Subskrybuj
Il. Tomasz Pieńczak
Pisarz i psychoterapeuta. Autor Trylogii Chicagowskiej, laureat nagrody Wielkiego Kalibru. Kocha psy, koty i święty spokój. Od 25 lat mieszka w Stanach Zjednoczonych. Pisanie traktuje jako autoterapię oraz pretekst do odwiedzania Polski

Alfa. Początek

Z gardła wyskakuje skrzek, ni to krzyk, ni kaszel. Budzi mnie spazm, ciało spina się tak strasznie, że skurcz włazi w łydkę i nadaje jej twardość drewna. Wyprostowuję nogę i z całej siły przyciągam palce do goleni.

Skurcz puszcza. Poduszka jest mokra od potu, jak za starych, niedobrych czasów. Czerwone cyfry stojącego na nocnej szafce budzika rażą w oczy. Pierwsza trzydzieści siedem. Kurwa, co jest? Budzę się o tej samej godzinie trzecią noc z rzędu. Żeby to była trzecia trzydzieści trzy czy tam jedenasta jedenaście, to jeszcze rozumiem, widziałem takie rzeczy w filmach o duchach. Ale pierwsza trzydzieści siedem? Nie będę się nad tym zastanawiał ani dobierał do głowy. Patrzę w sufit i myślę o śnie, o koszmarze, z którego właśnie się wybudziłem. W tym śnie byłem w jakimś domu, u ludzi, których znam i jednocześnie nie znam, nie wiem, czy to była Polska czy Stany, chyba trochę mix, jak to w snach bywa. No i oni, ci ludzie, znaczy się facet, taki w moim wieku gdzieś, tylko szczawik, jego żona i dzieci, podrośnięty chłopak i mały chłopczyk, oni klęczeli przede mną i robili posłusznie, co im kazałem. Po kolei wyciągali do mnie ręce, a ja czerwonym grubym sharpie gryzmoliłem coś na wewnętrznych stronach ich dłoni. Nie pamiętam, co to było, ale czułem, że jest potrzebne. Niezbędne do czegoś. Był pogodny dzień, światło wpadało do wnętrza przez duże okno i miękko osiadało na ciemnozielonych liściach doniczkowych kwiatów. Oni, ta rodzina, patrzyli na mnie z uwielbieniem, szeptali dziwne słowa w języku, którego nie znam, choć to na pewno byli Polacy. Nagle, jak na komendę, wyciągnęli przed siebie ręce, skierowali wnętrza dłoni w górę, jakby czekali na błogosławieństwo albo wznosili modły. A ja wtedy sięgnąłem pod pachę, wyjąłem glocka z kabury, odbezpieczyłem, przymierzyłem i strzeliłem temu klęczącemu facecikowi w twarz. Tył jego głowy rozbryzgnął się niczym spadająca na asfalt gruszka klapsa, a szczawik osunął się na lśniący świeżym lakierem parkiet. Jego żona i dzieci nawet nie drgnęły pogrążone w jakimś zjebanym nabożnym transie, a kobieta złapała mój wzrok i w jej oczach błysnęło zaproszenie. Szatański pomiot, jak nic robota kosmatego. Koniuszkiem języka zwilżyła usta i rozchyliła je, a ja doskoczyłem i z rozpędu wbiłem czarną lufę glocka w jej gardło. Kiedy nacisnąłem na spust, moim ciałem targnął skurcz. Obudził mnie…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Kiedy w Polsce będą Chiny