnego wnętrza przyjacielowi – pisał Francis Bacon (filozof, nie malarz) – ma dwa przeciwne skutki: zdwaja radości, a zmniejsza o połowę smutki i zmartwienia. Nie ma bowiem człowieka, który by, zwierzając swoje radości przyjacielowi, przez to nie radował się bardziej; i nie ma człowieka, który by zwierzając swoje smutki i zmartwienia przyjacielowi, nie smucił się przez to mniej”[7]. Myślę, że do takiego efektu zwierzania się wystarczy ktoś bliski, kogo lubimy i komu ufamy. Nie musi więc to być od razu przyjaciel. Poza tym, czytając rozmaite pochwały przyjaźni, można odnieść wrażenie, iż ich autorzy chcą nas namówić do przyjaźni, apelując do naszej interesowności. Zapewne nie jest to jednak droga do przyjaźni.

 

*

Będąc bezsilnym w próbach uchwycenia istoty przyjaźni, zakończę anegdotą. Chciałem przed laty obejrzeć niezwykły film Akiry Kurosawy Dodes’ka-den. Okazało się, że muszę oglądać go w pakiecie z nieznanym mi szwedzkim filmem, którego zobaczyć wcale nie chciałem. Starsze małżeństwo, on profesor psychologii, na wczasach w jakimś odludnym miejscu, w którym nagle pojawia się para zakochanych. Ci nie ukrywają swego uczucia. Żona profesora wyraża pozytywne poruszenie widokiem kochających się. Mąż natychmiast zbija ją z pantałyku, wypowiadając jakiś deprecjonujący ich osąd. Na to żona: „Kochany, a cóż ty możesz wiedzieć o miłości?”. Profesor odpowiada: „Kochana, od 30 lat badam ten problem”. Jest oczywiste, że profesor nic nie rozumie.

Nie badam problemu przyjaźni. Są rzeczy, o których wiedzieć dużo to nic nie wiedzieć. Są to bowiem rzeczy, które się czyni. Jeśli nie umiem pływać, to nawet najrozleglejsza wiedza o pływaniu nie zastąpi mi tego rozumienia, które posiada pływający. Jeśli przeto nie mam udziału w przyjaźni, to cóż mogę o niej wiedzieć? Mam snuć teoretyczne dywagacje? Jeśli zaś mam udział w przyjaźni, to jak mogę publicznie o niej mówić, nie dopuszczając się zarazem przynajmniej nielojalności wobec przyjaciela, jeśli nawet nie zdrady?

 

_

[1]Gwoli ścisłości trzeba powiedzieć, iż wbrew temu, co podpowiada język, nie można „mieć” przyjaciela. Można mieć szczoteczkę do zębów albo samochód czy psa, czy nawet lokaja, ale nie można „mieć” przyjaciela. Przyjacielem się „jest” i przyjaciel „jest”, a owa relacja bycia, która nas łączy w przyjaźni, zgoła nie jest relacją posiadania.

[2] Periander, w: Filozofia starożytnej Grecji i Rzymu. Wybrane teksty z historii filozofii, red. J. Legowicz, Warszawa 1970, s. 52.

[3] 3  B. Pascal, Myśli, tłum. T. Żeleński (Boy), nr 157 w układzie J. Chevaliera (wiele wydań).

[4] I. Krasicki, Przyjaciele, w: tenże, Pisma poetyckie, t. 2, Warszawa 1976, s. 164.

[5] K. Gibran, Prorok, tłum. T. Truszkowska, Kraków 1981, s. 51.

[6] Platon, Lizis, w: Charmides. Lyzis, tłum.    W. Witwicki, Warszawa 1959, s. 137 (216 B–C).

[7]  F. Bacon, Eseje, tłum. Cz. Znamierowski,  Warszawa 1959, s. 117–118.

 

 


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter