Przedstawiała sobie, jak w taki właśnie sposób zagabuje ojca i syna przed budynkiem sądu, a potem ich spacer Great George Street do traktierni, narożny stolik przy oknie, a nawet słowa, jakie wypowie, gdy cierpiący na artretyzm pan Bogle ociężale zajmie swoje miejsce. Ale w tych wyimaginowanych scenariuszach ani razu nie przedstawiła sobie, że zostanie poproszona o wytłumaczenie się. Prędzej spodziewałaby się, że postacie z jej snów ni stąd, ni zowąd staną jak wryte i zapytają swą śpiącą stwórczynię, dlaczego lecą balonem tudzież podróżują po Chinach bądź też jedzą kolację z królową…
– Z pewnością pytanie to nie jest trudne, pani…
– Touchet.
– Pani Touchet, mój ojciec ma za sobą bardzo długi i trudny dzień. Mam w obowiązku chronić go przed dalszymi uciążliwościami. Zapytam raz jeszcze: jaka sprawa sprowadza panią do mego ojca?
W tym, jak wypowiedział słowo „ojciec”, nie usłyszała ani krztyny tego karaibskiego zaśpiewu, jakiego się spodziewała i jaki słyszała przez lata z najróżniejszych mównic – a to na chwilę wytrąciło ją z równowagi. Ów młody Bogle, inaczej niż te wszystkie tkwiące w pamięci melodyjne głosy, nie bronił też swojej sprawy. Wprost przeciwnie, to Eliza musiała bronić swojej:
– Otóż ja tylko… tylko chciałam z nim się rozmówić. Wszak chyba mógłby odpowiedzieć sam za siebie? Panie Bogle?
Stary Bogle wykonał porozumiewawczy gest, aby ułagodzić popędliwego syna:
– Szanowna pani. Ja już mówiłem. Mówiłem…