z Dominiką Szkatułą rozmawia Karol Wilczyński styczeń 2020

Lekcje z Amazonii

Dla Indian nasza niepohamowana żądza posiadania jest niezrozumiała i śmieszna. Nawet pytają mnie: „Po co ci tyle rzeczy?”. Pokazują mi, jak mając niewiele, można być szczęśliwym.

Artykuł z numeru

Jedzenie przyszłości

Jedzenie przyszłości

Wróciłaś właśnie z Rzymu, z historycznego wydarzenia, jakim był Synod Panamazoński zwołany przez papieża. Co było w nim dla Ciebie najważniejsze?

Apel papieża, by słuchać: głosu czasów, ludzi, kultur, które żyją na uboczu, a od których możemy się wiele nauczyć. Synod był genialnym czasem, w którym Kościół katolicki – po wiekach definiowania, opisywania i nadawania tożsamości innym – zatrzymał się i poprosił, by mieszkańcy Amazonii wreszcie zdefiniowali samych siebie, by powiedzieli, czego chcą od nas. Mam znajomą Kolumbijkę, Indiankę, Anitalię Claxi Pijachi Kuyuedoi. Nie jest katoliczką. Wierzy, ale na swój sposób. Pomimo to papież zaprosił ją na synod. Była matką synodalną – jako Indianka, niekatoliczka, ubrana w swoim stylu.

I co Kościół odkrył?

Że inkulturacja nie wystarczy, potrzebna jest interkulturacja. Wzajemne wsłuchanie się w słowa drugiego. Musimy dostosować to, co głosimy, i sposób, w jaki to robimy, do kultury tych, z którymi chcemy pracować. Nasze formy przekazu wiary nie sprawdziły się, należy szukać nowych dróg. Poznać tę kulturę, odnaleźć rzeczy nam wspólne. Odkryć wartości eucharystyczne, które mają ludy Amazonii. Zobaczyć, że walczymy o nie razem.

Jakie wartości masz na myśli?

Solidarność, prostota i troska o ubogich. Bezwarunkowa gościnność. Bycie dla innych i dzielenie się. Bycie szczęśliwym, gdy ma się niewiele.

Media skoncentrowały się jednak na różnicach.

Proszę zwrócić uwagę, jaki skandal wywołała fotografia Indianki karmiącej dziecko przy jednej piersi, a przy drugiej – małe zwierzątko, dziką świnkę. A dla Indian to normalne. Pokazuje ich symbiozę z przyrodą.

I to właśnie przerwanie tej symbiozy, naturalnego kręgu, jest problemem, na który najbardziej chciał zwrócić uwagę synod. I choć mówiono o celibacie czy święceniu kobiet, nie był to podstawowy postulat, co zresztą starał się wyjaśnić papież.

Aby to zrozumieć, warto zobaczyć, że przygotowania do synodu zaczęły się tak naprawdę podczas wizyty Franciszka w Puerto Maldonado, takim grajdołku w Peru, mającym zaledwie 65 tys. mieszkańców, gdzie koncentrują się wszystkie problemy Amazonii związane ze zniszczeniem środowiska naturalnego.

Co tam się dzieje?

Wymienię po kolei. Nielegalne wydobycie złota powodujące zakażenie rzek rtęcią. Nielegalny wyrąb drzew prowadzony dzięki uzyskaniu pozwoleń od skorumpowanych urzędników. Inwazja koncernów naftowych, które nawet jeśli nie zaczęły pracy na terenie dżungli, to rozparcelowały całą Amazonię – dzięki łapówkom wykupiły tamtejsze tereny, na których od pokoleń żyją Indianie. Cała nasza dżungla peruwiańska jest podzielona na kwadraciki, gotowa do przyjęcia inwestorów, nielegalnych drwali, nafciarzy i przemytników narkotyków transportowanych z Peru do Kolumbii. Do tego trzeba dodać także zorganizowany handel ludźmi, turystykę seksualną, której ofiarami są dzieci, oraz prostytucję. To wszystko wiąże się z ogromnymi pieniędzmi, a ludzie, którzy nimi dysponują, grasują tam bez żadnej kontroli.

Czyli to nie sprawy duszpasterskie były głównym tematem rozmów na synodzie?

Na pierwszy rzut oka nie, jednak trzeba zrozumieć, że duszpasterstwo to nie tylko sakramenty, ale także obrona życia w każdej jego formie, ochrona praw człowieka, troska o edukację, zdrowie, godność człowieka. I to duszpasterstwo społeczne jest tak samo ważne. Oczywiście papież i ludzie Kościoła są świadomi braku kapłanów i duszpasterzy na tym ogromnym terenie. Przykładowo: wikariat obejmuje 155 tys. km2, tj. terytorium wielkości połowy Polski. Wikariat składa się z 15 parafii, w których pracuje w sumie 60 misjonarzy, przy czym 90% stanowią kobiety. Do każdej parafii przynależy od 35 do 90 wspólnot chrześcijańskich, do których biskup i księża docierają bardzo rzadko. Biskup przebywa najczęściej poza wikariatem albo w mieście Iquitos – stolicy dżungli peruwiańskiej. Wydaje mu się, że może zarządzać takim regionem zza biurka, co oczywiście absolutnie się nie udaje.

W takim razie biskup nie może mieć pojęcia o życiu w Amazonii.

Nie ma. Wprawdzie przyjechał na synod, ale był zdezorientowany.

A co z księżmi?

Mamy garstkę księży, w sumie 14 – razem z biskupem. Biskup prawie nigdy nie jest w terenie, dwóch księży jest chorych, jeden jest w seminarium w Iquitos, inni chcą być razem, bo są zakonnikami… W związku z tym w sześciu parafiach nie ma kapłana.

Zatem umożliwienie Tobie czy innym misjonarkom celebrowania mszy św. ułatwiłoby wiele.

Tak, częściej uczestniczylibyśmy w Eucharystii. Ale to nie jest takie proste.

Dlaczego?

Widać to po dyskusji o święceniach na księży viri probati, wypróbowanych mężów – niestety, nie mówi się jeszcze o „wypróbowanych kobietach”.

Święcenia tych mężczyzn również mogłyby ułatwić dostęp do Eucharystii.

Tak, byłaby podaż. Pytanie jednak, czy byłby popyt. Moim zdaniem Indianie nie biegną na mszę. To zrozumiałe, jeśli jej się nie ma całe lata. Dla nas to trudne do pojęcia, bo przecież ma być ona źródłem i szczytem życia katolika.

Trzeba spojrzeć na strukturę parafii, która w warunkach amazońskich jest raczej wspólnotą wspólnot – tylko w największej wiosce, stolicy parafii, mamy kościół dla 1500 osób. W innych wioskach należących do parafii nie ma kościoła, nie ma szkoły średniej, nie ma szefa plemienia, z którym współpracujemy. Poza tym w stolicy parafii znajduje się też dom misjonarzy lub raczej misjonarek, a w moim przypadku – jednej misjonarki oraz szczurów.

Misjonarka i szczury?

No tak, u nas łatwiej o szczury niż tarantule. Jak spotkasz tarantulę, to ją uderzysz i zdycha, a ze szczurami, niestety, nie jest tak łatwo. Mieszkają ze mną, koncertują w nocy. Bo mój domek jest bardzo skromny: drewniany, pokryty strzechą.

Ale są też inni goście.

W ciągu dnia przychodzi do mnie wielu ludzi, choć, niestety, poprzedni misjonarz, chcąc być trochę pustelnikiem, zdecydował, żeby dom stał na uboczu, chciał żyć w ciszy i kontemplacji. Dlatego nie mam blisko do sąsiadów. Szkoda, że myśląc o ciszy, nie uczymy się, jak żyć w kontemplacji wśród innych, choćby w duchu Karola de Foucauld.

Jesteś odpowiedzialna za parafię, więc w praktyce pełnisz funkcję proboszcza.

W praktyce tak. W naszej parafii jest 35 wiosek, czyli małych wspólnot chrześcijańskich, i staram się do nich dojeżdżać albo raczej dopływać przynajmniej raz lub dwa razy w roku. Tam życie jest już bardzo proste – nie ma internetu, lodówek, elektryczności, telefonu, zasięgu. Od czterech lat sprawuję funkcję koordynatorki duszpasterstwa Indian w wikariacie, wcześniej przez 11 lat byłam główną koordynatorką duszpasterstwa wikarialnego. I kiedy pełniłam tę funkcję, Watykan odwołał naszego ówczesnego biskupa ze względu na problemy z zarządzaniem. Przez trzy i pół roku mieliśmy wprawdzie administratora apostolskiego, ale całą robotę wykonywaliśmy z księdzem, który pełnił obowiązki wikariusza generalnego, z ekonomem oraz z członkami rady duszpasterskiej. Było nas ok. 10–12 osób.

Jak sobie radziliście?

Zupełnie nieźle. W końcu Kościół to coś więcej niż biskupi, kardynałowie czy księża. Nikt nie oczekiwał, że zamkniemy go na kłódkę.

Chcesz powiedzieć, że biskupi są niepotrzebni?

Nie, tak nie mówię. Ale biskupi nie są niezbędni w takiej roli, jaką wielu z nich odgrywa obecnie. Nie mogą być dalej królami absolutnymi.

Gdy działamy synodalnie, gdy podejmujemy decyzje w dialogu, transparencji i szacunku dla wszystkich – kobiet i mężczyzn, młodych i starych – to biskup jako jedyny zarządca nie jest potrzebny.

Czy w Amazonii, w waszym wikariacie, wypracowaliście taką synodalność?

Jesteśmy w drodze. Tu nie chodzi o budowę parlamentu, ale o to, by włączać wszystkich zobowiązanych do podejmowania decyzji, by pracować nad konsensusem. Dużo przed nami pracy, aby Kościół to zrozumiał i wprowadził w życie. I będziemy musieli wiele tych spraw zawierzyć Duchowi Świętemu.

Tą sprawą na pewno jest kobieta pełniąca ważne funkcje w Kościele katolickim. To budzi kontrowersje.

Niestety, tak. A my, jako misjonarki świeckie czy siostry zakonne w Amazonii, de facto pełnimy już od dawna funkcje przypisane diakonom. Oprócz tego, że jesteśmy odpowiedzialne za parafie, również chrzcimy, uczestniczymy w ceremonii zaślubin, przewodniczymy pogrzebom, udzielamy Eucharystii, gdy mamy konsekrowane w mieście hostie, prowadzimy spotkania modlitewne i formacyjne animatorów, katechetów i wspólnot chrześcijańskich, nabożeństwa uroczystego słowa Bożego. Ksiądz przyjeżdża raz na rok, dwa, pięć, a w najgorszych przypadkach – raz na osiem lat. Synod, choć nie przyniósł żadnych zmian w zakresie diakonatu kobiet, to jednak chce, aby te wszystkie posługi, które wykonują kobiety w Kościele, nie tylko dostrzec, docenić, ale rozpoznać oficjalnie – poprzez nadanie im urzędu w Kościele. I rozumie się to też jako pełne uczestnictwo w podejmowaniu wspólnych decyzji.

Używasz alby bądź specjalnego stroju, gdy prowadzisz nabożeństwa?

Nie… Jestem ubrana jak zwykli ludzie. I chodzę boso, ale nie przez świat, tylko po własnym błocie.

Czym zatem jest praca kobiet? Czy byłabyś prezbiterką lub nawet biskupką, gdybyś należała do Kościoła, który ordynuje kobiety?

Tu Cię zaskoczę – nie byłabym! Nie lubię wyrażenia „biskup w spódnicy”. Ale Kościół musi nam przyznać oficjalną funkcję, niekoniecznie diakonisy. Czeka nas droga krzyżowa, bo wielu w Kościele katolickim sprzeciwia się takim zmianom. Są ludzie traktujący Kościół jak własność prywatną mężczyzn, a kobiety jako te, które mają tylko słuchać, milczeć i służyć.

To dalsze ich lekceważenie. Kard. Walter Kasper, teolog bliski papieżowi, powiedział przecież, że gdyby nie kobiety, Kościół można byłoby zamknąć od razu.

Nie chciałabyś, żeby były to święcenia, jak np. w niektórych Kościołach protestanckich?

Nie, podobnie jak wiele innych kobiet, które wcale nie chcą święceń i tytułów. Nie o to chodzi. My chcemy tak naprawdę dużo więcej – faktycznej odpowiedzialności i decyzyjności. Zmiany mentalności. Proszę sobie wyobrazić, że na tym historycznym synodzie decyzje nadal podejmowali wyłącznie mężczyźni – tylko oni mieli głos wyborczy. Nie mieści nam się to w głowie. A także fakt, że te funkcje ministerialne będą nam nadane znowu przez mężczyzn. A czy nie powinny wynikać z jakiegoś naturalnego porządku? Równości przed Bogiem?

Myślisz, że to się zmieni?

Sądzę, że papież chciałby większej równości kobiet i mężczyzn, ale musi się liczyć z konserwatywnymi kardynałami w kolegium. Będzie to bardzo trudne, ale wierzę, że ostatecznie się zmieni. Musi się zmienić.

Wspominałaś jednak o matkach synodalnych. Co one robiły?

Było ich ok. 35. Brały czynny udział w synodzie, wypowiadały się, ale nie mogły głosować. Wśród nich grupka Indianek. Były też przełożone zgromadzeń żeńskich, które działają w Amazonii. To kobiety, które zarządzają. I myślę, że synod choć trochę zmieni mentalność katolicką w odniesieniu do kobiet. Pokaże, jak wiele robimy, jak wiele mamy do powiedzenia. I nadane zostaną nam konkretne urzędy, które odpowiadają już wypełnianym przez nas obowiązkom. W pierwszej kolejności potrzebna jest jednak zmiana nastawienia. Nie może być tylko tak, że robimy coś, bo chce tego papież Franciszek.

Mówiłaś o tym, że w Amazonii udało się wypracować model synodalny. Czy nie jest tak, że gdyby do tych kilkunastu księży przyłączył się fidei donum, dar wiary z Polski, 30 pobożnych kapłanów z naszej ojczyzny, to ten model szybko by upadł?

Pewnie tak.

Wydaje się, że obecna forma kapłaństwa urzędowego w Kościele wyklucza zaistnienie modelu synodalnego.

Tak. I to jest kluczowe. Chodzi o to, by dopuścić wszystkich do tworzenia wspólnoty – niezależnie od płci i sprawowanej funkcji. Wydaje mi się, że w Ewangelii czy czasach pierwszych chrześcijan, gdy kobiety pełniły funkcję diakonisy, ta równość i synodalność były o wiele wyraźniejsze. Jezus stawiał kobiety na czele, one były protagonistkami, współdecydowały, kierowały. Myśmy od tego odeszli.

Dlatego papież mówi o otwarciu, o tym, by było mniej zamkniętej doktryny, a więcej zaufania i życia. Mówi o tym, że przyjęliśmy wygodną i bezpieczną postawę, by się nie wychylać, by niczego nie zmieniać, bo sądzimy, że Kościół jest niezmienny. To bardzo szkodliwe, bo wynika ze strachu. Jedną z misji Kościoła jest szukanie wspólnie ze współczesnym człowiekiem drogi do Jezusa, do szczęścia. W dokumencie z Aparecidy z 2007 r. mówi się, że ten, kto nie dostrzega otaczającej rzeczywistości, nie zna kultury, polityki, społeczeństwa, w których żyje, i nie analizuje ich w świetle Ewangelii, nie jest godnym, by nazywać się uczniem Chrystusa.

A jesteśmy godni?

Niestety, w Kościele nie analizujemy rzetelnie ani kultury, ani społeczeństwa, ani polityki. „Pan Bóg i tak nas nie zostawi” – mawia się raczej. A Bóg prosi, byśmy używali rozumu. I dzisiaj jesteśmy w nagłej potrzebie, bo nie ma kto odprawiać mszy św., nie ma kto służyć, nie wiemy, jak radzić sobie z wyzwaniami współczesnego świata. Siedzimy wygodnie, czekając na Boga: „Jakoś to będzie”. A im bardziej skupiamy się na tej wygodzie, na władzy, strukturach, bogactwie, na tytułach i zaszczytach – tym mniej w Kościele jest Jezusa.

Przy okazji synodu, by rozwiązać te problemy, zaproponowano diakonat kobiet i zniesienie celibatu.

Diakonat kobiet jest spóźniony. Już od dawna były głosy, że dzieje się coś złego. Że nie ma powołań, że brakuje kapłanów. Nie tylko w Amazonii, ale wszędzie. A przecież z powołaniami nie jest tak, że Pan Bóg spuszcza ogień w serce ludzi, wysyła aniołów, którzy przemawiają w myślach młodych mężczyzn. To jest bardziej przyziemne – po prostu ci młodzi ludzie, wychowani w konkretnych warunkach i rodzinach, podejmują decyzję. Takich osób jest coraz mniej, bo zmieniają się nasze społeczeństwa.

Liderzy Kościoła rzymskokatolickiego nie rozpoznają znaków czasu, nie widzą, że świat jest już inny. „Ale Kościół nie upadnie nigdy, to tylko mały kryzys” – mówią. To oznaka lekceważenia, które trwa od kilku dekad. Tacy ludzie nie widzą problemu. Nauczamy, że Eucharystia jest życiem Kościoła, że to żywy Chrystus, a nie możemy jej dać. I teraz z braku laku, bo brakuje kapłanów i nie zanosi się, że będzie ich więcej, proponujemy, by wyświęcać kobiety lub starszych mężczyzn. Ale to nie jest godne rozwiązanie. Nie otwieramy się na kobiety szerokimi drzwiami, tylko wpuszczamy je przez kuchnię. I wielu kobietom się to nie podoba. Nie ma nic w Ewangelii o tym, że kobiety nie są równe mężczyznom. Mają przed Bogiem takie same prawa.

Czyli Kościół jest przyciśnięty do muru przez rzeczywistość i musi dokonać zmian?

Na szczęście w takiej sytuacji się znaleźliśmy. „Teraz chcemy, żebyście nam pomogli” – mówi się do kobiet i starszych mężczyzn. Ale jest to też niebezpieczne. Dlatego papież podkreślił w czasie synodu, że nie chce „klerykalizacji świeckich”. Klerykalizm przyniósł tak wiele zła Kościołowi, że nie wolno tworzyć czegoś, co powtórzy ten sam model.

A co z celibatem?

Celibat, choć jest darem, też jest wymysłem Kościoła. Tak rygorystycznie przyjmuje go tylko Kościół rzymskokatolicki. Jest wiele wspólnot chrześcijańskich i katolickich, które go nie stosują w takiej formie. Ale papież nie chciał przy okazji synodu podejmować tej kwestii. Woli, by szła ona osobnym torem. Chodzi raczej o pomoc wspólnotom, które żyją bez Eucharystii.

Viri probati?

Kiedy pytałam o święcenia naszych animatorów, z których będą ewentualnie rekrutować się viri probati, to odpowiedziała mi cisza. Oni tego nie chcą. Jest to dla nich za duża odpowiedzialność. Boją się ją wziąć na siebie.

Dlaczego?

Czy wyobrażasz sobie, że ktoś, kto przewodniczy wspólnocie w jakiejś wiosce, jest „wypróbowany”, ale był na mszy św. może kilkanaście razy w życiu i ma trudności z czytaniem, będzie potrafił umiejętnie celebrować Eucharystię? Czy będzie chciał to robić? Będzie pragnął w niej uczestniczyć? Przecież łatwiej mu iść na polowanie, pracować w polu, niż prowadzić nabożeństwa. Poza tym nikt takiej osoby nie sprawdzi, choćby po to, by zobaczyć, czy celebruje mszę odpowiednio. Znam może pięciu animatorów wspólnot chrześcijańskich prowadzących spotkania modlitewne tak, jak zostali nauczeni. Ale nie robią tego co tydzień, maksymalnie raz w miesiącu. I dodam, że ci ludzie są całkowicie usprawiedliwieni – ich rytm życia jest kompletnie inny niż ten, który planuje się w Watykanie. To problem Kościoła, który głosi, że Eucharystia jest sercem życia chrześcijańskiego, a jej nie daje.

Czyli wprowadzenie święceń viri probati nie rozwiąże problemu?

Nie wiem. Będzie trzeba rozeznać w Duchu Świętym, co dla tych ludów jest dobre. Inny problem to postrzeganie ról płciowych w indiańskiej kulturze, ich komplementarność. Indianie uważają, że mężczyzna bez kobiety jest niczym. I tu nie chodzi o działania czy pozycję społeczną, ale o tożsamość w głębokim znaczeniu. Mężczyzna bez kobiety nie jest mężczyzną. Oni są jednym. Gdy zapraszam mężczyzn na spotkania animatorów, to dla nich jasne jest, że przychodzą z kobietami. To nawet wyraża się w języku kichwa, w którym nie ma zaimka „on” ani „ona”, jest tylko „pai”. I ten zaimek nie oznacza „ono”, ale „ją” i „jego”. To nieprzetłumaczalne.

Czyli wyświęcając żonatego Indianina, trzeba byłoby wyświęcić również jego żonę, Indiankę?

Właśnie tak. To jest oczywiste dla Indian. Moim zdaniem takie przekonanie jest bardzo ewangeliczne – „będą jednym ciałem”. Jeśli wyświęcisz tylko męża, to co z kobietą? Ma zostać służącą księdza-męża?

Może rozwiązaniem byłoby więc, by Kościół przestał działać w Amazonii?

Jest kilka grup, w których katolicy nie działają. Trzeba pamiętać, że są plemiona Indian, które nie chcą żadnego kontaktu ze światem zewnętrznym. Ani z Kościołem, ani z państwem, ani z nikim innym. Musimy to uszanować. Wierzę, że tak zrobiłby też Chrystus. Prawa do życia w izolacji pilnują regulacje krajowe i międzynarodowe. Kontakt ze światem zewnętrznym przynosi im tylko choroby i biedę. Są też plemiona, w których działają Kościoły protestanckie – nie ma potrzeby, by ze sobą konkurować. Są wreszcie takie społeczności, które nie chcą Kościoła klerykalnego, obcych im struktur. Nie chcą sakramentów. Ale chcą obecności katolików, chcą misji, pomagających wykształcić dzieci, które wspierają ich materialnie. Nie chcą sakramentalizacji i klerykalizmu, ale chcą edukacji, służby zdrowia, obrony ziemi, tożsamości, kultury. Mówią, że nas potrzebują, byśmy bronili dżungli. I ostatecznie są tacy, którzy proszą nas szczególnie o dwa sakramenty: chrzest i ślub.

Dlaczego dżungli?

Ponieważ jej istnienie jest warunkiem ich życia. Jeśli dżungla zginie, to oni razem z nią. Zginie ich tożsamość.

Dlatego obrona dżungli to ochrona życia w pełni. Postawa pro-life nie polega tylko na sprzeciwie wobec aborcji, ale także – co starano się pokazać w trakcie synodu – na trosce o przyrodę.

Dziecko się rodzi i co ma jeść? Jakiej jakości wodę otrzyma do picia? Czym będzie oddychać? Nie chodzi jednak tylko o ochronę życia w sensie biologicznym, ale również duchowym. Dżungla to świątynia Boga, oni tam odnajdują Stwórcę. Porozumiewają się z Nim np. poprzez rośliny. Ścinając drzewo, mówią do niego. Proszą o pozwolenie na ścięcie, tłumacząc, że to dla utrzymania życia, nie dla zysku. Robią tak, wiedząc, że to drzewo jest częścią stworzenia.

Myślę, że dla wielu Polaków czy Europejczyków gadanie z drzewami może być niezrozumiałe.

Tak. A papież mówi, że jest to godne naśladowania. Że możemy nauczyć się wiele od Indian, jeśli chodzi o stosunek do przyrody. Poznając ich prosty styl życia, zauważymy może, że w Europie produkujemy i przejadamy dużo więcej, niż potrzebujemy. Że nasza żądza posiadania jest niepohamowana. Dla Indian jest niezrozumiała i śmieszna. Nawet mnie pytają: „Po co ci tyle rzeczy?”. Pokazują mi, jak mając niewiele, można być radosnym i szczęśliwym.

Dlaczego jednak Kościół ma im pomagać?

Bo Kościół nie jest tylko dla katolików. Ma służyć wszystkim ludziom w tym, o co nas proszą. I Kościół katolicki ma możliwości, żeby bronić ich praw, wspierać społecznie, zadbać o godne życie.

A ewangelizacja?

Nie chodzi o to, by robić z naszej działalności szerzenie ideologii. Tak, możemy formować, możemy prowadzić duszpasterstwo – ale tylko jeśli oni będą tego chcieli i o to poproszą i jeśli zechcą nas przyjąć. Tak naprawdę ważne jest, by wspólnie odkrywać wartości ewangeliczne, które my odnajdujemy w Biblii, a oni – w dżungli.

Indianie stanowią grupę ok. 3 mln ludzi, czyli 10% mieszkańców regionu Amazonii. Jest ich niewielu, a mimo to Kościół poświęcił im tak wiele uwagi. Dlaczego nie zrobimy synodu o, dajmy na to, w Polsce? Prawie 40 mln katolików, wiele problemów. Dlaczego to nie Polacy mają decydować o tym, jak ma wyglądać Kościół, tylko Indianie?

Papież ma świadomość zawalenia się jednego z największych ekosystemów na Ziemi. Wie, jakie będzie mieć to skutki dla całego świata. Dla nas, Polaków, jest to, niestety, bardzo odległy i egzotyczny temat.

Nie słyszałem o problemach Amazonii ani w kazaniach, ani w listach episkopatu Polski.

Powtórzę, obrona Amazonii jest obroną naszego życia. Nie decydują o tym Indianie, ale rzeczywistość, która pokazuje znaczenie tego problemu. Amazonia dostarcza 20% tlenu, 20% wód słodkowodnych. Mimo to niemal 20% dżungli zostało zdewastowane. Za ok. 15 lat zniszczone zostanie drugie tyle – wówczas dojdzie do zawalenia się ekosystemu, nie będzie można go odnowić. Franciszek chce pokazać, że musimy się o niego na serio zatroszczyć.

Jeśli chodzi o ochronę życia, to katolickie media informowały ostatnio o tym, że w jednym z kościołów USA odmówiono komunii św. Joe Bidenowi, który oficjalnie wspiera prawodawstwo pro-choice. W Polsce nie mówi się o tym, że ochrona dżungli amazońskiej to działanie pro-life.

Nie mam prawa odmawiać nikomu Eucharystii. Nie mogę jej nie dać, bo on przychodzi do komunii wobec całej wspólnoty. Ja nie jestem właścicielem Jezusa, nie mogę zdecydować „tobie dam”, ale „tobie nie dam”.

Co Twoim zdaniem należałoby zrobić w takiej sytuacji?

Gdy udzielam komunii komuś, o kim wiem, że jest z nim coś nie tak, to po nabożeństwie podchodzę i staram się porozmawiać, wysłuchać, zobaczyć, czy mogę pomóc. Ale nie mogę mu jej nie udzielić, bo tak nigdy nie zrobiłby Chrystus. Przecież On przyjął Judasza, wiedząc, że ten Go zdradzi. Nie stawiał warunków. Odwróć tę sytuację – czy wierni, po postawieniu im warunków z ołtarza, mogą potem zapytać księdza czy biskupa, czy on też spełnia warunki? Czy jest godnie przygotowany do sprawowania sakramentów? Oczywiście, że nie, bo wymagania w Kościele stawia się przede wszystkim wiernym, nie księżom i biskupom. Tacy duchowni stawiają się w roli właścicieli Jezusa Chrystusa. Nie może tak dalej być.

Jak to zmienić?

Pamiętam taką sytuację, gdy biskup w czasie mszy powiedział, że do komunii są zaproszeni tylko ci, którzy mają katolicki ślub. Ci zaś, którzy nie pobrali się w Kościele, muszą zostać w ławkach, podkreślił. Zdenerwowało mnie to. Po mszy podeszłam do biskupa i zapytałam go, czy życie bez katolickiego ślubu to jedyny grzech, o którym warto wspominać. Przypomniałam mu też słowa Jana Pawła II o małżeństwach naturalnych, które choć nie miały możliwości zawrzeć ślubu w obecności księdza, to starają się, żyją w jedności i według wartości, jakich ich uczymy. Zapytałam, czy nie powinniśmy też zakazać wprost komunii tym, którzy wyrąbują nielegalnie dżunglę. Tym, którzy kradną i są skorumpowani. Albo zakazujemy wszystkim, albo nikomu. Niestety, w Kościele katolickim najczęściej skupiamy się na seksie. Grzechy z nim związane stały się naszą obsesją. To niepojęte.

O jakich grzechach zapominamy?

Synod mówi przede wszystkim o grzechu ekologicznym. W Credo wyznajemy: „Wierzę w Boga, Ojca wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi”. Wypowiadamy to jednym tchem, automatycznie. A to, co stworzył, to ogromny dar dla nas. Przyroda daje nam życie i może żyć bez nas, ludzi. Ale my bez niej, niestety, nie. Zapominamy o tym. Musimy być świadomi, jak traktujemy przyrodę i jakie są tego konsekwencje. Brak tej świadomości jest grzechem ekologicznym. Dochodzi jeszcze niepohamowana konsumpcja, która jest przyczyną dewastacji przyrody, jak np. dżungli amazońskiej. Nie chodzi o to, by nie korzystać z daru, jakim jest przyroda, ale by postępować racjonalnie i odpowiedzialnie. Korporacje i politycy wycinają równikowe lasy dżunglowe w sposób barbarzyński, zamieniając teren w pustynię. Zrozumienie mechanizmu powiązań, jakie łączą człowieka i przyrodę, jest dziś konieczne. Dlatego w czasie synodu tak często śpiewaliśmy: „todo está interligado” – „wszystko jest powiązane”.

Dokument końcowy synodu mówi o konieczności „kulturowego nawrócenia Kościoła”.

I nie chodzi tu wyłącznie o ekologię. Myślę, że chodzi przede wszystkim o kwestię stosunku do innych, szacunku do ich wiary. Ten problem uwypukliło skandaliczne zachowanie katolików, którzy ukradli i wyrzucili do rzeki figurę określaną jako Pachamama. Ludzie, którzy przywieźli ją na synod, zostali skrzywdzeni i obrażeni.

Ci katolicy uważali, że przyniesienie tej figury to bałwochwalstwo.

Tak, a papieża Franciszka uważają za bałwochwalcę numer jeden i w głębi duszy życzą mu, żeby odszedł.

Nie tylko w głębi duszy. W Krakowie znany ksiądz profesor modlił się jakiś czas temu o szybką śmierć Franciszka. Czy papieża dotknęła sprawa kradzieży figury?

Tak, bardzo. Mówił o tym co najmniej trzykrotnie w czasie synodu i przeprosił wszystkich uczestników, którzy mogli czuć się dotknięci. Podkreślał, byśmy szanowali tych, którzy wierzą i myślą inaczej, i byli otwarci na nich. Pachamama nie jest żadną boginią. Dla Indian jest świętym wizerunkiem, symbolem płodnej ziemi, bo ziemia jest dla nich wszystkim, jej zawdzięczają życie. I są świadomi, że płodność, duch życia, pochodzi od Boga i jest obecny w nich, w ziemi, w roślinach, zwierzętach. Tak jak dla nas Bóg jest w Najświętszym Sakramencie, tak oni odkrywają Go wokół siebie, w głębi dżungli. Papież to rozumie i chce wyrazić wobec tego szacunek.

Co zrobić, by pozostali katolicy też to rozumieli i podzielali ten szacunek? Kościół rzymskokatolicki w Polsce nie słynie z tolerancji i otwartości na innych.

To, niestety, może być bardzo trudne. Jesteśmy zasklepieni w myśleniu, że my, Polacy, mamy najlepszą formę chrześcijaństwa, ewangelizacji i myślenia o Bogu. Jeśli to się nie zmieni, będziemy pozorem żywego Kościoła. Wyglądamy jak żywa wspólnota, pełna ceremonii, ale w środku jest pusto.

Papież przypomina, że za klerykalizm odpowiadamy także my, ludzie świeccy. W przemówieniu z 28 lipca 2013 r. w Rio de Janeiro mówił: „W większości przypadków chodzi o grzeszny współudział: proboszcz klerykalizuje, a człowiek świecki prosi, by był klerykalizowany, bo w istocie wydaje mu się to wygodniejsze. Zjawisko klerykalizmu wyjaśnia w znacznej mierze brak dojrzałości i chrześcijańskiej wolności poważnej części laikatu”.

Chciałabym, żebyśmy jako świeccy, którzy stanowią ponad 99% wspólnoty całego Kościoła, pamiętali, że mamy pełne powołanie. To, że nie daje nam się aktywnie uczestniczyć w tworzeniu naszej wspólnoty, że odbiera nam się współodpowiedzialność, decyzyjność, nie oznacza, że tak ma być zawsze. Nie zapominajmy o tym.


Dominika Szkatuła

Świecka misjonarka z Krakowa. Od 37 lat pracuje wśród mieszkańców Amazonii w wikariacie San José de Amazonas. Przez 11 lat pełniła funkcję koordynatorki duszpasterstwa w wikariacie – rolę zwykle zarezerwowaną dla księdza. Była reprezentantką wikariatu San José w wydarzeniach przed synodem pod kierownictwem Kościelnej Sieci dla Amazonii (REPAM). Brała udział w wydarzeniach towarzyszących synodowi w Rzymie. Szczególny udział miała w prezentacji o kobietach w dżungli i w Kościele

Kup numer