Jak ona mogła?! – wykrzyczał znad kufla piwa chłopak na oko dobiegający trzydziestki. Atmosfera była ponura. Patrzyli-śmy a to w podłogę, a to w swoje ledwo napoczęte napoje.
Była wiosna 2016 r., mój pierwszy rok w Chinach. To właśnie wtedy miasto Szanghaj postanowiło zaostrzyć wymagania dotyczące zakupu nieruchomości dla osób z obcym meldunkiem. „Od tej pory osoby bez lokalnego hukou, aby nabyć nieruchomość, będą musiały dostarczyć dowód opłacania podatków oraz składek na ubezpieczenie społeczne przez pięć ostatnich lat, a nie tak jak wcześniej, dwa” – grzmiało tongzhi (zawiadomienie) opublikowane przez rząd lokalny największej metropolii Chińskiej Republiki Ludowej. A to oznaczało, że nasz kolega – pochodzący z Nankinu w prowincji Jiangsu George (niektórzy Chińczycy przybierają anielskie imiona jako pseudonimy) – z zakupem własnego M będzie musiał poczekać kolejne trzy lata.
– Od początku, co się tak dokładnie stało? – zapytała jedna z koleżanek.
– Nie mam hukou, to nie mam mieszkania, a jak nie mam mieszkania, to i żony nie będę miał.
– No, ale co powiedziała ci dokładnie?
– Dokładnie to powiedziała. Odwołała ślub, bo stwierdziła, że trzech lat czekać nie będzie. W tym czasie znajdzie kogoś z mieszkaniem i zdąży zorganizować ślub.
Zapadła głucha cisza. Cała nasza ekipa znała chińskie realia lepiej lub gorzej, jednak ta sytuacja obcokrajowcowi wydawała się absurdalna. Wiedziałam, że bez mieszkania nie ma ślubu, a nieruchomość musi zapewnić pan młody. Była to jednak pierwsza sytuacja, która sprawiła, że dotarło do mnie, jak brutalne są chińskie realia randkowe. Realia, w których małżeństwo to nie wyraz miłości, lecz szansa na awans społeczny dla dwóch rodzin. Kartami przetargowymi w tej grze są nie tylko status rodziny i posiadana nieruchomość, ale i licha, wypełniona długopisem czerwona książeczka. Książeczka, jaka uruchomiła domino, którego ostatnią kostką była zrywająca z George’em dziewczyna. A mimo że tamtej nocy wydawało mu się, że jest najnieszczęśliwszą osobą na świecie, w rozdaniu pod tytułem „życie” jego karty były całkiem niezłe. Miał przecież meldunek w Nankinie, który i tak zaliczany był do jednego z najlepszych w kraju. Każdy rezydent wsi zamieniłby się z nim bez mrugnięcia okiem.
Wieki kontroli
Hukou to czerwona książeczka, która jest częścią restrykcyjnego systemu rejestracji gospodarstw domowych o nazwie huji. Posiada ją każda chińska rodzina. Gdybyśmy wzięli taki dokument do ręki, na pierwszej stronie po otwarciu oprawy ukazałby się nam adres domostwa, a także imię i nazwisko huzhu, czyli formalnej głowy rodziny. Następne strony to kolejni domownicy, którzy muszą być w prostej linii spokrewnieni z właścicielem nieruchomości. Wypisane są ich imiona i nazwiska, daty urodzenia oraz wykonywane zawody. System przypisuje każdej rodzinie nie tylko miejsce w konkretnym (koniecznie posia-danym na własność!) mieszkaniu, ale i w społeczeństwie. Na pierwszej stronie może znaleźć się bowiem dodatkowa pieczątka z napisem nongye hukou, co oznacza dokładnie „hukou rolnicze”. Dokument może być bowiem zakwalifikowany jako wiejski lub miejski. A ten drugi może być małego miasta, średniego lub dużego.

