(fot. Barbara Niggl Radloff, CC BY-SA 4.0 via Wikimedia Commons)
Hannah Arendt 1983

My, uchodźcy

Żyjemy w świecie, w którym istoty ludzkie jako takie od pewnego czasu prze­stały się liczyć. Nie liczą się, odkąd społeczeństwo odkryło dyskry­minację jako potężną broń społeczną, pozwalającą zabijać ludzi bez przelewu krwi.

W styczniu 1943 r. Hannah Arendt napisała głośny esej „My, uchodźcy”, który ukazał się w miesięczniku „The Menorah Journal”. Czterdzieści lat później jego polskiego tłumaczenie autorstwa Haliny Bortnowskiej opublikowaliśmy w „Znaku”. Dziś przypominamy jego fragmenty w celu ukazania uniwersalnego doświadczenia ludzi, którzy utracili swój dom.

***

Uchodźca, to osoba zmuszona do szukania schronienia z powodu popełnionego czynu lub posiadanych przekonań politycznych. Otóż prawdą jest, że musieliśmy szukać schronienia, ale nie popełniliś­my żadnych czynów, a większości z nas nie śniły się jakiebądź radykalne poglądy. Z naszym pojawieniem się uległ zmianie sens terminu „uchodźca”. Odtąd „uchodźcy” to ci, którzy mieli nieszczę­ście przybyć do obcego kraju bez środków do życia i z tej racji muszą przyjmować pomoc Komitetów do Spraw Uchodźców.

Nim zaczęła się wojna, byliśmy jeszcze bardziej uwrażliwieni na określenie „uchodźca”. (…) My po prostu byliśmy imigrantami, czyli przybyszami, którzy opuścili swój kraj, ponieważ pewnego pięknego dnia życie w nim przestało nam się podobać, na przykład z racji czysto ekonomicznych. Chcie­liśmy odbudować swoje życie, to wszystko. Na to trzeba być sil­nym i trzeba być optymistą, więc byliśmy wielkimi optymistami.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Nasz optymizm jest godny podziwu, nawet w naszych własnych oczach. Teraz historia naszych zmagań jest już wreszcie wszystkim znana. Straciliśmy dom, to znaczy całe swojskie codzienne życie. Straciliśmy swój zawód, czyli poczucie, że jesteśmy jakoś po­trzebni na świecie. Straciliśmy swój język, czyli możność natural­nego, spontanicznego reagowania, swobody gestu, bezpretensjonal­nego wyrażania uczuć. Nasi krewni pozostali w gettach na terenie Polski; nasi najlepsi przyjaciele zginęli w obozach koncentracyj­nych; nasze osobiste życie zostało przecięte. A jednak, skoro tylko zostaliśmy ocaleni — a większość z nas musiała być ocalana wiele razy — zaczęliśmy nowe życie, usiłując jak najdokładniej stosować się do wskazówek zbawców. Radzili nam, abyśmy zapomnieli — i zapominaliśmy szybciej, niż można to sobie wyobrazić. Przy­jaźnie zapewniano nas, że nowy kraj stanie się naszym domem, więc po czterech tygodniach we Francji, czy po sześciu tygod­niach w Ameryce wydawało się nam, że jesteśmy Francuzami czy Amerykanami. Co więksi optymiści zapewniali, że poprzednią część życia spędzili jakby na nieświadomym wygnaniu i dopiero nowy kraj ukazał im, co to znaczy dom rodzinny. (…)

Człowiek jest istotą społeczną i życie staje się dlań trudne, gdy jego więzi społeczne są przecięte.

Łatwiej utrzymać standard mo­ralny, gdy tkwi się w tkance społeczeństwa. Niewielu ludzi ma dość siły, by zachować prawość i uczciwość, gdy ich społeczny, poli­tyczny i prawny status jest całkowicie niejasny. Nie mając dość odwagi, by walczyć o zmianę statusu, wielu z nas podjęło próbę zmiany tożsamości. To dziwne zachowanie jeszcze pogarsza sytua­cję. Zamieszanie i niejasność, w której żyjemy, jest częściowo na­szym własnym dziełem. (…) Człowiek, który chce zaprzeć się samego siebie, istotnie odkry­wa możliwości ludzkiej egzystencji, które są nieskończone, tak nie­skończone, jak całe stworzenie. Ale uzyskanie nowej osobowości jest przedsięwzięciem równie trudnym i równie beznadziejnym, jak stwarzanie świata od nowa. (…)

Żyjemy w świecie, w którym istoty ludzkie jako takie od pewnego czasu prze­stały się liczyć. Nie liczą się, odkąd społeczeństwo odkryło dyskry­minację jako potężną broń społeczną, pozwalającą zabijać ludzi bez przelewu krwi; odkąd paszporty czy metryki, a nawet kwity po­datku dochodowego nie są świstkami papieru, lecz warunkiem do­strzeżenia i uznania przez społeczeństwo. Większość z nas jest cał­kowicie uzależniona od społeczeństwa i swojej w nim pozycji; nie ufamy sobie, jeśli społeczeństwo nas nie aprobuje. Jesteśmy go­towi — zawsze byliśmy gotowi — zapłacić każdą cenę za społeczną akceptację. Lecz z drugiej strony ci z nas, nieliczni, którzy próbo­wali radzić sobie bez tych wszystkich sztuczek i kruczków przysto­sowania i asymilacji, zapłacili o wiele wyższą cenę niż ta, na jaką było ich stać. Postępując tak, odepchnęli nawet te nieliczne szanse, jakie zwariowany świat pozostawia swoim wyrzutkom.

***

Całość tekstu znajdziesz w 339-340 numerze „Znaku” z 1983 r.