Dziewczyna idąca z prawej do lewej strony kadru, ubrana w jasnoszarą bluzę, z dużą czarną torbą przewieszoną przez ramię. Osoba trzyma w dłoni plastikowy kubek z napojem i słomką, ma włosy zaplecione w warkocz oraz nosi ciemne okulary przeciwsłoneczne. W tle znajduje się duży, kolorowy mural przedstawiający stylizowane samoloty w odcieniach niebieskiego i szarości, namalowane na żółtym tle
W cieniu amerykańskich i izraelskich nalotów oraz na tle propagandowych treści mieszkańcy Teheranu próbują zachować pozory normalności, 5 kwietnia 2026 r. fot. AA/AFP/East News
Dorota Słapa maj 2026

Miesiąc z irańskimi przyjaciółmi

Na czołówkach gazet i portali informacyjnych polityczni liderzy: Trump, Netanjahu i ajatollahowie. Bez trudu trafiamy na geopolityczne i ekonomiczne analizy o skutkach wojny i zawirowaniach cen ropy. Kompletnie za to nie słychać głosu samych Irańczyków

Artykuł z numeru

Analogowe nawyki

Analogowe nawyki

Luty zbliża się ku końcowi i choć internet działa jak wcześniej, ludzie boją się jednak rozmawiać między sobą, przewidując, że prawdopodobnie są na podsłuchu. Wygasły już antyreżimowe protesty, które w styczniu tego roku wyciągnęły na ulice irańskich miast kilka milionów ludzi. Odpowiedź władz była brutalna, zabitych zostało ok. 40 tys. osób, a Irańczycy wciąż nie mogą dojść do siebie po tym, co się stało. „Żyjemy pod nieustannym nadzorem. Wiesz, jak jest, nawet do rysy na ścianie się przyczepią. Po tej masakrze w społeczeństwie pozostała głęboka rana, ale dajemy sobie radę”pisze mi Hadis, na co dzień pracująca w branży wydawniczej. Odpisuję, że od rana do wieczora siedzę w domu, z niepokojem śledząc wiadomości. Nie wiadomo, co się zdarzy. Śmieje się: „Idź koniecznie do jakiejś pięknej kawiarni i wyślij mi zdjęcia. Ja właśnie wychodzę do parku. Trzeba żyć. Nie odkładaj swojego życia na później. Skoro możesz żyć swobodniej niż my, to żyj najlepiej, jak umiesz. My nie walczymy o nic więcej ponad taką normalną codzienność”.

Wieczorem tego samego dnia rozmawiam jeszcze z Zahrą, pisarką koło czterdziestki. Jej słowa pokazują, w jakim jest szoku: „Od kilku dni nie sprawdzam wiadomości, czuję się jak sparaliżowana, nie jestem w stanie wziąć do ręki telefonu i zadzwonić do kogokolwiek. Trudno mi się zaangażować w cokolwiek, co kilka dni wymyślam sobie na siłę jakiś powód, aby wyjść z domu, np. kupić kawę albo wpaść do księgarni. Teheran przypomina mityczne miasto, na które ktoś rzucił klątwę. Zdarza się, że godzinami patrzę przez okno, zapytując sama siebie, czy w nadchodzących dniach miasto będzie wyglądać tak samo jak dziś. I czy będę w stanie mieszkać w nim dalej, skoro tylu ludzi zostało tu okrutnie zabitych?”. Oprócz rozmów ze znajomymi zaglądam też na irańskie kanały w serwisie Telegram, gdzie nieliczni Irańczycy dzielą się bieżącymi informacjami. Mohammad, na co dzień moderator spotkań kulturalnych z Teheranu: „Nie czuję już najmniejszego strachu przed śmiercią. Moi przyjaciele wiedzą, że jedyne, czego chciałem w życiu, to wydać swoje książki. Teraz moim wyłącznym pragnieniem jest doczekać rozpadu, upadku i odejścia Republiki Islamskiej. Jeżeli coś mi się stanie wcześniej, jedynym winowajcą będzie Republika Islamska”.

Kiedy bomby spadają

W Iranie spędziłam prawie 10 lat. Napisałam doktorat na Uniwersytecie Teherańskim. Poznałam smak tamtejszej kultury, zgłębiałam tajniki irańskiej literatury, stopniowo coraz bardziej odnajdując swoje miejsce w Teheranie, mieście tętniącym wielobarwnym życiem. Niniejszy tekst jest w większości oparty na bezpośrednich relacjach publikowanych przez moich przyjaciół

i znajomych (tych nielicznych, którym udało się uzyskać połączenie, czasem tylko jeden czy dwa razy w ciągu całego miesiąca) w irańskich mediach społecznościowych oraz na licznych rozmowach przeprowadzonych z Irańczykami, również z diaspory. Chciałam przekazać ich punkty widzenia, pokazać współistnienie różnych głosów, nie dodając swojej analizy sytuacji. Analiz nie jest w mediach wcale mało.

Pisząc, myślałam o tych bliskich, z którymi od miesiąca nie mam kontaktu, miałam przed oczami ich twarze i czułam, że może najlepsze, co mogę zrobić, i tak non stop śledząc, co dzieje się w miejscu, które stało się moim światem, to przekazać to, czego oni nie mogą. Przełożyć, co krąży tylko w irańskiej społeczności, a przecież chcieliby, by dotarło do świata.

Widzę w nich bezcenne świadectwo – głos bliskich mi ludzi, pokazujący inny obraz Iranu niż ten z konferencji prasowych światowych przywódców i znad biurek specjalistów do spraw geopolitycznych.

28 lutego, dokładnie w dzień wybuchu wojny, gdy amerykańskie i izraelskie samoloty uderzają w cele na terenie Iranu, zaraz po obudzeniu się odbieram wiadomość od Narges, rzeźbiarki samotnie wychowującej kilkuletnią córeczkę. Wiadomość wysłaną o 6.30 rano (różnica czasu między naszymi krajami wynosi 2,5 godz.) odczytuję z gulą w gardle, Republika Islamska nałożyła już na państwo blokadę internetową, a więc na razie nie mogę jej nic odpisać. Zatem stało się to, co przeczuwała: „Ostatnio budzę się w środku nocy w panice, że coś się może zaraz wydarzyć, spadnie na nas bomba albo uderzy rakieta. Wszyscy rozmawiają o możliwej wojnie i o tym, co się z nami stanie. Do tego ta inflacja! Niektórzy nic sobie z tego nie robią, szykując się małymi krokami do Nouruzu [irański Nowy Rok, starożytne święto odrodzenia i odnowy obchodzone w dzień przesilenia wiosennego – przyp. red.]. Inni nie mogą się otrząsnąć po styczniowej masakrze. Dorota, nie jest dobrze. W powietrzu czuć zlepek ciężkich emocji. Nie jest dobrze. Tylko to mogę powiedzieć”. Wojna zaczyna się pełną parą, a ja wchodzę w okres niepokoju, zupełnie inny niż ten, który dotąd znałam. Jakby mój dom stanął w ogniu, a ja mogłabym na to wszystko tylko patrzeć z boku.

5 marca w południe widzę na Instagramie post Anahity. Prawdopodobnie zapisała go wcześniej w formie notatki, bo treść wskazuje na zaskoczenie wojną, ale dopiero teraz zapewne za pomocą kosztującego niemało VPN, pozwalającego obchodzić nałożoną odgórnie blokadę internetu, udało jej się go opublikować. Ahanita jest młodą poetką. Pochodzi z prowincji Chuzestan położonej w północno-zachodnim Iranie. W stolicy mieszka od przeszło 10 lat. Nie sama, bo w codziennym życiu towarzyszą jej trzy koty, które czule nazywa swoimi pociechami. W 2022 r. aktywnie brała udział w protestach „Kobieta, życie, wolność”, które wybuchły po śmierci 22-letniej Mahsy Amini, zakatowanej przez irańską policję obyczajową za nienoszenie właściwego stroju. Pisze: „Około w pół do czwartej nad ranem budzi mnie odgłos eksplozji. Wciąż jeszcze podążam śladem swojego snu. Trzy małe przestraszone serduszka obok mnie, czujnie nasłuchując, wtulają się w koc i moje ramiona, szukając schronienia przed hukiem (…). Słyszę odgłosy krążącego po niebie wojskowego samolotu. Zaczynam odliczać: jeden, dwa, trzy, a potem huk wybuchu. Ile jeszcze? Nie znam odpowiedzi. Co się wydarzy? Czy przeżyjemy? Na zewnątrz mnie i wewnątrz mnie – wszechogarniający niepokój”.

Po upływie kilku godzin pisze do mnie Said, który na co dzień jest dyrektorem kreatywnym, tworzy podkasty, a codzienną rutynę zaczyna od porannego biegu. Za każdym razem kiedy pojawia się na łączach, umieszcza w statusie informację: „Jestem teraz online. Jeśli ktoś potrzebuje się skontaktować z bliskimi, to mogę się z nimi połączyć w jego imieniu”. Zaczynamy rozmawiać. Pytam o bombardowania i ofiary cywilne, on jednak kieruje rozmowę na inne tory. „Wiesz, za wszystko, co nas spotyka, można winić jedynie rząd, który doprowadził nasze życie do takiego stanu. Nie zostało żadne rozwiązanie, którego byśmy nie sprawdzili. Próbowaliśmy wszystkiego, co było możliwe. Musimy tu żyć, ale to nie jest prawdziwe życie”. Tego samego dnia pisze na swoim profilu, niejako w imieniu irańskiego społeczeństwa: „Nie okazujcie nam »humanitarnego współczucia«; nam, żyjącym przez lata w ogniu, niemającym żadnego wyboru, aby żyć gdziekolwiek poza Iranem – podkreślam: żadnego wyboru! – nam, niemających żadnych środków, reputacji ani paszportu żadnego kraju poza paszportem Republiki Islamskiej. Nam, którzy sprawdziliśmy wszystkie opcje, walcząc o wolność w Iranie, wszystkie! Oddawaliśmy głos, wspieraliśmy reformy, zagłosowaliśmy kolejny raz, ponownie wyszliśmy na ulice, zamilkliśmy, bojkotowaliśmy wybory, aresztowano nas, przeżyliśmy bombardowanie, jeszcze raz wyszliśmy i w końcu zostaliśmy zabici; dla nas Iran jest wszystkim, co mamy”.

Czy wojna jest rozwiązaniem?

Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to, jaki jest stosunek Irańczyków do wojny. Powtarzająca się wspólna emigracji i Irańczykom w kraju odpowiedź jest taka, że zdecydowana większość chce zmiany reżimu. Część dostrzega jedyną pozostałą możliwość na tę zmianę w zewnętrznej ingerencji zbrojnej. Jak można się domyślać, do takiego stanowiska może doprowadzić tylko stan absolutnej desperacji i lata życia w poczuciu totalnej bezradności politycznej. „Wszyscy mamy tylko jednego wspólnego wroga i jest nim Republika Islamska. Powód jest prosty: reżim sam postanowił być wrogiem swojego narodu. W ciągu minionych lat czynił wszystko, aby przeciwstawiać się obywatelom; w każdej możliwej formie stawał przeciwko ludziom: zabijał, pogrążał matki

w żałobie, odbierał prawo tym, którzy starali je sobie wyegzekwować”pisze cytowany już Mohammad na swoim kanale w mediach społecznościowych. Fakt, że część ludzi nie protestuje przeciwko wojnie, wynika z tego, że ludzie na skutek wielu lat organizowania krwawo tłumionych prostestów doszli do wniosku, iż sami nie są w stanie przeciwstawić się reżimowi. Ludzie chcą żyć: bez nieustannego poczucia zagrożenia, mieć prawo do wolności słowa i wyboru, reżim zniszczył całą strukturę gospodarczą, nie da się planować przyszłości w Iranie. Niektórzy są gotowi nawetna śmierć, jeśli ma ona być ceną za wolność współobywateli.

Kolejnego dnia notatki wojenne zaczyna publikować Mina, dziennikarka mająca za sobą zwycięską, choć wyczerpującą walkę z rakiem. Też łączy się ze stolicy. Dni spędza z siostrą i jej kilkuletnim synkiem. Widać u niej wyczerpanie codziennością pod ostrzałem i sceptycyzm zarówno wobec narracji rządowej, jak i tej płynącej z irańskiej diaspory: „»Dobrze się mieć« znaczy teraz zupełnie coś innego niż wcześniej. Dziś samo to, że żyjesz, znaczy, że jest dobrze (…). Niech zwolennicy wojny śpią spokojnie… My, wypełniając wolę innych, przelewamy tutaj własną krew, tulimy do siebie dzieci najmocniej, jak umiemy, żeby choć trochę mniej się bały (…). Pragnęłabym oszaleć, wyjść na ulicę i wszystko wykrzyczeć (…). Uczciwie mówiąc: jest źle. Ciężar lęku i niepokoju ostatnich dni przerósł wytrzymałość psychiczną dorosłych, zaś do dzieci – poza wzbudzającymi przerażenie odgłosami i ścianami drżącego w posadach domu – docierają głównie strach i beznadzieja widoczne

w gestach i obecne w spojrzeniach ludzi. Według państwowej telewizji i krajowych agencji informacyjnych wszędzie jest bezpiecznie i spokojnie, na dodatek Iran International [nadawany z zagranicy kanał krytyczny wobec reżimu, a de facto zgodny z polityką amerykańsko-izraelską – przyp. red.] określa wojnę mianem »operacji ratunkowej«”.

Nawet osoby będące zaprzysięgłymi wrogami reżimu niekoniecznie widzą w wojnie jakiekolwiek rozwiązanie, drogę do uzyskania wolności. I takich ludzi z pewnością nie jest mało. Trudno oczywiście precyzyjnie określić proporcje, pamiętając, że nie wszyscy Irańczycy są aktywni w mediach społecznościowych, a dodatkowo w kraju od początku wojny trwa blokada internetu. Chociaż przed pierwszymi atakami część Irańczyków w kraju zdecydowana była zaakceptować wojnę, widząc w niej jedyną szansę na upadek reżimu, trudno ocenić, czy po tygodniach bombardowań są tego samego zdania. Powtarzające się przesłanie, które pojawia się w telegraficznych niemal wiadomościach od rzadko uzyskujących połączenie Irańczyków brzmi: „Niech to już się skończy”.

Chodzi przy tym zarówno o koniec bombardowań, jak i o upadek reżimu.

Zdecydowanie największą obawę wśród Irańczyków w kraju i diasporze budzi scenariusz, w którym działania wojenne zostałyby zakończone, a reżim ajatollahów miałby przetrwać. Taka opcja mogłaby się wiązać z przekształceniem go w dyktaturę wojskową.

Od wielu osób słyszałam, że boją się wojny i nie chcą jej, lecz wolą zginąć od bomby amerykańskiej czy izraelskiej, niż być torturowanym, powieszonym, represjonowanym przez brutalny rząd. Nasim, żyjąca na co dzień w jednym z państw europejskich

o zaistniałej sytuacji mówi: „Hasło »nie dla wojny« – bez wzięcia pod uwagę przerażających konsekwencji, jeśli reżim pozostanie u władzy – jest równie nieodpowiedzialne co opowiadanie się

za wojną, biorąc pod uwagę ogromne straty w ludności cywilnej”. Wielu Irańczyków znajduje się w podobnym moralnym impasie, w którym żadna z opcji – bycie ani „za”, ani „przeciw” wojnie – nie wydaje się dobra.

Farahnaz, 30-letnia pisarka, notuje 9 marca: „Wieczorami wpatruję się w zapalone światła w budynku naprzeciw. W niektórych mieszkaniach jarzą się jedynie pojedyncze punkty. To oznacza tylko jedno – wyjechali. Ci, którzy mają włączoną sypialnianą lampę przez, powiedzmy, godzinę, zapalają kolejno światła w kuchni i salonie, zostawiając trochę światła i w moim sercu. (…) Nie mam zwyczaju oświetlać całego domu, na ogół ograniczam się do jednego pomieszczenia, ale w ciągu tych kilku dni wiele razy zostawiałam w różnych miejscach naraz zapalone światło, bo a nuż ktoś z naprzeciwka patrzy na nasz budynek. Mieliśmy – mamy – dobre relacje z sąsiadami. W ciągu dwóch miesięcy wspólnie skandowaliśmy hasła [antyreżimowe – przyp. red.]. W ciągu dwóch miesięcy zdarzały się chwile, gdy w hołdzie tym, którzy odeszli 8 i 9 stycznia, za oknami stawaliśmy w milczeniu. Trzeba włączać i wyłączać te lampy. Nie, ja nie chciałam wojny i wciąż jej nie chcę. Boję się wojny. Na samą myśl, że światła z budynku naprzeciw nie będą się świecić, ogarnia mnie lęk. Boję się, kiedy słyszę, że przyjaciele opuszczają Teheran, gdy dzwonią aby się pożegnać i pytają: a ty? Nie mówcie mi: wytrzymaj, już niewiele zostało, nie chcę tego słyszeć. Może właśnie w tym »jeszcze tylko trochę« zginie moja rodzina, bliskie osoby, przyjaciele, domy wokół i to miasto? Ile jeszcze trzeba utracić, aby wśród tych wszystkich okien zachować choćby jedno światło”. W ciągu następnych dni pisze, że służby bezpieczeństwa zaostrzyły kontrolę. Wieczorami słychać, jak skandują z ulicy: „Hezbollah, hezbollah! Allah Akbar, Bóg jest wielki!”. A potem kierują zielone lasery na okna mieszkańców budynków, przez głośniki ostrzegając ludzi, aby nie wychodzili na zewnątrz i nie próbowali wykrzykiwać antyrządowych haseł.

Powrót szacha?

Tymczasem przychodzi wiadomość od Sahar, malarki z Sanandadżu: „Mamy się dobrze. W Kurdystanie jest spokojnie”. Sahar do ostatniej chwili miała nadzieję, że nie dojdzie do interwencji zbrojnej, nie wierząc w wojnę jako rozwiązanie. Teraz jednak trudno jej ocenić, co byłoby lepsze dla społeczeństwa: szybkie zakończenie wojny czy jej kontynuacja, choć może na tym etapie lepiej, żeby się na razie nie kończyła. Zamyślam się na chwilę. Chcę napisać, że ludzie nie obawiają się wojny, gdyż ktoś, kto przeżył wojnę, już się wojny nie obawia. Wielu Irańczyków przyznaje, iż wojna nie rozpoczęła się atakiem USA i Izraela, wojna trwa od 47 lat.

Przypominam sobie niedawno wpis opublikowany na jednym z irańskich kont na Instagramie, w którym zapytano użytkowników, jak wyglądałby Iran w nadchodzących miesiącach, gdyby nie doszło do ataku Izraela i USA. Odpowiedzi były różnorodne: od wizji totalitarnego państwa przypominającego Koreę Północną, przez życie wolne od lęku, że dom zostanie zbombardowany i dach runie na głowę, aż po przekonanie, że gdyby nie doszło do ataku, społeczeństwo byłoby jeszcze bardziej rozgoryczone i przybite niż wcześniej, nosząc w sobie głębokie przekonanie, że Republika Islamska będzie represjonować obywateli jeszcze mocniej. „Jak by wyglądał Iran? Wyczerpany, przesycony gniewem, pogrążony w rezygnacji, bezradny, zawieszony między rozpaczą i beznadzieją a walką o przetrwanie” – brzmiał jeden z komentarzy. Tak, „desperacja”, „bezradność”, „niemoc” i „beznadzieja” to zdecydowanie najczęściej powtarzające się w ustach Irańczyków rzeczowniki, określające obecny stan społeczeństwa irańskiego.

Nie należy też zapomnieć, że w kraju rozmowy krążą głównie wokół nadziei na obalenie reżimu, zaś diaspora dyskutuje też o przyszłym kształcie państwa, często dzieląc się na grupy popierające lub krytykujące ewentualne przywództwo Rezy Pahlawiego. Syn ostatniego szacha, obalonego w 1979 r. przez rewolucję islamską, wydaje się obecnie głównym kandydatem do przejęcia władzy po ewentualnym obaleniu reżimu. Innych zresztą nie ma. Reza Pahlavi cieszy się poparciem części społeczeństwa (w kraju wielu spośród jego zwolenników to młodsze pokolenie i studenci), zwłaszcza tych, którzy popierają monarchię jako ustrój obecny w Iranie przez ponad 2 tys. lat. Niektórzy spośród jego stronników popierają jego kandydaturę tylko na okres przejściowy. Ehsan, wykładowca uniwersytecki, pisze:

„Sytuacja jest przedziwna, nie wiemy, co się w ogóle dzieje. Nie zgadzam się na reżim. Nie zgadzam się też na Pahlaviego: to trochę wstyd, że w XXI w. ktoś może popierać monarchię”.

W tej wojnie jedyną stroną, za którą można się opowiedzieć, są ludzie, jednak społeczeństwo nigdy nie jest stroną negocjacji. Kiedy piszę te słowa, dostaję wiadomość od Mohsena, nauczyciela zamieszkałego w Niemczech: „Po raz kolejny znajdujemy się w przełomowym, tragicznym momencie historii. Niestety, istnieje duże prawdopodobieństwo, że największym przegranym w tym konflikcie będzie irańskie społeczeństwo – zarówno w przypadku kontynuacji wojny, jak porozumienia i zawieszenia broni”.

9 marca dostaję niespodziewaną wiadomość od Bardii. Opowiada, że pierwsze 10 dni wojny w Teheranie przypominało piekło: „Dorota, aktualna rzeczywistość wojenna rysuje się dużo gorzej, niż widzicie to na zdjęciach i filmach. Mnie się udało wytrzymać do wczoraj, pozostanie dłużej wiązało się z wyższym ryzykiem śmierci. Zamknąłem dom na cztery spusty i wyjechałem do jednego ze znajomych, do Armenii. Nie wiem, czy i kiedy uda się wrócić”. Wieczorem tego samego dnia udaje mi się z nim porozmawiać telefonicznie. Trzeci dzień jest poza krajem, ale wciąż nie może spać. Nigdy nie sądził, że kiedykolwiek zdecyduje się opuścić Iran. Decyzję podjął w dniu, kiedy poszedł po leki i jedzenie. Potem wsiadł do taksówki i ruszył, a za nim eksplodowały bomby – blisko miejsca, gdzie wcześniej stał. W głowie wciąż słyszy wybuchy i szuka słów, aby oddać ich dźwięk. Czy brzmiały jak zetknięcie żelaza z żelazem czy raczej jak styk kamienia z kamieniem?

Zupełnie inny obraz słyszę tego samego dnia od Saide. Jest pogodna, ma nadzieję. Jej zdaniem Ameryka i Izrael wiedzą, gdzie strzelać. Ludzie żyją po staremu. Ona z rodziną wczoraj świętowała urodziny babci, a dziś wszyscy razem grali przed domem w badmintona. Mówi, żebym powoli przygotowywała się do powrotu do wolnego Iranu; może już za dwa miesiące, jak książę Reza Pahlavi powróci, będę mogła przylecieć. Warunki będą lepsze, łatwiej niż wcześniej będzie można znaleźć pracę. Od kilku tygodni nie mam żadnych nowych wiadomości od Saide.

Życie tętni… mimo wszystko

Stosunek Irańczyków do obecnie trwającej wojny różni się także do podejścia, które reprezentowali w czasie tzw. wojny 12-dniowej z czerwca 2025 r., gdy Izrael po raz pierwszy uderzył w infrastrukturę wojskową i nuklearną. Między tymi wojnami nastąpiła straszna masakra. Przed rokiem można było zaobserwować większą solidarność społeczną, obecnie polaryzacja postaw wobec wojny, wynikająca m.in z różnych doświadczeń czy nawet traum politycznych, osłabiła więź między grupami reprezentującymi odmienne stanowiska (poplecznikami i przeciwnikami Rezy Pahlaviego, republikanami, zwolennikami demokracji itd.). Wzajemnie wsparcie utrzymuje się głównie wewnątrz tych grup.

Należy dodać, że przed styczniowymi protestami i rozlewem krwi, który po nich nastąpił, niewielu dopuszczało myśl, że wojna mogłaby stać się drogą wyzwolenia spod jarzma Republiki Islamskiej. Dopiero po masakrze, kiedy Donald Trump obwieścił, że „pomoc jest w drodze”, wśród Irańczyków pojawiła się nadzieja na zmianę właśnie na skutek interwencji zbrojnej. Piszę ten fragment, czytając zarazem pełną bólu i goryczy relację Irańczyka w kraju: „W jaki sposób »wujek Trump«, który pospieszył z pomocą ludności cywilnej, zamierza uratować Irańczyków? Jak zamierza niszczyć elektrownie i infrastrukturę, abyśmy i my zarazem nie pomarli z głodu i pragnienia? Choć, może mówiąc o „obywatelach” Iranu, ma na myśli diasporę, która po naszej śmierci powróci

do kraju? Może jedyną drogą naszego wyzwolenia jest nasza śmierć?”.

Wchodzimy w kolejny tydzień wojny. Zerkam na instagramowe statusy: #digitalblackoutiniran, tyrania w każdej postaci jest tyranią, free Iran from Islamic Republic. Ktoś wzywa, aby każdy przemawiał za siebie, nie za całość społeczeństwa, odnosząc się głównie do zwolenników uzyskania pokoju drogą wojny; zaraz obok ktoś inny publikuje: „żądamy kapitulacji Republiki Islamskiej. Jedynym naszym liderem jest książę Reza Pahlavi”. I jeszcze relacja: „Znajomy jednego z moich kolegów przed rozpoczęciem wojny powiadał, że Ameryka nie ma nic do nas, cywili. Niedawno dowiedziałem się, że on, jego brat, ojciec i babcia zginęli pod gruzami na skutek bombardowania”. Choć chciałabym przytoczyć jakieś dane odnośnie do liczby ofiar trwającej wojny, okazuje się to niemożliwe, bo nie ma wiarygodnych i bezstronnych źródeł – lepiej nie podawać żadnych niż błędne.

Odczytuję nowy post Faride, jubilerki: „Mijają dwa tygodnie, odkąd wojna zaburzyła znaną formę czasu. Tak jakby ktoś w połowie zdania postawił długą pauzę i kazał nam kontynuować, mimo naszego braku pewności, że w ogóle jest jakaś strona, w kierunku której można się udać. Zawsze udawało mi się przetrwać dzięki codziennym nawykom. Od czasu do czasu zaopatruję się w księgarni »Dej« w książkę Codzienne rytuały autorstwa Mason Currey i obdarowuję nią bliskich, bo naprawdę nie mam pojęcia, czego ludzie potrzebują. przeżywając trudne chwile. Jestem jednak przekonana, że powrót do prostych rzeczy może stanowić bodziec, żeby zacząć od nowa. Moim schronieniem zawsze była codzienność. Szklanka wody i tabletka żelaza przed śniadaniem. Jajko na miękko i kilka sztuk zielonych oliwek. Owoc zjedzony o 12 w południe. Film dokumentalny oglądany popołudniową porą. Wojna zniszczyła mój schron. Szukam siebie całymi dniami, tak jak szuka się czegoś, co się zostawiło w pokoju, by następnie wrócić i spostrzec, że to przecież nie jest ten sam pokój. On już nie jest w tym samym miejscu. Światło, które go oświetla, także nie jest tym samym światłem. A ty w tym pokoju jesteś zupełnie obca. Może najtrudniejsze, co muszę przyjąć, to że moje dawne »ja« przestało istnieć. Wojna odebrała jedną wersję mnie, w zamian ofiarowując inną, z którą nie wiem co zrobić. Czasem tylko przysiadam gdzieś i patrzę przed siebie. W moich myślach zaciskam dłonie na uszach i krzyczę. Boję się rozpaczy. Powtarzam sobie: »Pozostań tu, gdzie jesteś. Zwracaj uwagę na słowa, których używasz. Pozostań tutaj, gdzie jesteś. W tej właśnie chwili«”.

Kilka dni potem podczas krótkiej rozmowy Faride prosi mnie, abym w jej imieniu pospacerowała po mieście; coś, czego ona nie może na razie zrobić. „Jak tylko wojna się skończy, przez jakiś czas będę podróżować”.

Tymczasem Hamid, socjolog, pisze: „Jutro Nouruz. Biegnę myślami w przeszłość, wspominając, ile nadziei i optymizmu panowało wokół rok temu o tej porze. Jaka ogromna, niewiarygodna wręcz przepaść istnieje między tamtym dniem a dziś. Wobec nadchodzącego roku nie mam żadnej nadziei. Rok 1404 [według irańskiego kalendarza słonecznego – przyp. red.] nauczył nas redukować nasze marzenia. Czy my, mieszkańcy południowo-zachodniej Azji mamy w ogóle prawo marzyć? Powinniśmy najwyżej zachować nadzieję na przetrwanie i minimum. Trzymać w ryzach wyobraźnię. Spuścić głowę. Nie śnić. Pozbyć się marzeń. Nic więcej”.

W przeddzień Nouruzu, irańskiego Nowego Roku, 19 marca, Anahita pojawia się na Instagramie. „Od samego rana próbuję cokolwiek napisać. Coś, co – jeśli internet pozwoli – pozostanie tutaj jako pamiątka; pamiątka po nas, którzy tutaj w tym momencie życia doświadczamy jednocześnie niepewności, strachu, przerażenia i przygnębienia, ale także nadziei, siły ducha i oporu. Napisać coś, co może pewnego dnia zostanie przeczytane, a może nie; potomni wspomną o nas, a może nie. Tak czy owak, zbliża się Nouruz. Jutro o zmierzchu przywitamy Nowy Rok. Z dala od rodzinnego domu i Chuzestanu, za to w pogrążonym w chaosie i toczonym pyłem Teheranie, wraz z moimi pociechami, w otoczeniu książek, notatek i zapisków będę wypatrywać Nowego Dnia. Napiszę, że zasługujemy na na Nouruz. Będę pisać przepełniona nadzieją końca wojny i odrodzenia się życia; nadzieją na rozkwit radości w duszy moich rodaków, którzy trzymając serca w dłoniach, chwytają się najmniejszej wiary w lepsze jutro…”. Nie mogę czytać dalej. Trudno się oprzeć wrażeniu, że te słowa brzmią jak pożegnanie, choć odsuwam od siebie takie myśli. To nie jedyny taki wpis w tych dniach. Czy trzeba być blisko śmierci, by mocno poczuć życie? Więcej nadziei ma w sobie Mohammad, który zapisuje: „Mimo całego tego uciemiężenia ludzie nie przestają żyć. Sytuacja finansowa jest katastrofalna, ale w ludziach wciąż tętni życie. To dla mnie zdumiewające i piękne zarazem. Ślady piękna pośród brzydoty”. Tego samego dnia czytam jeszcze taką relację: „Rozumiem wszystkich Irańczyków za granicą, którzy opowiadają się za wojną, nie żywię do nikogo z Was urazy. Wy po prostu nie jesteście w stanie zobaczyć prawdy o tym, co nas spotyka. Cenzurują Wam wiadomości o naszej wojennej rzeczywistości. Wiedzcie tylko, że liczba zniszczeń i ofiar jest znacznie większa, niż podają”.

Irańczycy, którzy liczyli na to, że do wojny nie dojdzie, i ci, którzy widzieli w niej ostatnią deskę ratunku, w mediach społecznościowych wzajemnie się oskarżają, zgadzając się tylko w tym, że za wszystkie minione i trwające wydarzenia odpowiedzialność ponosi Republika Islamska. Mohammad podsumowuje to na swoim kanale: „Śmieszna jest ta debata »za« i »przeciw« wojnie prowadzona przez diasporę; jakby to, czy wojna się wydarzy czy nie, zależało od ludzi”. Zamiast sporów proponuje poszerzać wiedzę i świadomość. Wcześniej, jeszcze przed rozpoczęciem wojny, pisze: „W ciągu ostatnich lat na różnych spotkaniach starałem się zachęcić ludzi, aby podnieśli swój poziom edukacji politycznej. Często słyszane zdanie: »Nie interesuję się polityką«, w naszej rzeczywistości nie ma żadnego sensu ani uzasadnienia. Źródło całego naszego cierpienia stanowią mechanizmy polityczne i ideologiczne kształtujące nasze życie”. To prawda. W Iranie nawet codzienność ma aspekt polityczny.

***

26 marca znowu łączy się Anahita.

„Jest godzina 20. Nad niebem nieustanny ryk samolotów bojowych. Przerażenie, które wzbudza ich dźwięk, jest niepodobne do żadnego wcześniej doświadczonego strachu. Nie wiesz, co się zaraz stanie. Czy teraz twoja kolej czy nie? Czy celem będzie dom sąsiada czy jeszcze nie?”

Ludzie czują zamęt i bezsilność. Bahar, pochodząca z Ahwazu pisarka, która dorastała w cieni wojny iracko-irańskiej z lat 80., publikuje swój pierwszy post od dnia, w którym wybuchła wojna. Relacjonuje: „Od miesiąca jesteśmy bombardowani. Nasze domy, szkoły, magazyny ropy. Widzieliście te zdjęcia. My żyjemy w tych zdjęciach i boimy się umierać. Śmierć z tak bliska jest nie do zniesienia (…). Nasze życie jest dla nich towarem. Showmani. Klauni. Diabły. Bez cienia wstydu. Mają wprawę. Pojęcia sprawiedliwości i moralności stały się absurdem. Spójrzcie na ofiary wojny. Nasze życie i śmierć nic nie znaczą. Świat milczy. Część irańskiej diasory ryzykuje nasze życie dla swoich fantazji. ONZ mówi bez końca o energii, ale ani słowa o tym, co nas spotyka (…). Jesteśmy w ogniu wojny. Ja dorastałam na wojnie. Wojny nie mają zwycięzców”. Dzień wcześniej Maede pisze: „Nie sądziliśmy, że ta wojna przeciągnie się tak długo. Przez większą część roku niebo rozciągające się nad Teheranem jest szare, przytłumione i ciężkie. A jednak teraz, kiedy trwa wojna, i świat powinien być najbardziej ponury, deszcz jak w opowieści pojawia się każdej nocy, rankiem zaś niebo prezentuje swoje kłębiące się, puszyste chmury. Oczywiście to, co ja widzę, z innego miejsca zapewne wygląda inaczej. My zawsze egzystujemy w sprzecznościach. Wszystko między nami i w nas jest rozbieżne od siebie; także uczucia wobec wojny, które są pełne paradoksów; każdy odczuwa ją inaczej (…). Część ludzi jest przepełniona gniewem, część poniosła straty nieproporcjonalnie większe niż reszta, niektórzy zaczęli się przyzwyczajać do sytuacji, a część skupia się na ocenianiu innych (…). Ogarnia mnie smutek, kiedy myślę o nas, o wszystkich bez wyjątku. Szkoda, że nie mam wielkiej farmy, na którą mogłabym zabrać ze sobą wszystkich znużonych i wyczerpanych, żebyśmy mogli doświadczyć tam odrobinę nawet nie tyle dobrego, ile po prostu zwyczajnego, nawet pierwotnego życia. Im mniejszy świat, tym łatwiej dać radę trudnościom i rozumieć siebie nawzajem”.